Trener Mariusz Niedbalski wychował się na Śląsku, po sąsiedzku z Andrzejem Plutą. I tak jak ikona Anwilu, wyznaje zasadę, że tylko ciężką, dobrze zaplanowaną pracą można osiągnąć założone cele. Jak sam mówi w wywiadzie dla naszego serwisu, nie lubi improwizacji. Zapraszamy do lektury rozmowy.
Przyjechał pan do Włocławka ponad tydzień przed startem treningów. To sygnał do koszykarzy, że żartów nie ma i też powinni się już ostro brać do pracy?
- Koszykarze to już od dawna powinni dbać o formę. Sezon kończy się zwykle na przełomie maja i czerwca, później można sobie zrobić 2-3 tygodnie wolnego, ale dalej to już koniecznie trzeba brać się za trenowanie. A ja przyjechałem do Włocławka dopiąć szczegóły przygotowań i przedstawić plan swojemu sztabowi.
Można konkretniej?
- Razem z prezesem i kierownikiem zespołu musieliśmy ustalić terminy sparingów i dobrać przeciwników. Po mojej stronie leżał podział obowiązków wśród trenerów-asystentów oraz przedstawienie im wizji zespołu i mojego stylu pracy. Chciałem też zapoznać się z zapleczem treningowym Anwilu i muszę powiedzieć, że jestem pod wrażeniem. Zaplanowałem również dokładnie wszystkie zajęcia na okres przedsezonowy.
Nie dopuszcza pan improwizacji?
- Nie lubię improwizacji. Przyznaję. Oczywiście pracujemy z ludźmi i pewne modyfikacje z czasem na pewno nastąpią, jednak póki co, wolę mieć wszystko dobrze poukładane. Myślę, że sport jest taką profesją, która nie znosi przypadku. Tutaj wszystko musi być najpierw z głową zaplanowane, a później punkt po punkcie zrealizowane. Co więcej, wszystkim pracuje się łatwiej, jeżeli wiemy jaki jest podział obowiązków i jakie cele zakładamy sobie na kolejne dni.
Jest pan kimś takim jak angielscy managerowie w piłce nożnej, którzy biorą na siebie zarówno wszystkie sprawy organizacyjne wokół zespołu, jak i dobór zawodników oraz ich trenowanie?
- Lubię trzymać rękę na pulsie. Jest jednak cały sztab szkoleniowy, w którym każdy odpowiada za pewną część wyniku. Nie lubię stereotypu, że trener-asystent jest od stania z piłką pod pachą podczas rozgrzewki. Zapewniam, że moi współpracownicy będą mieli pełne ręce roboty.
Ale odpowiedzialność za wynik weźmie pan na siebie. Mógł pan dalej pracować jako asystent, jednak odważnie, drugi raz w życiu podjął się pan roli głównego szkoleniowca. To pańskie być albo nie być jako głównodowodzącego?
- Przyznam, że mam ambicję być pierwszym szkoleniowcem. Owszem, mogłem dalej realizować się jako – mam wrażenie – szanowany asystent w Sopocie, jednak gdy zgłosił się Anwil, nie zastanawiałem się ani chwili. A czy to moje być albo nie być? Uważam, że w Treflu zrobiłem co w mojej mocy, żeby udanie dokończyć sezon 2012/2013. Objąłem zespół w trudnym momencie, udało mi się poukładać wiele spraw i w sezonie zasadniczym wygraliśmy 80 procent meczów. Niestety, w ćwierćfinale przegraliśmy o włos z nie tak słabym przecież Koszalinem. Wewnętrznie jestem więc spokojny, bo w międzyczasie zdobyłem nowe doświadczenia i wiem co robię.
Wspomniał pan, że modyfikacje w planach czasem mają miejsce. Już wiadomo, że Anwil będzie miał jeszcze jednego sparingpartnera przed sezonem.
- Tak, i to od razu na inaugurację. 31 sierpnia planujemy rozegrać pierwszy nasz sparing, a przeciwnikiem będzie 1-ligowa Astoria Bydgoszcz. Zagramy u siebie, ale mecz będzie zamknięty dla publiczności. Kibicom Anwilu po raz pierwszy pokażemy się tydzień później. Spotkanie obejrzą fani, którzy do tego czasu zakupią karnety.
Kto będzie przeciwnikiem w tym spotkaniu?
- Zmierzymy się z Rosą Radom i serdecznie zapraszamy na ten mecz. Będzie okazja obejrzeć nowy Anwil. Może jeszcze nie do końca poukładany, ale na pewno ciekawy.
Jakie było pańskie główne założenie przy wyborze zawodników?
- Oparłem się na dążeniu do tego, żeby to był zespół twardy, z charakterem. Włocławek zawsze z tego słynął i byłoby mi wstyd, gdyby teraz miało być inaczej. Chciałem zatrzymać Seida Hajricia, Piotrka Pamułę i Michała Sokołowskiego. Jak wiemy, dwie trzecie tego planu udało się zrealizować, natomiast Michał poszedł swoją drogą. Z oczywistych względów nie mogliśmy sobie pozwolić na czołowych polskich graczy. Nie interesowali mnie również starsi, wypaleni zawodnicy, którzy – co tu dużo kryć – nie mają już takiej motywacji jak ich trochę młodsi koledzy.
Ale ze szczególnie młodych zawodników mamy właściwie tylko Mikołaja Witlińskiego i aspirujących dopiero do składu juniorów…
- Proszę jednak spojrzeć na Krzysztofa Krajniewskiego. Wybrałem go, bo będzie się świetnie nadawał do realizacji kilku boiskowych zadań i jednocześnie postara się udowodnić, że stać go na dobrą grę w dobrym klubie. Jego atuty to: bieganie do kontr, obrona zawodników od pozycji 1 do 4 i niezły rzut za trzy. I tego będę od niego wymagał. Zarówno on, jak i pozostali pasują do mojego stylu i moich potrzeb. Jednocześnie każdy jest w takiej sytuacji, że tym sezonem musi udowodnić swoją wartość.
Swoje kroki skierował pan dziś od razu do pokoju trenerów, czy zajrzał pan również na parkiet?
- Zajrzałem.
W takim razie chyba uśmiechnął się pan odrobinę widząc, co się tam dzieje…
- Tak, widziałem Piotrka Pamułę, Maćka Raczyńskiego i kilku młodych chłopaków. Każdy już pracuje nad sobą. I dobrze. Robią to dla siebie. Może będzie im odrobinę łatwiej w okresie przygotowawczym. Jest też Seid, który wrócił do Włocławka bez kilograma nadwagi i na pewno będzie wzorem profesjonalizmu.
Skoro mowa o Seidzie, to rozwiejmy największą wątpliwość: kto będzie centrem w sezonie 2014/2015?
- Zacznę od tego, że dla mnie postać typowego centra we współczesnej koszykówce nie jest konieczna. Spójrzmy na Zigeranovicia, który w PGE Turowie grał tylko nieco ponad 11 minut na mecz. Dużo dłużej występowali pod koszem Damian Kulig i Filip Dylewicz. Tak się gra w naszej lidze i przy skromnym budżecie trzeba się trzy razy zastanowić, czy wydawać duże pieniądze na kogoś, kto ma grać w bardzo okrojonym wymiarze czasowym. Potrzebujemy natomiast zawodników mobilnych, którzy są w stanie grać blisko tablicy: na izolacji tyłem do kosza, albo 3 - 4 metry do kosza. I takim zawodnikiem jest Seid Hajrić. On potrafi się świetnie ustawić, co odczuliśmy w Treflu niejednokrotnie.
Pojawiły się zaniepokojone głosy, jakoby niski Brandon Brown też miał być przez pana ustawiany pod tablicą.
- Wyjaśnimy sobie - to jest typowa czwórka. Ale to nie znaczy, że nie można go wykorzystać w izolacjach na low-post, czyli właśnie blisko kosza. Chcemy przygotować wiele wariantów.
A Mikołaj Witliński?
- To jest pozycja cztery – pięć. Zresztą, tak grał w prowadzonej przeze mnie reprezentacji i radził sobie znakomicie. Niejednokrotnie grywał przeciwko centrom, którzy nie tylko byli wyżsi od niego, ale też mieli doświadczenie z Euroligi. Rosjanie mieli zawodnika 220 centymetrowego, a Mikołaj potrafił go zneutralizować. I tutaj wracamy do poprzedniego wątku. Gdybyśmy zatrudnili w tym roku wielkiego centra, to musiałbym zmienić styl zespołu i zabrać minuty Witlińskiemu. A chyba o to nam wszystkim chodzi, żeby mieć z niego pożytek…? Na dziś Mikołaj nie jest typową czwórką, bo ma duże problemy z kryciem zawodników na tej pozycji. Zwyczajnie ma zbyt wolne nogi. Jeżeli ten sezon ma być takim, kiedy postawimy na niego, to właśnie silny skrzydłowy – center będzie dla niego najodpowiedniejszą rolą. On mi pokazał, że potrafi grać tyłem do kosza, ale i trzy metry od kosza, a nawet rzuci z dystansu. Nie widzę problemu, żeby był tym, który da odpocząć Seidowi.
Między bajki można więc włożyć głosy, że Witliński powinien być przestawiony na pozycję niskiego skrzydłowego?
- Jego oczywiście można ustawić i na trójce, i na dwójce. Tylko jaki to pożytek przyniesie zespołowi i jemu samemu? MVP mistrzostw Europy U20 ma 203 cm i jest właśnie niskim skrzydłowym, ale to zupełnie inny zawodnik. Mikołaj nie poradziłby sobie w obronie przeciw trójkom. Absolutnie. W ataku pewnie dałby sobie radę, ale w defensywie nie.
Wkrótce druga część wywiadu, a w niej m.in. opinia o zawodnikach zagranicznych.