Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Paweł Leończyk: Chciałbym dodać medal do kolekcji

Środa, 12 Października 2016, 12:42, Michał Fałkowski

Na pytanie o hasło #RazemPoMedal, Paweł Leończyk rozbrajająco przyznał, że akurat dla niego lepsze byłoby coś z finałem, bo jeszcze nigdy nie miał okazji w nim uczestniczyć. A medal z Anwilem? To melo

Na pytanie o hasło #RazemPoMedal, Paweł Leończyk rozbrajająco przyznał, że akurat dla niego lepsze byłoby coś z finałem, bo jeszcze nigdy nie miał okazji w nim uczestniczyć. A medal z Anwilem? To melodia przyszłości, która potrzebuje dwóch składowych: pracy i czasu. W długim wywiadzie doświadczony skrzydłowy opowiada o oczekiwaniach z gry na Kujawach oraz o swojej karierze.

Michał Fałkowski: Stargard Szczeciński od tego roku jest już „tylko” Stargardem. Może jedyny rodowity stargardzianin w Anwilu jest w stanie wyjaśnić skąd ten pomysł?

Paweł Leończyk: Może nazwa była po prostu za długa? Generalnie to nazwa „Stargard Szczeciński” istniała tylko przez kilkadziesiąt lat od mniej więcej wojny. Teraz jest krócej i łatwiej, bo bardzo dużo ludzi – także tych interesujących się koszykówką – myliło moje miasto ze Starogardem Gdańskim. Tworzyły się nawet takie neologizmy jak „Stargard Gdański”, czy „Starogard Szczeciński”.

Niegdyś ów Stargard Szczeciński był ważnym ośrodkiem koszykarskim w latach 90-tych. Miałeś szczęście, że wychowywałeś się na oglądaniu z trybun meczów ekstraklasy.

- To prawda. W latach 90-tych ekipa Komfortu Forbo Stargard Szczeciński wywalczyła nawet wicemistrzostwo Polski. Dla takich zawodników jak Keith Williams, Martin Egglestone, Joe McNaull, Krzysztof Wilangowski czy świętej pamięci Marek Sobczyński do hali przychodził nadkomplet widzów. A wydarzenia typu akcja Kelvina Upshawa, który nożyczkami zaatakował po meczu Jarosława Darnikowskiego zapadają w pamięć na bardzo długie lata i dzisiaj, można powiedzieć, są legendami. Upshaw to w ogóle był niezły szaleniec. Pamiętam jak on oraz Jeffrey Stern – wcześniej obaj będący na testach w Śląsku u Andreja Urlepa, ale bez efektu – zawsze rzucali w kierunku słoweńskiego trenera gromy, gdy ten przyjeżdżał ze Śląskiem do Stargardu. Kiedy tylko jeden albo drugi Amerykanin zdobyli punkty, wówczas było wiadomo, że Urlep usłyszy parę słów. Ogółem Śląsk zawsze miał ciężko u nas.

Senne miasto, niewiele atrakcji w szarzyźnie lat 90-tych i wielkie poczucie dumy, bo zbudowano silny ośrodek koszykarski. To etykietka podobna do Włocławka z tamtych lat. U was też „całe miasto” grało w koszykówkę?

- Mimo wszystko nie. Gdy chciałem pograć w koszykówkę, to raczej musiałem postarać się mocniej, aby znaleźć kogoś chętnego, kto by ze mną porzucał. Częściej grałem w szkole, niż gdzieś tam z kolegami.

Zanim Spójnia spadła z ekstraklasy w 2004 roku, zdążyłeś zadebiutować na parkietach najwyższej klasy rozgrywkowej. Potem jednak, żeby grać w elicie, musiałeś przenieść się do, żebym teraz nie pomylił miast, Starogardu Gdańskiego.

- I stąd ta zmiana nazwy (śmiech)! Ale tak właśnie było. W sezonie 2003/2004 zadebiutowałem w PLK, zagrałem trzy mecze, a potem musiałem czekać aż do rozgrywek 2006/2007. Polpharma wykupiła mnie ze Spójni, a duża w tym zasługa trenera Tomasza Jankowskiego. Tego z Wrocławia. On prowadził mnie w kadrze młodzieżowej i widział dla mnie miejsce wśród seniorów w ekstraklasie.

Grałeś w kadrze U-20, musiałeś mieć oferty z różnych klubów.

- Może i tak, ale tak naprawdę liczyła się tylko jedna, właśnie ze względu na osobę trenera Jankowskiego. Gdyby nie on, Polpharma pewnie w ogóle nie byłaby zainteresowana. A tak? Dostałem ofertę i klub jeszcze zdecydował się zapłacić za mnie ekwiwalent za szkolenie Spójni. Kilkadziesiąt tysięcy złotych. Dla mnie to było o tyle ważne, że od tamtej pory nie byłem już związany z macierzystym klubem i mogłem decydować sam o sobie.

Przeskok do ekstraklasy był spory?

- Oczywiście. Nagle musiałem masować się pod koszem z doświadczonym Kristijanem Ercegoviciem, medalistą mistrzostw Polski Pawłem Wiekierą czy robiącym wówczas furorę w PLK Patrickiem Okaforem. To była szkoła, choć w kolejnych latach trenowałem w bardziej wymagających warunkach.

W Polpharmie spisywałeś się obiecująco. Zarówno w pierwszym, jak i drugim sezonie, ale tylko do pewnego momentu. Czy zmiana trenera miała na to wpływ?

- Trenera Jankowskiego zastąpił po roku Jerzy Chudeusz i wszystko było w porządku. To znaczy dla mnie, bo grałem sporo: prawie dwie kwarty. Zespołowo jednak mieliśmy problemy i zajmowaliśmy ostatnie miejsca w tabeli. Zarząd zareagował i zatrudnił Adama Prabuckiego. Wówczas moja rola zmieniła się drastycznie na niekorzyść. Nagle zacząłem grać ogony, doszli nowi zawodnicy – Dusan Bocevski i Charles Bennett – ale… wyników i tak to nie odmieniło. Ostatecznie spadliśmy z ligi, ja grałem mało, a trener – choć mówił, że mam się starać i trenować mocno – nigdy nie dał mi szansy. Odebrałem kolejną lekcję.

Mimo wszystko pozostawiłeś po sobie dobre wrażenie, bo pojawiła się oferta z Energi Czarnych Słupsk. Z perspektywy czasu – bardzo ważna oferta.

- Mówisz o tym, że na co dzień, poza sezonem, mieszkam w Słupsku, a moja żona jest rodowitą słupszczanką (śmiech)? No, jeśli patrzymy w tych kategoriach to na pewno było to ważne.

A kwestie sportowe?

- Trener Podkowyrow był krótko, ale po nim fotel headcoacha zajął Gaspar Okorn, który otworzył mi oczy na wiele spraw. Nagle pojawiło się coś takiego jak pojęcie „systemu”. System gry w obronie, system gry w ataku. Nagle stało się istotne to, jak się człowiek porusza w defensywie, jak ważne są jego ruchy na to, jak wpływają one na obronę całego zespołu. Oczywiście, miałem mecze lepsze i gorsze, ale ogółem dobrze wspominam tamten sezon. I to nawet wobec faktu, że w starciu o trzecie miejsce ograł nas… Anwil. Biorąc pod uwagę, że mieliśmy fatalny początek, trener Okorn wykonał wielką pracę.

Dobrze wspominasz tamten sezon, a ostatecznie wybrałeś ofertę PGE Turowa Zgorzelec. To trochę nie stoi ze sobą w kontrze?

- Jak skończył się sezon, słyszałem, że klub zamierza zostawić trenera i trzon drużyny. Po jakimś czasie okazało się, że koncepcja się zmieniła. To była kolejna lekcja: w koszykówce nie ma sentymentów. Mój agent tymczasem zbierał oferty i tak naprawdę to było mi wówczas najbliżej do Polpharmy. Po sezonie przyjechali nawet do mnie trener Milija Bogicević i prezes Jarosław Poziemski, którzy namawiali do powrotu na Kociewie. Mówili, że będzie fajny, młody, waleczny team. Przystałem na to, a potem wziąłem nawet udział w dwutygodniowych treningach. Ja, Łukasz Majewski, Damian Kulig, Jacek Jarecki… Po dwóch tygodniach dowiedziałem się jednak, że  ktoś „na górze” u sponsora nie zaakceptował mojego transferu. Cóż, zdarza się, choć dzisiaj się z tego śmieję, bo niedługo po mnie do klubu dołączył Uros Mirković. Tymczasem do mojego agenta odezwał się Saso Obradović, który…

…na papierze budował bardzo silny zespół PGE Turowa Zgorzelec. Adam Wójcik, Willie Deane, Konrad Wysocki, Robert Witka i przede wszystkim Michael Wright.

- Michael był chyba najlepszym graczem, przeciwko któremu miałem okazję rywalizować. Graliśmy wówczas w europejskich pucharach, a on z łatwością robił 20 punktów i osiem zbiórek. Niewiarygodnie zwinny, silny, rzucał z półdystansu, miał pewną rękę z linii, a do tego pod koszem? Niezliczona liczba manewrów. Pamiętam, że bardziej doświadczeni – Adam i Robert – często szybko dobierali się razem w parze na treningach, a do mnie mówili: młody, idź masować się z Michaelem. Cóż, starałem się być jak najlepszym sparing-partnerem dla niego (śmiech).

Wielkie nazwiska, ale brak sukcesów. Następstwo? Zwolnienie Obradovicia i przyjście Andreja Urlepa. A potem twój powrót do Słupska. Sam zrezygnowałeś?

- Nawet jak byli tylko Michael, Adam i Robert to grałem po 10-12 minut. Gdy Urlep ściągnął jeszcze Brandona Wallace’a i Chrisa Johnsona to wiedziałem, że nie przyszli po to, aby siedzieć na ławce. Jednocześnie wiedziałem już, że słupszczanie ponownie chcieliby mnie w składzie. Poszedłem do prezesa Jana Michalskiego i szybko się dogadaliśmy. Pamiętam, że to był piątek, kiedy pojechałem do Słupska, a w sobotę grałem już mecz.

Odetchnąłeś?

- Na pewno. Potrzebowałem regularnych minut jak tlenu. W Zgorzelcu nie miałem przyjemności z gry. Chciałem, żeby ta radość wróciła. I w Słupsku tak się stało.

I wszystko układało się na tyle dobrze, że zostałeś na dwa kolejne lata.

- Trochę poznałem już środowisko i nauczyłem się, że czasami nie ma co kombinować za bardzo, bo może wyjść gorzej. Lepsze wrogiem dobrego.

Problem w tym, że z sezonu na sezon grałeś coraz mniej. Po przyjściu ze Zgorzelca 25 minut, w następnym sezonie 21, a w kolejnym już tylko 18.

- Brązowy sezon (2010/2011 – przyp. M.F.) był naprawdę udany. Po nim jednak nastąpił kolejny, w którym… No cóż, mam wrażenie, że żaden z zawodników poza jednym, który był wówczas w drużynie, nie może powiedzieć, że miał udane rozgrywki. Ale mimo to, byliśmy tylko o jeden rzut od półfinału. Prowadziliśmy w serii 2-1 i w meczu 77:76, gdy Piotr Stelmach nie miał już wyjścia, jak tylko skończyć akcję wejściem pod kosz. Rzucił, trafił, wyrównał stan serii, a w piątym spotkaniu Darnell Hinson spudłował na zwycięstwo i odpadliśmy.

To był 2012 rok. Miałeś już konto na Facebooku?

- Pewnie tak, a co?

Dużo odebrałeś „przyjemnych” wiadomości od fanów, gdy okazało się, że zamieniasz Słupsk na Koszalin?

- Prosto w oczy, czy też „prosto w oczy” za pośrednictwem Internetu, nikt nie „poinformował” mnie o swojej złości (śmiech). Oczywiście, wiedziałem, że moja decyzja może wywołać emocje i nawet zastanawiałem się jak to będzie, gdy już zostanie to oficjalnie ogłoszone. Pamiętam, że dzwonił do mnie trener Teo Cizmić, następnie także Igor Milicić i obaj uspokajali mnie, że na pewno wszystko będzie OK. I było. Nigdy mnie, ani mojej żonie-słupszczance, nic z tego powodu się nie stało. I nawet gdy w trakcie sezonu przyjeżdżaliśmy do Słupska, kiedy mieliśmy wolne, nie działo się nic nadzwyczajnego.

Tamten sezon jest pamiętny dla kibiców Anwilu. W pierwszym meczu o trzecie miejsce Rottweilery wygrywały już różnicą 18 punktów, a tymczasem…

- …sprawy w swoje ręce wziął Sek Henry i zabraliśmy wygraną Anwilowi. I choć u nas nic nie było przesądzone, to jednak wiedzieliśmy, że nie możemy dać szansie wyrwać się z naszych rąk. Po ostatniej syrenie była euforia.

Ten sukces – spośród wszystkich, które osiągnąłeś – smakował najlepiej?

- Medal w Słupsku był wywalczony w trudnych warunkach i zawsze będę go miło wspominał. Także krążek zdobyty z Treflem ma swoją wartość. Niemniej jednak sukces z AZSem był wielką niespodzianką, sensacją wręcz. Do samego końca sezonu regularnego walczyliśmy o miejsce w play-off i niczego nie mogliśmy być pewni. Ostatecznie awansowaliśmy z siódmej lokaty i trafiliśmy na Trefla Sopot, który kilka miesięcy wcześniej wywalczył Puchar Polski. Nie byliśmy faworytem, a mimo to wygraliśmy. I choć ze Stelmetem nie mieliśmy większych szans, to Anwil już udało się pokonać. Brąz miał naprawdę wyjątkowy smak.

Po AZSie odszedłeś do Sopotu na dwa lata, ale rok temu wybrałeś kolejny klub – King Wilki Morskie Szczecin. O tym transferze sporo się mówiło w świecie koszykarskim, ale głównie ze względu na kwotę w nim zapisaną. Nagle stałeś się jednym z najlepiej opłacanych polskich graczy, to prawda?

- Nikomu nie zaglądam w portfel. Oczywiście te wszystkie informacje, plotki dochodziły do mnie, bo jak miały nie dochodzić, skoro ja sam przyznałem w jednym z wywiadów, że podpisałem najwyższy kontrakt w swojej karierze. To prawda, ale czy byłem najdroższym Polakiem? Na pewno nie. Może więc jednym z najdroższych? Nie wiem i nie chcę wiedzieć. Zdaję sobie sprawę z tego, że wszyscy mówili wówczas tylko o pieniądzach, ale… przecież ja tych pieniędzy nikomu nie ukradłem, na nikim nie wymusiłem, wszystko negocjował mój agent, a ja wziąłem to, co mi zaoferowano. Miałem nie wziąć?

Ludzie lubią rozmawiać o pieniądzach, zwłaszcza cudzych.

- Z tym, że zanim poznałem wszystkie kwoty, najpierw odbyłem kilka rozmów np. z trenerem Markiem Łukomskim i raczej interesowałem się jego planami, wizją, a nie pensją. Zawsze tak jest, że pierwsze co jest dla mnie istotne to rozmowa ze szkoleniowcem. Plany trenera Łukomskiego robiły wrażenie. Opowiadał mi o zawodnikach, których chce ściągnąć i o tym, o co zamierza walczyć. To wszystko miało sens i wyglądało obiecująco. Dopiero później pojawiły się pieniądze.

Wiedziałeś jednak, że nie idziesz do zespołu, który nagle będzie grał o złoto.

- W zeszłym sezonie było wiadomo, że o złoto zagra Stelmet. Ale z kim? Rosa, Energa Czarni, Anwil, Polski Cukier? I już mamy pięć ekip, z który jedna była „tylko” w ćwierćfinale, czyli tak jak my. Zresztą, czy potencjał – potencjał na papierze – King Wilków Morskich różnił się znacząco od Rosy czy Polskiego Cukru? Moim zdaniem nie. Naprawdę czasem nie ma dużej różnicy między sukcesem, a porażką a ja, podpisując kontrakt ze szczecinianami, zwracałem uwagę na plany klubu i aspiracje zespołu.

Rzeczywistość zweryfikowała.

- Naszym problemem było bardzo słabe rozpoczęcie sezonu. Poniżej naszego poziomu. Potem przyszły zmiany, skład został wzmocniony i zaczęliśmy wygrywać częściej. Niestety, słaby początek ciągnął się za nami cały czas. Gdy inne zespoły – pewne udziału w play-off – mogły nieco mocniej potrenować, aby forma nadeszła na najważniejszą część sezonu, my musieliśmy grać z meczu na mecz. I w play-off nie mieliśmy już się z czego „odbić” a dodatkowo trafiliśmy na Anwil, który uniemożliwił nam granie naszej koszykówki. Ja tymczasem przez cały sezon mówiłem w wywiadach, że potencjał mamy na lepsze granie. I to była prawda.

Masz w pamięci jeszcze te mecze z Anwilem?

- Oj tak. Defensywa Anwilu, zwłaszcza w dwóch pierwszych meczach, wypunktowała nas w całości. Naszym atakiem nie mogliśmy zrobić nic. To obrona włocławian pokazywała nam, gdzie dokładnie mamy pchać piłkę, a nie mogliśmy pchać jej tam, gdzie sami byśmy chcieli.

Mówiło się wówczas, że King Wilki Morskie kompletnie nie wykorzystały przewagi pod koszem. W play-off nie zafunkcjonował ani Uros Nikolić, Ovid Galdikas, C.J. Aiken, ani ty…

- Może nie ma sensu do tego już wracać. Każdy widział jak było.

Byłeś zmęczony sezonem?

- Każdy sezon jest na pewien sposób meczący. Możesz mieć tylko większą radość z gry lub mniejszą.

Wiedziałeś, że zerwiesz dwuletni kontrakt?

- Gdy przeczytałem wywiad z trenerem Łukomskim, który wyznał, że będzie mniejszy budżet, domyślałem się jak to mniej więcej będzie wyglądało. Ale OK. Już w Słupsku nauczyłem się, że sentymentów nie ma. W porządku. Klub nie był zadowolony z tego, jak grałem, ja też nie do końca odnajdowałem się w takich okolicznościach. Znaleźliśmy kompromis.

Trener Igor Milicić, po sezonie 2015/2016, przedstawił bardzo wąską imienną listę graczy, z którymi chciałby współpracować. Oczywiście twoje nazwisko było w niej. To budujące…

- Oczywiście. Trener Milicić od początku mówił mi, jak tylko rozpoczęliśmy poważne rozmowy, że ma na mnie pomysł i wie jak wykorzystać moją osobę na parkiecie.

Jego słowa znajdują potwierdzenie w sparingach?

- Zdecydowanie! I nie chodzi o to, że np. w co drugiej akcji dostaję piłkę w grze tyłem do kosza i mogę bazować na swoich manewrach. Oczywiście tak nie jest. Czuję się jednak wykorzystywany w grze jako całości. W Wilkach nigdy nie miałem pretensji o to, że otrzymywałem za mało podań, ale nie odpowiadało mi to, że gdy dobrze przeczytałem błąd w obronie przeciwnika i wykonywałem ruch to… dobrego podania brakowało. W Anwilu to działa automatycznie. Ja np. dobrze czuję się w kontrze. Zdarzało się już teraz w sparingach, że po przechwycie biegnę do kontry, mam przeciwnika na plecach i dostaję długie podanie, po którym wystarczy, abym się zastawił i położył piłkę na obręczy. Takie coś cieszy. Nie tylko mnie, ale też rozgrywających, którzy mają łatwe asysty i cały zespół, który ma łatwe punkty.

System gry w obronie Igora Milicicia sprawia dużo problemów?

- Nie jest łatwo, ale jak już poznamy wszystkie detale to wówczas naprawdę będziemy niewygodnym przeciwnikiem dla wszystkich ekip z czołówki.

Cyrklowałeś wokół Anwilu od kilku lat. Kilkukrotnie byłeś naprawdę blisko podpisania umowy we Włocławku.

- Naprawdę blisko to byłem po Koszalinie, a przed Sopotem. Miałem wówczas konkretną propozycję z Włocławka, ale do podpisania umowy nie doszło, bo wybrałem AZS. Wcześniej otrzymałem ofertę jako bardzo młody zawodnik. Cóż, do trzech razy sztuka (śmiech).

Anwil to twój ósmy klub w karierze. Czujesz się trochę jak podróżnik?

- Powtórzę: nauczyłem się przez całą moją karierę, że w koszykówce nie ma sentymentów. W piłce nożnej podpisuje się kontrakty wieloletnie, a u nas jedno- lub dwuroczne. Taka specyfika i nie ma co się nad nią zastanawiać.

#RazemPoMedal, to hasło, które musi ci się podobać.

- Dla mnie lepsze byłoby coś z finałem, bo w nim jeszcze nigdy nie miałem przyjemności zagrać (śmiech). Może w tym roku? Bardzo bym chciał, choć nie chcę pompować balonika. Dobrze by było dodać medal do kolekcji i liczę, że będziemy w stanie to zrobić.

Jesteś doświadczonym graczem, masz 30 lat, ale nadal coś do udowodnienia…

- Trochę tak. Jestem pewien, że jak nasz system gry zacznie funkcjonować, to będziemy naprawdę trudnym rywalem dla wszystkich. Opcji gry w ataku mamy tak wiele, że wszystko będzie sprowadzało się do jednego: kto danego dnia będzie w dobrej dyspozycji. Ale to nastąpi tylko wtedy, gdy defensywa będzie jak w zegarku. A na to trzeba czasu.

WYWIAD Z KACPREM MŁYNARSKIM