Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Paul Miller: Uciekam od Baracka Obamy

Piątek, 22 Maja 2009, 1:00, Michał Fałkowski

Paul Miller był bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem Anwilu w przekroju całego play-off, za co został nagrodzony tytułem MVP tej fazy sezonu. Amerykanin jest jednak nie tylko znakomitym zawodnikiem, ale i ciekawym człowiekiem. Dlatego w najnowszym, udzielonym nam wywiadzie poprosiliśmy go o poruszenie tematów związanych nie tylko z koszykówką.

Paul Miller był bezsprzecznie najlepszym zawodnikiem Anwilu w przekroju całego play-off, za co został nagrodzony tytułem MVP tej fazy sezonu. Amerykanin jest jednak nie tylko znakomitym zawodnikiem, ale i ciekawym człowiekiem. Dlatego w najnowszym, udzielonym nam wywiadzie poprosiliśmy go o poruszenie tematów związanych nie tylko z koszykówką.

Otrzymałeś statuetkę „MVP Anwilu Włocławek w rundzie Play Off”, którą przyznali ci kibice. To chyba duży honor?

 

- Tak, oczywiście. Anwil ma świetnych fanów i jest mi bardzo miło, że mogłem dla nich grać. Oni mieli wpływ na to, że staliśmy się mocnym zespołem. Nam w Hali Mistrzów grało się świetnie, a zespołom przyjezdnym drżały ręce. Cieszę się z wyróżnienia, którym mnie uhonorowali kibice, ale od razu muszę podkreślić, że w play-off cały zespół grał znakomicie. Ja oczywiście również starałem się, jak najlepiej wywiązywać ze wszystkich powierzonych mi zadań. Tak się złożyło, że w decydujących meczach musiałem spędzać na parkiecie wiele minut. To pozwoliło mi nabrać rozpędu i pokazać się z dobrej strony. Cieszę się, że zauważyli to kibice odwiedzający naszą stronę internetową.

 

Wiem też, że poza głosowaniem na ciebie w ankietach, internauci, a zapewne nawet bardziej internautki, często ściągały też tapety z twoją podobizną. Czy i na twoim pulpicie gości Paul Miller?

 

- Nie, ja wolę tapety z naszymi cheerleaders… A tak na poważnie, to na swoim pulpicie mam całą drużynę Anwilu. Stanowiliśmy fajną paczkę i miło będzie to sobie przypomnieć za każdym razem, gdy włączę komputer.

 

Nie wiemy, jak ułoży się twoja dalsza kariera, ale czy jeśli będziesz grał w innym klubie, to czy czasem poszukasz informacji o tym, co się dzieje w Anwilu?

 

- Oczywiście. Teraz też w wolnych chwilach sprawdzam wyniki moich wcześniejszych drużyn. Dlatego, na pewno będę interesował się Anwilem. Powiem więcej, będę mu gorąco kibicował. Będę ściskał kciuki za każdy mecz Anwilu, no chyba, że przyjadę tu z inną drużyną.

 

Rozumiem, że nie zmieniłeś zdania od początku sezonu i nadal potwierdzasz, że mamy we Włocławku „mini NBA”?

 

- Nie zmieniłem go ani odrobinę. W Polsce Anwil jest prawdopodobnie najlepiej zorganizowanym klubem. Chodzi mi zarówno o ludzi, którzy w nim pracują, jak również o warunki, w jakich trenujemy my - koszykarze. To duża przyjemność wybiegać na parkiet w pięknej i wypełnionej po brzegi hali.

Co będzie ci przychodziło do głowy jako pierwsze, gdy pomyślisz o Włocławku i o Anwilu?

 

- Odpowiedź jest banalnie prosta – brązowy medal, koledzy z drużyny i trenerzy. To było całe moje życie tutaj we Włocławku. Będę tęsknił za ludźmi, których widywałem codziennie w biurze i którzy zawsze byli bardzo mili dla mnie.

 

Nikt w polskiej lidze nie potrafił zatrzymać pick-and-rolli Koszarek – Miller. Czy to twoja ulubiona forma gry w ataku?

 

- W tym sezonie nasza gra często opierała się na grze pick-and-rolli, bo to dawało efekty. Cała zasługa tutaj Łukasza Koszarka, który wykonywał fantastyczną pracę wyszukując mnie pod koszem. On miał świetny instynkt, na ułamek sekundy wcześniej wiedział jaki ruch wykonam i posyłał mi piłkę. Naprawdę doskonale się rozumieliśmy. A skoro to dawało nam dużą część punktów zdobywanych w każdym meczu, to chyba możemy razem z Łukaszem powiedzieć, że było naszą ulubioną formą ataku.

 

Chciałbym cię zapytać o naszego trenera. W trakcie meczów Igor Griszczuk często przemieniał się w książkowego Mr Hydea i nie oszczędzał również ciebie. Jak będziesz wspominał Igora Griszczuka?

 

- Zawsze będę pamiętał, jak trener często powtarzał mi „to nie Kalifornia!” i zabraniał chodzić w chłodne dni w zbyt letnich ubraniach, które ja z kolei bardzo lubię. To było naprawdę zabawne. Tym za co szanuję Igora Griszczuka jest jego mentalność zwycięzcy. On nadawał całej drużynie profesjonalizmu i nauczył nas wygrywać. Przed każdym meczem wpajał nam, że liczy się tylko sukces, a każdy z nas, indywidualnie przejął to myślenie. Nawet, gdy przegrywaliśmy, nie poddawaliśmy się, bo tak wpływał na nas trener. On nie mógł wejść na boisko i pomóc nam fizycznie, ale mentalnie wspierał nas w niesamowity sposób.

 

W trakcie ubiegłorocznych wakacji wziąłeś udział w lidze letniej New York Knicks. Masz podobne plany na to lato?

 

- Jeszcze nie otrzymałem żadnego zaproszenia, ale jeśli jakiś poważny klub zgłosi się z taką propozycją, to oczywiście z niej skorzystam. Będę odpoczywał i czekał na ruchy ze strony amerykańskich klubów. Ligi letnie NBA pozwalają zdobyć niesamowite doświadczenie i pokazać się w Ameryce. Nie każdy może w nich wystąpić.

Jestem przekonany, że po play-off, w którym przeciw euroligowemu zespołowi notowałeś średnie na poziomie 20 punktów i prawie 9 zbiórek, twój agent jest w stanie znaleźć ci zespół w każdej lidze. Czy jakiś kraj jest twoim faworytem?

 

- Tak naprawdę, to nie znam zbyt dobrze Europy. Do tej pory grałem tylko w Niemczech i Polsce i tylko o tych krajach mogę mieć pojęcie. Mówi się, że koszykarsko i ze względu na pogodę, najlepszymi ligami są włoska, hiszpańska i grecka. Być może kiedyś będę miał okazję się o tym przekonać, ale na razie o tym nie myślę. Na kilka tygodni chcę zapomnieć o koszykówce i całkowicie wypocząć. Dopiero, gdy będę miał świeże, zdystansowane spojrzenie, będę podejmował decyzje.

 

Obserwując twoją karierę można zauważyć, że cały czas rozwijasz się koszykarsko. Czy czujesz, że jesteś bliski osiągnięcia szczytu umiejętności, czy wciąż jeszcze masz w sobie duże pokłady niewykorzystanych możliwości?

 

- Myślę, że gdy sportowiec czuje, że jest u kresu swoich możliwości, to traci dużo atutów. Już nie ma takiej motywacji do pracy, a poza tym jest zbyt pewny siebie. Ja wiem, że jeszcze wiele pracy przede mną i to mnie motywuje do kolejnych treningów i meczów. Sport jest zaskakujący i cały czas odkrywa nasze słabości, z którymi możemy spróbować powalczyć. Moim zdaniem nie ma idealnego koszykarza. Nawet najlepsi mają swoje wady i muszą z nimi walczyć. Mi jeszcze daleko do ich poziomu, dlatego myślę, że jeszcze długo nie stracę ochoty do poprawiania swojej gry.

 

Czy to dlatego dzień po zakończeniu rozgrywek ligowych, od samego rana spędzałeś czas na siłowni?

 

- Rzeczywiście, przyłapaliście mnie na tym, że przyszedłem sobie jeszcze poćwiczyć (śmiech). Muszę się przygotować do wakacji. Mówiąc serio, to nie cierpię bezczynności i lenistwa. Skoro gdzieś muszę spożytkować swoją energię, to czemu nie na siłowni, dbając o swoją kondycję?

 

Czy masz faworytów w tegorocznym play-off NBA i czy wiesz kto to jest Marcin Gortat?

 

- Oglądam tegoroczne play-off NBA dość uważnie, ale nie mam w nim jakiegoś szczególnego faworyta. Lubię oglądać grę Los Angeles Lakers i Cleveland Cavaliers. Dlatego chciałbym, żeby właśnie te zespoły zagrały w finale. Jeśli chodzi o Marcina Gortata, to znam go z występów w lidze niemieckiej. Był tam czołową postacią i nie sposób o nim zapomnieć. Widziałem też kilka meczów w NBA w jego wykonaniu i jestem pod wrażeniem postępów, jakie zrobił.

 

Myślisz, że ma szanse na pozostanie w najlepszej lidze świata?

 

- Zdecydowanie tak. Teraz jest w trudnej sytuacji, bo szans na wygryzienie ze składu Dwighta Howarda nie ma właściwie żadnych. Musimy sobie uświadomić, że Dwight to w tej chwili jedna z największych gwiazd NBA i człowiek nie do zastąpienia na pozycji centra. Obserwuję jednak Marcina i widzę, że mądrze postępuje ucząc się od Howarda. Pamiętam, że już w Bundeslidze był niesamowity, a teraz, gdy ma takie wzory, to wykonuje jeszcze lepszą pracę. Myślę, że nie będzie miał problemu ze znalezieniem klubu w NBA.

Interesujesz się polityką i jesteś zwolennikiem Johna McCaina. Czy nie obawiasz się w takim razie powrotu do Ameryki Obamy?

 

- Zabiłeś mnie tym pytaniem (śmiech). To rzeczywiście temat na ciekawą i długą rozmowę, ale w tej chwili mogę tylko zażartować, że wracam do Stanów tylko na kilka tygodni, a później uciekam od Baracka Obamy. Mówiąc nieco poważniej, to obserwuję to co się dzieje w amerykańskiej polityce z uwagą. Widzę sporo zmian, ale tak to już jest, gdy władzę przejmuje polityk z innej partii. Czy są to zmiany na lepsze? To okaże się w dłuższej perspektywie niż po pół roku rządzenia. Dajmy szansę Obamie.

 

Przywieziesz coś z Włocławka swojej rodzinie w Stanach?

 

- Moi rodzice byli tu w styczniu i obejrzeli dwa mecze. Kupili sobie wtedy szaliki Anwilu i kilka pamiątek. Ja podarowałem im kalendarz i zdjęcia zespołu. Dlatego teraz nawet nie myślałem o pamiątkach, tylko skupiałem się na walce o medal. Do ostatniej chwili tylko o tym marzyłem. A tak w ogóle, to myślę, że najlepszym prezentem dla nich będę ja sam.

 

A czy w domu czeka na ciebie jakiś duży, pasujący do twoich gabarytów samochód, który wynagrodzi ci kilka miesięcy jeżdżenia małym, klubowym autkiem?

 

- O tak, trafiłeś w samo sedno. To jest jedna z rzeczy, których najbardziej nie mogę się doczekać – wsiąść do mojego Chevroleta. To jest samochód typu SUV, w którym czuję się najlepiej.

 

Czy wiesz, że kibice bardzo by chcieli, żebyś został we Włocławku na kolejny sezon?

 

- Miło mi to słyszeć. W tej chwili jeszcze nie myślę o kontrakcie na przyszły rok, ale byłoby dla mnie wielkim honorem, gdyby Anwil przedstawił mi swoją propozycję. To świadczyłoby o tym, że klub jest zadowolony z mojej gry i docenia to, co zrobiłem. Nie wiem oczywiście, czy byłaby to propozycja najlepsza i nie mogę obiecać, że ją przyjmę. Rozważę wszystkie opcje jakie się pojawią i na pewno argumentem przemawiającym za Włocławkiem będzie fakt, że będąc tutaj czułem się znakomicie. Wasze miasto jest stworzone do gry w koszykówkę.