Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Tyler Haws: Bóg pomaga z góry, ale rzuty to moja sprawa

Środa, 26 Października 2016, 12:51, Michał Fałkowski

O wierze w Boga, misji na Filipnach, mormońskim kościele, ale też o sporcie, koszykówce, Adamie Waczyńskim i dwóch miesiącach we Włocławku - o tym wszystkim opowiada Tyler Haws w szczerym wywiadzie.

Michał Fałkowski: Na kwestie koszykarskie przyjdzie jeszcze czas. Chciałbym z tobą najpierw porozmawiać o Tylerze Hawsie, jako o człowieku. Wiem, że integralną częścią twojego życia jest wiara w Boga. Czy możemy o tym?

Tyler Haws: Oczywiście. To zasadnicza część mnie i nie wyobrażam sobie, abym miał na ten temat milczeć. Wierzę w Boga, wierzę w Jezusa Chrystusa i to, że pewnego dnia będę u jego boku w Niebie.

Nie wszyscy chcą mówić o wierze tak otwarcie.

- Nie mam się czego wstydzić. Taki jestem. Ktoś może nie wierzyć, a ktoś może wierzyć, ale każdy ma prawo mówić. Ja wierzę, że Bóg jest z nami, że troszczy się o nas, że wyciąga ku nam ręce. To jest mój rdzeń, mój kręgosłup, w którym mam oparcie i dbam o to, aby był w dobrej kondycji. Moja wiara to nie wiara, że jest Bóg i koniec. To lata wychowywania się w konkretnym środowisku, to studiowanie świętych ksiąg, to miłość do mojej żony, to codzienne radości i troski.

Jedna rzecz, którą da się teraz zauważyć – gdy mówisz o Bogu, uśmiechasz się…

- Wielu ludzi myśli, że wiara w Boga wiąże się z zakazami, a sam Najwyższy to ktoś, kto nieustannie karze. Dla mnie wiara to radość, a Jezus Chrystus pojawił się na ziemi po to, aby pokazać nam jaka jest droga do szczęścia. I choć o wierze można mówić serio i na poważnie, ja wolę czerpać z tego radość, bo Bóg jest źródłem radości. Myślę, że bez wiary nie byłbym takim samym człowiekiem.

Twój kościół ma bardzo skomplikowaną nazwę – Kościół Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich…

- Tak. Ludzie kojarzą nas z mormonami i mają rację. Jesteśmy odłamem tego nurtu wiary i poza Biblią, uznajemy drugie bardzo ważne pismo – Księgę Mormona – które mówi o naszych przodkach zamieszkujących kontynent amerykański jeszcze przed przybyciem Krzysztofa Kolumba. My wierzymy, że ci ludzie znali Jezusa Chrystusa, bo jeden z wcześniejszych proroków wywodził się z Jerozolimy, a także On sam przychodził do nich i chciał, aby Go naśladowali.

Ludzie kojarzą mormonów głównie z dwóch rzeczy: poligamii i misji.

- Poligamia rzeczywiście istniała w moim kościele, ale około 150 lat temu jej zaniechano. A co do misji…

WYWIAD Z PAWŁEM LEOŃCZYKIEM

…uczestniczyłeś w takiej. Spędziłeś dwa lata na Filipinach.

- To prawda.

A czy to prawda, że podczas procesu rekrutacyjnego na studia, niektóre uczelnie odrzucały twoje CV, gdy dowiadywały się, że po pierwszym roku zamierzasz wyjechać na dwa lata?

- To też prawda. Byłem uczciwy i od razu podczas pierwszych rozmów z władzami wszystkich uczelni stawiałem sprawę otwarcie. Mówiłem, że będę uczył się i grał w koszykówkę przez rok, ale następnie muszę zrobić sobie przerwę na dwa lata, bo tego wymaga moja wiara. I jak to w życiu. Część akceptowała moje podejście, a część po prostu mówiła, że w takim razie nie może mnie przyjąć. Ostatecznie poszedłem na studia na uniwersytet Brighama Younga, który należy do mojego kościoła, a sam Brigham Young był jednym z naszych proroków.

Od dziecka wiedziałeś, że czeka cię coś takiego jak dwa lata służby misyjnej?

- W zasadzie tak. To coś jak inicjacja w dojrzałość, ale też wielka odpowiedzialność. Moi dziadkowie służyli na misjach, mój tata też, więc to nie było nic nowego. Wierzymy, że ten kościół, który ustanowił Jezus Chrystus dwa tysiące lat temu, i dzisiejszy kościół, to to samo zgromadzenie, a więc jesteśmy powołani do tego, by robić dokładnie te same rzeczy. Stąd – misje, w których uczestniczymy.

Słyszałem, że do samego końca nie wiadomo, gdzie młody człowiek uda się na misję.

- Tak. Nasz kościół ma ponad 400 misji na całym świecie, więc można trafić dosłownie wszędzie. Najpierw zaczyna się od tego, że składasz kilkustronicowe podanie, w którym opisujesz siebie i swoje życie. Wszystkie te podania młodych ludzi trafiają do naszego kościoła głównego, który znajduje się w Utah. Tam nasz prorok, czyli ktoś na zasadzie papieża wśród katolików, oraz jego dwunastu pomocników, którzy są odpowiednikami apostołów, dokładnie studiują wszystkie dokumenty, a później zapadają decyzję. My wierzymy, że te decyzje co do miejsca misji podejmuje sam Bóg i przemawia przez naszych liderów. Gdy już decyzja zapadnie, pocztą otrzymujesz paczkę. I gdy siadasz na kanapie z tą paczką w rękach, nagle uświadamiasz sobie, że całe twoje następne dwa lata życia znajdują się w tym maleńkim pakunku…

Nie jestem w stanie wyobrazić sobie tych emocji.

- Są wielkie. W naszej wierze to naprawdę ważny moment, więc przy otwarciu paczki jest nie tylko najbliższa rodzina, ale również dalecy krewni. Pamiętam swój „dzień paczki”. Początkowo myślałem, że trafię do Europy, bo w końcu urodziłem się w Belgii, a okazało się, że Filipiny. Najpierw musiałem sprawdzić na mapie, gdzie dokładnie będę przez dwa kolejne lata.

I myślałeś sobie: „Boże drogi, to koniec świata”?

- Coś w tym stylu… Na szczęście nie jedziemy na misje nieprzygotowani. Przeciwnie. Zanim wyruszymy w świat, udajemy się na dziewięciotygodniowy obóz przygotowawczy, w którym uczymy się kultury, tradycji i języka danego kraju. To bardzo pomaga, choć na miejscu i tak okazuje się, że to tylko wierzchołek naszych zmagań.

Opowiesz o tym, jak wygląda typowy dzień misjonarza?

- Wstajesz o 6.30 i do 8 masz prawo robić wszystko, na co masz ochotę, choć najczęściej po prostu myjesz się, ubierasz, jesz śniadanie, może coś poczytasz. Punkt 8.00 musisz być ubrany i gotowy do pracy oraz nauki. Przez trzy kolejne godziny studiujesz pisma, czytasz święte księgi, albo uczysz się języka, albo uczysz się o kulturze kraju, w którym jesteś. O 12 natomiast zaczyna się najważniejsza część dnia, czyli wychodzisz z domu i masz kontakt z ludźmi. Zaczyna się twoja właściwa misja.

Zazwyczaj ludzie nie lubią, gdy ktoś na ulicy zaczepia ich słowami: „Czy spotkałeś już Jezusa?”.

- To prawda, dlatego ja nigdy tak nie prowadziłem dialogu. Rozmowa o Bogu miała wychodzić samoistnie, w trakcie dyskusji lub prac nad innymi rzeczami. Wychodziliśmy więc z domu – ja i mój towarzysz, bo na misjach żyje się w duetach – i szliśmy do miejsc publicznych, gdzie spotykaliśmy ludzi, z którymi mogliśmy rozmawiać na różne tematy. A co tam słychać, a gdzie idziesz, a co masz dzisiaj zaplanowane. I nagle podczas rozmowy okazywało się, że ktoś musi coś załatwić, więc oferowaliśmy swoją pomoc… To był cały proces. Nic od razu, nic na siłę. Ktoś potrzebował pomocy przy chorym, ktoś inny miał przeprowadzkę, jakieś dziecko chciało pograć w piłkę. My w tym wszystkim uczestniczyliśmy i byliśmy w to naprawdę zaangażowani. Bóg i rozmowa na Jego temat pojawiały się później i… muszę to powiedzieć: to naprawdę dawało efekt. Do dziś mam przyjaciół na Filipinach, którzy wierzą i cieszą się swoją wiarą. Przy tym, muszę przyznać, że mi zawsze było łatwiej, bo swoim wzrostem – Filipińczycy są z natury niscy – i bardzo bladą karnacją wyróżniałem się z tłumu, więc zdarzało się, że sami ludzie inicjowali rozmowę.

WYWIAD Z KACPREM MŁYNARSKIM

Zmagałeś się z prawdziwymi problemami: alkohol, narkotyki…

- Tak. Byliśmy wszędzie, gdzie chciano, abyśmy byli. Tam gdzie są problemy finansowe, tam często są i problemy poważne, właśnie w postaci nadużywania i nałogów.

Były trudne momenty?

- Oczywiście. Na pewno masz tak, że czasem wstajesz i masz dość, nie chce ci się iść do pracy. I my też to przeżywaliśmy, a do tego nie mieliśmy wokół siebie rodziny, która mogłaby wesprzeć.

Rozmowy na Skype’ie czy przez telefon nie wystarczały…

- Skype (śmiech). Są takie zasady… Raz w tygodniu o określonej porze możesz… napisać e-maila do swojej rodziny. I na tym koniec.

E-maila?

- Tak. A telefon do rodziny możesz wykonać dwa razy… w roku. Z okazji dnia matki, w maju, i drugi raz w okolicach Świąt Bożego Narodzenia. Taka specyfika (śmiech).

- Tak jest, nie kłamię. I choć te dwa lata to w większości czasu wielka radość i satysfakcja z pracy i wysiłku, to zdarzają się takie dni, w których nic się nie udaje. Podczas nauki popełniasz błędy, nie możesz się skupić, na ulicy nikt nie chce rozmawiać, każdy cię lekceważy, a do tego pada deszcz, a twój parasol się zepsuł. W takich dniach wielokrotnie zadawałem sobie pytania: „Co ja tu robię”, „Dlaczego nie gram teraz na uczelni?”, „Mógłbym być właśnie ze znajomymi” oraz „Czy ja naprawdę wierzę w to, co robię?”. Po jakimś czasie nauczyłem się rozumieć, że takie myśli to integralna część wiary w Boga i dzięki temu te lepsze dni są jeszcze bardziej wartościowe.

Przed wyjazdem na misję, na pierwszym roku studiów rzucałeś średnio 11 punktów w każdym meczu. Gdy wróciłeś do NCAA po zakończeniu misji, pomimo dwuletniej przerwy w koszykówce, twoja średnia wzrosła dwukrotnie i na uczelni już nigdy nie spadła poniżej 20 punktów na mecz.

- Wierzę, że dobro wraca i jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, to później nas za to wynagrodzi. Ktoś może powiedzieć, że to banał, ale ja wierzę, że eksplozja mojego talentu nie wzięła się znikąd. Skoro uznaję, że Bóg ma udział w naszym życiu, to także ma udział w mojej grze w koszykówce, która również jest ważnym elementem mnie samego.

Wtedy wiedziałeś już, że będziesz profesjonalistą?

- Od zawsze chciałem być zawodowcem, to prawda. Mniej więcej na drugim roku studiów, już po misji na Filipinach, uznałem że chcę grać profesjonalnie i dzięki koszykówce zarabiać pieniądze.

Miałeś jakieś „wyjście awaryjne”?

- Skończyłem studia, jestem magistrem zarządzania, ale zawsze stawiałem na koszykówkę.

A nie chciałeś zostać księdzem?

- Aż tak to nie (śmiech)! Zawsze chciałem zarabiać pieniądze żeby utrzymywać rodzinę. Tymczasem księża u nas nie otrzymują wypłaty. Mój mentor i przewodnik religijny był np. pilotem samolotów pasażerskich. Dlatego ja też wiedziałem, że obok wiary muszę myśleć jeszcze o przyziemnych sprawach. To, że mam talent do gry w koszykówkę tylko ułatwiło mój wybór.

Pierwszym krokiem w zawodowstwie był rok w najsilniejszej lidze Europy, hiszpańskiej Liga Endesa. Dlaczego wybór padł na Hiszpanię?

- Wiedziałem, że liga jest silna, otrzymałem dobrą ofertę. Nie było nad czym się zastanawiać.

WYWIAD Z TONEY'EM MCCRAY'EM

Podejrzewam, że nie miałeś problemów z adaptacją.

- Ze względu na Filipiny, nie było tak ciężko w Hiszpanii, choć oczywiście proces adaptacyjny trwał kilka dobrych tygodni. Tym bardziej, że oprócz adaptacji społecznej, musiałem przejść również adaptację do nowej rzeczywistości koszykarskiej i dzisiaj muszę powiedzieć, że nie w każdym momencie sezonu byłem w stanie dać z siebie maksimum. Czasem miało to związek z rolą na parkiecie, która zmieniała się właściwie w każdym meczu, czasem grałem krócej, czasem dłużej. Meczów, w których czułem się całkowicie dobrze i grałem dobrze, było kilka, aczkolwiek i tak cały okres w Hiszpanii uznaję za bardzo dobry. Dużo się nauczyłem.

Twoja rola zmieniała się?

- Tak. Generalnie trenerzy chcieli wykorzystywać moje umiejętności strzeleckie, ale bywały takie mecze, że wychodziłem na parkiet z konkretnym zadaniem np. obrony przeciwko jakiemuś zawodnikowi. Z jednej strony było to trudne, bo musiałem dostosować się do nowych realiów, ale z drugiej dużo się nauczyłem.

Grałeś razem z Adamem Waczyńskim, który wystawił ci bardzo dobrą opinię.

- Adam to świetny zawodnik, od którego wiele się dowiedziałem. Podziwiałem jego grę, jego mądrość, decyzyjność na parkiecie i cieszyłem się, że mogę z nim grać w jednym zespole i uczyć od niego na treningach. Cały sezon spędziliśmy rywalizując razem podczas ćwiczeń. Do tego jego żona i moja polubiły się i razem we czwórkę spędzaliśmy dużo czasu razem. Cieszyliśmy się, że w pierwszym roku gry za oceanem spotkaliśmy tak niesamowitych i pozytywnych ludzi. Przed podpisaniem umowy z Anwilem Adam dał mi wiele cennych wskazówek.

Jesteś w Polsce od niespełna dwóch miesięcy. Dobrze się tutaj czujesz?

- Jest bardzo dobrze. No, może poza wynikami… Te nas nie satysfakcjonują i zdajemy sobie sprawę z tego, że musimy grać dużo lepiej, bo nie tylko wiąże się to z oczekiwaniami klubu i kibiców, ale również naszymi umiejętnościami. Ogółem jednak czujemy się razem z Summer (tak ma na imię żona Tylera, co w języku polskim oznacza „lato” – przyp. M.F.) bardzo dobrze. Mieszkamy w cichym i spokojnym miejscu, mamy bardzo blisko do centrum miasta, do hali, umiemy już poruszać się po głównych ulicach, wiemy gdzie możemy smacznie zjeść. Bardzo duża w tym zasługa ludzi pracujących w klubie.

A adaptacja w koszykówce Igora Milicicia?

- Strategia gry trenera jest wymagająca. Niektóre rzeczy znane mi są z gry w NCAA czy Hiszpanii, ale niektórych nie widziałem wcześniej i potrzeba trochę czasu, aż zacznę je wykonywać na parkiecie z automatu. Mam jednak bardzo optymistyczne podejście do koszykówki i wierzę, że wkrótce zaczniemy grać na miarę zespołu z czołówki ligi.

Zakończmy wywiad pół-żartem, pół-serio. Czy jeśli nie trafiasz rzutów w trakcie meczu, jesteś zły na Boga, że ci nie pomógł? A kiedy trafiasz, przeciwnie?

- Czyli jak znaleźć Boga na parkiecie… To interesująca rzecz, bo wcześniej powiedziałem, że Bóg czuwa nad nami z góry i troszczy się o nas. Kiedy więc nie trafiam, bardzo łatwo mógłbym powiedzieć, że akurat w tym momencie nie było Go ze mną i tym samym odsunąć od siebie odpowiedzialność. Ja jednak wierzę, że jest trochę inaczej. Bóg pomaga nam z góry kiedy damy z siebie wszystko i wszystko zrobimy dobrze. Humorystycznie więc można powiedzieć, że Bóg pomaga, ale rzuty, to czy dobrze układam nadgarstek i dobrze trenowałem przez cały tydzień, to już moja sprawa (śmiech).