Dwie kompletnie różne połowy obejrzeli kibice w Hali Mistrzów. Najpierw Anwil szczelną obroną unicestwił ataki Trefla, a następnie strefa postawiona przez gości zatrzymała koszykarzy z Włocławka. Niemoc trwała do końcowego gwizdka i sopocianie mogli się cieszyć ze zwycięstwa 67:54.
Dwie kompletnie różne połowy obejrzeli kibice w Hali Mistrzów. Najpierw Anwil szczelną obroną unicestwił ataki Trefla, a następnie strefa postawiona przez gości zatrzymała koszykarzy z Włocławka. Niemoc trwała do końcowego gwizdka i sopocianie mogli się cieszyć ze zwycięstwa 67:54.
Niski wynik pierwszej kwarty (14:10) był efektem dwóch czynników. Po pierwsze, zespoły postawiły na obronę, a po drugie, nawet gdy wypracowywały sobie okazje do rzutów, to w przedziwny sposób piłka wykręcała im się z kosza. Sygnałem, że Anwil może grać skutecznie była akcja Krzysztofa Szubargi, który ominął Łukasza Koszarka i Filipa Dylewicza niczym tyczki i znalazł się sam na sam z koszem. Rozgrywający Anwilu zdobył pewne punkty, w kolejnych akcjach dorzucił dwie trójki i tchnął dobrego ducha w zespół.
Sam „Szubi” meczu jednak wygrać nie mógł. Pod nieobecność Dardana Berishy (problemy zdrowotne) włocławianie poszukiwali więc w swoim gronie strzelca, który dałby im kolejne, cenne trafienia. Szybko okazało się, że ciężar zdobywania punktów jest w stanie wziąć na siebie wchodzący z ławki za Corsleya Edwardsa skrzydłowy Lawrence Kinnard. Amerykanin przeprowadził kilka indywidualnych akcji, z których błyskawicznie uskładał 11 punktów, dając gospodarzom prowadzenie 25:20. Gdyby nie szalone zagrania Marcina Stefańskiego, różnica byłaby jeszcze większa, bo świetna obrona Anwilu zupełnie wyłączyła z gry liderów Trefla.
Do przerwy Anwil prowadził 36:28, a Łukasz Koszarek miał na swoim koncie 2 punkty, Filip Dylewicz 6, a Adam Waczyński 0. Tylko John Turek spokojnie dokładał kolejne oczka i powoli wyrastał na lidera Trefla. W 25. minucie Anwil prowadził najwyżej w tym meczu 42:30, ale na tym skończyła się dobra gra w ataku. Goście postawili strefę, której w żaden sposób nie dało się sforsować. – Zabrakło nam w tym momencie strzelca. Dardan Berisha, który nie mógł wystąpić w tym meczu, spełniłby kluczową rolę. Bez niego nasza siła ofensywna z dystansu znacząco zmalała, nie trafiliśmy kilku rzutów i zablokowaliśmy się – tłumaczył trener Krzysztof Szablowski.
Od wspomnianej 25. minuty, aż do końca trzeciej kwarty włocławianie nie trafili ani raz. Próbowali Lawrence Kinnard, Łukasz Majewski i Krzysztof Szubarga, ale wybici z rytmu w żaden sposób nie mogli znaleźć drogi do kosza. Całą przedostatnią odsłonę przegrali 6:18 i ze zdecydowanych liderów przeszli do roli goniących (42:46). Nie pomagały czasy brane przez trenera Krzysztofa Szablowskiego i gra prawie cały czas stanowiła przeciwieństwo tego, co Anwil pokazywał w pierwszej połowie. Tylko minuta ostatniej kwarty wróżyła poprawę. Punkty Lawrenca Kinnarda i Seida Hajricia pozwoliły wyrównać stan meczu, ale na tym ofensywny zryw się zakończył.
Losy meczu dwiema trójkami na przestrzeni 30 sekund rozstrzygnął Łukasz Koszarek. Uśpiony w pierwszej połowie, w drugiej rozbłysnął. Po jego punktach Trefl prowadził 52:46 i znów wrócił na właściwy tor jeśli chodzi o atak i obronę. Po tym jak będąc sam na sam z koszem nie trafił Bartłomiej Wołoszyn, a w odpowiedzi padła seria punktów gości, trener Krzysztof Szablowski sięgnął po młodych. Po meczu szkoleniowiec nie powiedział, czy chciał w ten sposób pokazać swoim etatowym koszykarzom, że strefę potrafią rozbijać nawet początkujący profesjonaliści, ale ten sygnał był jasny. W ostatnich minutach udało się nieco zniwelować straty, lecz mecz i tak zakończył się niekorzystnym wynikiem 67:54 dla Trefla.
Zwycięstwo gości zapewniło im drugą lokatę przed fazą play-off, a Anwilowi nie pozostaje nic innego jak tylko potraktować ten mecz jako pouczającą wpadkę i zrewanżować się w kolejnych spotkaniach.
Anwil Włocławek - Trefl Sopot 54:67 (14:10, 22:18, 6:18,12:21)Sam „Szubi” meczu jednak wygrać nie mógł. Pod nieobecność Dardana Berishy (problemy zdrowotne) włocławianie poszukiwali więc w swoim gronie strzelca, który dałby im kolejne, cenne trafienia. Szybko okazało się, że ciężar zdobywania punktów jest w stanie wziąć na siebie wchodzący z ławki za Corsleya Edwardsa skrzydłowy Lawrence Kinnard. Amerykanin przeprowadził kilka indywidualnych akcji, z których błyskawicznie uskładał 11 punktów, dając gospodarzom prowadzenie 25:20. Gdyby nie szalone zagrania Marcina Stefańskiego, różnica byłaby jeszcze większa, bo świetna obrona Anwilu zupełnie wyłączyła z gry liderów Trefla.
Do przerwy Anwil prowadził 36:28, a Łukasz Koszarek miał na swoim koncie 2 punkty, Filip Dylewicz 6, a Adam Waczyński 0. Tylko John Turek spokojnie dokładał kolejne oczka i powoli wyrastał na lidera Trefla. W 25. minucie Anwil prowadził najwyżej w tym meczu 42:30, ale na tym skończyła się dobra gra w ataku. Goście postawili strefę, której w żaden sposób nie dało się sforsować. – Zabrakło nam w tym momencie strzelca. Dardan Berisha, który nie mógł wystąpić w tym meczu, spełniłby kluczową rolę. Bez niego nasza siła ofensywna z dystansu znacząco zmalała, nie trafiliśmy kilku rzutów i zablokowaliśmy się – tłumaczył trener Krzysztof Szablowski.
Od wspomnianej 25. minuty, aż do końca trzeciej kwarty włocławianie nie trafili ani raz. Próbowali Lawrence Kinnard, Łukasz Majewski i Krzysztof Szubarga, ale wybici z rytmu w żaden sposób nie mogli znaleźć drogi do kosza. Całą przedostatnią odsłonę przegrali 6:18 i ze zdecydowanych liderów przeszli do roli goniących (42:46). Nie pomagały czasy brane przez trenera Krzysztofa Szablowskiego i gra prawie cały czas stanowiła przeciwieństwo tego, co Anwil pokazywał w pierwszej połowie. Tylko minuta ostatniej kwarty wróżyła poprawę. Punkty Lawrenca Kinnarda i Seida Hajricia pozwoliły wyrównać stan meczu, ale na tym ofensywny zryw się zakończył.
Losy meczu dwiema trójkami na przestrzeni 30 sekund rozstrzygnął Łukasz Koszarek. Uśpiony w pierwszej połowie, w drugiej rozbłysnął. Po jego punktach Trefl prowadził 52:46 i znów wrócił na właściwy tor jeśli chodzi o atak i obronę. Po tym jak będąc sam na sam z koszem nie trafił Bartłomiej Wołoszyn, a w odpowiedzi padła seria punktów gości, trener Krzysztof Szablowski sięgnął po młodych. Po meczu szkoleniowiec nie powiedział, czy chciał w ten sposób pokazać swoim etatowym koszykarzom, że strefę potrafią rozbijać nawet początkujący profesjonaliści, ale ten sygnał był jasny. W ostatnich minutach udało się nieco zniwelować straty, lecz mecz i tak zakończył się niekorzystnym wynikiem 67:54 dla Trefla.
Zwycięstwo gości zapewniło im drugą lokatę przed fazą play-off, a Anwilowi nie pozostaje nic innego jak tylko potraktować ten mecz jako pouczającą wpadkę i zrewanżować się w kolejnych spotkaniach.
Anwil: Kinnard 13, Edwards 10, Szubarga 10, Hajrić 10, Allen 8, Majewski 3, Harrington 0, Wołoszyn 0, Lewis 0, Maciejewski 0, Sokołowski 0
Trefl: Turek 20, Wiśniewski 15, Koszarek 13, Dylewicz 8, Stefański 6, Cummings 3, Mallett 2, Waczyński 0
SZCZEGÓŁOWE STATYSTYKI