Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

M. Niedbalski: Nie interesowali mnie zawodnicy wypaleni, cz. II

Poniedziałek, 18 Sierpnia 2014, 10:09, Michał Fałkowski

Dziś (poniedziałek) zawodnicy Anwilu Włocławek rozpoczynają przygotowania do sezonu, a w okienkach kasowych rusza sprzedaż karnetów. Zapraszamy do lektury wywiadu z trenerem Mariuszem Niedbalskim, który charakteryzuje drużynę i wyjaśnia dlaczego warto ją będzie oglądać.

Dla Chase Simona, jako jedynego w drużynie, pierwsze treningi oznaczać będą czas próby, który zadecyduje o jego być albo nie być w Anwilu. Na czym polegają pańskie wątpliwości co do tego zawodnika?

- Obawy dotyczą oczywiście faktu, że nie grał przez kilka miesięcy w żadnej lidze. Zrobiłem jednak dobry wywiad i dogłębnie poznałem przyczyny takiego stanu rzeczy. Chase w niczym nie zawinił, czuje się dobrze i chce mocno trenować. Podczas krótkiej gry w Polsce zrobił na mnie duże wrażenie i gdyby nie problemy ze zdrowiem, pewnie więcej osób poznałoby się na jego talencie. Teraz, za okazyjne jak dla nas warunki finansowe, może być częścią Anwilu. Naprawdę warto dać mu szansę i wierzę, że ten try-out będzie dla niego tylko formalnością.

Będzie grał na pozycji niskiego skrzydłowego z Krzysztofem Krajniewskim.

- Zgadza się. Będą się bardzo dobrze uzupełniać. Simon to zawodnik, który bardzo dobrze gra z piłką i ma niewątpliwy ciąg na kosz. Przejrzałem mnóstwo ofert koszykarzy na jego pozycję i Simon był zwyczajnie najbardziej optymalną opcją, jeżeli chodzi o moje wymagania. Jestem spokojny o jego grę.

Rozumiem, że na podobnej zasadzie mają się uzupełniać rozgrywający?

- Zgadza się. Vaughn jest atletycznym, przebojowym playmakerem, ale kiedy będziemy potrzebować więcej spokoju, to rozgrywać będzie Eitutavicius. Wtedy Vaughn może nawet przejść na pozycję rzucającego obrońcy, gdzie grał przez pół dotychczasowej kariery.

Tylko, że wtedy na dwójce zrobi się niesamowicie ciasno, bo przecież to nominalna pozycja Eitatuviciusa, a także Pamuły, Raczyńskiego i Jankowskiego…

- Mówimy o fragmentach. O opcjach. To jest drużyna zbudowana tak, żebyśmy mieli duże pole manewru i mogli zaskakiwać różnymi wariantami. A co do tej pozycji numer dwa, to o tym, kto będzie odgrywał na niej dominującą rolę zadecyduje okres przygotowawczy. Każdy musi powalczyć o swoje minuty i będzie miał to, na co zasłuży.

Są jednak zawodnicy, którzy potrzebują więcej gry, żeby być wartościowymi dla zespołu. Pamiętamy Eitatuviciusa, który przy Szubardze schodził w cień, a gdy lidera zabrakło i dostał więcej minut, to świetnie dyrygował grą w półfinale.

- I nikt nie mówi, że Eitutavicius nie ma szans na pierwszą piątkę. Może i tak będzie. On jest dość charakternym chłopakiem i na pewno ma zadatki na to, żeby być ważną postacią w moim zespole. Poza nim mamy jednak jeszcze pięciu koszykarzy obwodowych – Vaughna, Raczyńskiego, Pamułę, Simona i Krajniewskiego – którzy będą walczyć o swoje. Współczesna, intensywna koszykówka sprawia, że dwadzieścia kilka minut spędzonych na parkiecie pozwala wycisnąć z zawodnika wszystko co najlepsze.

Maciek Raczyński, włocławianin którego bardzo szanujemy, wreszcie wrócił do Anwilu. Roli młodego wilka już jednak nie będzie pełnił, a na czołową postać pewnie nie ma szans. Jakie będzie więc jego zadanie?

- To co pan powiedział jest prawdą, ale Maciek będzie mi bardzo potrzebny w procesie przygotowania drużyny do meczu. To ambitny i pracowity chłopak, który na pewno będzie wzorem na treningach, a i w meczach otrzyma swoje szanse. Chciałbym, żeby naciskał Piotrka Pamułę, Arvydasa Eitatuviciusa i Deontę Vaughna. Aťeby zmuszał ich do maksymalnego wysiłku.

Czy Maciek Raczyński nie odbierze minut młodemu Bartoszowi Jankowskiemu, którego też chętnie widzielibyśmy na parkiecie?

- Bartosz jest bardzo młody i musi dużo pracować, żeby być wartościowym graczem dla Anwilu. Widzę w nim potencjał, który – jeżeli zasłuży treningiem - będę chciał sprawdzić w meczach. Na pewno otrzyma kilka – kilkanaście szans w sezonie. Siłą rzeczy to nie odbędzie się kosztem Maćka. Ani Maciek nie będzie grał kosztem Bartosza.

W ramach określonego budżetu szukał pan zawodników pasujących do swojej koncepcji. Czy te raczej mało rozpoznawalne nazwiska są w stanie spełnić pańskie wymagania?

- Wychodzę z założenia, że budując drużynę trzeba być bardzo ostrożnym i każdy transfer przemyśleć dwa razy. Nie może być tak, że jakiś znany zawodnik nagle okazuje się w naszym zasięgu finansowym i my go bierzemy w ciemno. Nie. Wolę koszykarzy dopasowanych do mojego systemu niż takich, których nazwiska robią wrażenie. Podam przykład Surmacza. To jest chłopak, który może nie zapadł w pamięć polskim kibicom, ale mi pasuje idealnie. Przez dwa ostatnie lata bardzo się wzmocnił fizycznie i okrzepł w twardej walce. Grał w lidze kanadyjskiej, w której trzy czwarte składu zespołów to atletyczni, ciemnoskórzy zawodnicy. I on przeciw nim radził sobie całkiem dobrze. Pracował nad siłą i myślę, że teraz wielu kibiców go nie pozna. Zdecydowanie zmienił się fizycznie i dorósł mentalnie. Taki zawodnik jak on, o wzroście 203 cm, dobrze broniący i potrafiący rzucić za trzy, bardzo mi się przyda.

Wspominał pan o tym, że nie tylko fizyczność się dla pana liczyła, ale też charakter. Który z zawodników zagranicznych ma zadatki na lidera (bo chyba wśród Polaków takiego nie znajdziemy)?

- Myślę, że wyróżnia się w tym względzie Deonta Vaughn. Już w Polpharmie, przyjeżdżając zaraz po uniwersytecie, pokazał, że nie boi się wziąć piłki w ręce i wykonać akcję, która przesądza o ostatecznym wyniku. Podobnie było gdy grał w kolejnych klubach. Oglądałem też Browna i to jest niezwykle nabuzowany facet. Uwielbia wygrywać i szalenie walczy o każdą piłkę. Widać, że zależy mu na drużynie i jej wynikach.

Jak będzie wyglądał podział obowiązków w sztabie trenerskim?

- Będę pracował z Marcinem Woźniakiem, Grzegorzem Kożanem i Hubertem Śledzińskim. Marcin, z którym współpracowałem w reprezentacji Polski U20 zajmie się skautingiem, a Grzegorz będzie łącznikiem pomiędzy grupami młodzieżowymi a seniorskim składem. Musi dbać o to, żebym na treningach zawsze miał do dyspozycji dwunastu zawodników i żeby drużyny juniorskie znały nasz system gry, szczególnie w obronie. Zależy mi na ciągłości pracy z młodzieżą, bo to zwiększy jej szanse na udane przejście do zawodowej koszykówki. Oczywiście zarówno Marcin, jak i Grzegorz będą pomagać w prowadzeniu treningów. Dodatkowo Hubert Śledziński będzie dbał o przygotowanie fizyczne. Czeka go dużo pracy nad kontrolą organizmów koszykarzy i wytrenowaniem kondycyjnym.

Na koniec proszę powiedzieć, czy wyznaczono panu jakieś cele?

-  Naszym podstawowym celem awans do play-off, a później jak najlepsza gra w tej fazie. Ale to odległa perspektywa. Wolę, żebyśmy mówili o celach będących na wyciągnięcie ręki. Musimy się skupiać na wygraniu każdego kolejnego meczu. Tak jakby to było ostatnie starcie sezonu. Zdradzę, że proponowany kalendarz rozgrywek przewiduje, że ligę rozpoczniemy od wyjazdu do Torunia. I to jest nasz cel – wygrać z Polskim Cukrem.