Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Kamil Chanas: Mecz z Turowem jest kluczowy

Poniedziałek, 07 Grudnia 2009, 1:00, Michał Fałkowski

Mimo, że Kamil Chanas w meczu Pucharu Polski doznał rozcięcia twarzy, które musiało się skończyć założeniem szwów, to przeciw PGE Turowowi zagrał z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem. Jak mówi w wywiadzie, gotów był dać z siebie wszystko, żeby Anwil wygrał ten kluczowy mecz.

Mimo, że Kamil Chanas w meczu Pucharu Polski doznał rozcięcia twarzy, które musiało się skończyć założeniem szwów, to przeciw PGE Turowowi zagrał z pełnym zaangażowaniem i poświęceniem. Jak mówi w wywiadzie, gotów był dać z siebie wszystko, żeby Anwil wygrał ten kluczowy mecz.

„Kamil Chanas, Anwil Włocławek!” - czy nieco ponad rok temu pomyślałbyś, że takie słowa będą wykrzykiwać spikerzy w czternastu polskich halach, a wśród nich nie będzie Hali Ludowej?

Kamil Chanas: Szczerze mówiąc, nawet nie przeszło mi to przez myśl. Pochodzę z Wrocławia i całą swoją karierę wiązałem ze Śląskiem. To był klub, z którym się utożsamiałem, i dla którego chciałem grać do końca kariery. Niestety, jego funkcjonowanie zostało przerwane na początku ubiegłego sezonu i moje plany również musiały ulec zmianie. Chciałbym jednak podkreślić, że nie było tak, że nie chciałem grać akurat w Anwilu. Wtedy żaden inny klub, poza Śląskiem, nie wchodził w grę.

Opowiedz, jak wyglądała rywalizacja włocławsko-wrocławska z drugiej strony barykady?

Wszyscy zawsze czekali na mecze z Anwilem. To była najciekawsza rywalizacja i dlatego traktowaliśmy ją szczególnie. Wiadomo, specyfika naszych pojedynków, czyli ich stawka i zaciętość, sprawiała, że każdy wspinał się na wyżyny umiejętności. Przyjeżdżając do Włocławka, zawsze mieliśmy okazję usłyszeć kilka „powitalnych słów” od kibiców, co jeszcze dodawało smaczku naszym pojedynkom. Myślę, że co byśmy nie mówili, to chyba kibicom Anwilu też brakuje Śląska.

A czy kibicom Śląska brakuje rywalizacji z Anwilem?

Na pewno tak. Zdecydowana większość zawodników z Wrocławia pokończyła już kariery, ale w kibicach wciąż żywa jest pamięć o naszych konfrontacjach. Często przeglądam fora internetowe fanów koszykówki i zauważam, że wrocławianom bardzo brakuje meczów z Anwilem. To paradoks, ale chyba z zazdrością patrzą na Włocławek i są mu bardzo przychylni. Czekają na czasy, w których znów będą mogli pasjonować się pojedynkami Śląska z Anwilem.

Czy któryś z takich meczów utkwił ci szczególnie w pamięci?

Najbardziej pamiętam pierwszy mecz ćwierćfinału play-off w 2005 roku. W Anwilu grał wtedy niesamowity Joe Crispin. Całe spotkanie przesiedziałem na ławce, a trener zdecydował się mnie wpuścić 6 sekund przed końcem, gdy przegrywaliśmy 2 punktami. Miałem wtedy 19 lat, a spoczęła na mnie ogromna odpowiedzialność, bo trener kazał mi po prostu wziąć piłkę i zdobyć punkty. Moja akcja skończyła się tym, że po zderzeniu z Robertem Witką wyleciałem w bandy i Anwil wygrał ważny mecz, a potem całą serię.

Czy Maciej Zieliński dzwonił z gratulacjami po podpisaniu przez ciebie kontraktu we Włocławku?

Dostałem od niego kilka sms-ów, ale proszę pozwolić, że ich nie zacytuję… (śmiech).

Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym koszykarski Śląsk zostaje reaktywowany i jego trener pragnie mieć w składzie kogoś, kto nierozerwalnie kojarzy się z tym klubem. Czy to możesz być ty i jaka byłaby twoją odpowiedź?

Na razie nie chcę tak daleko wybiegać w przyszłość. Gram dla Anwilu i staram się tej drużynie dawać wszystko, co potrafię. Zaprzątanie sobie głowy innymi scenariuszami nie ma sensu. Moim jedynym zmartwieniem i zadaniem w chwili obecnej powinno być spełnienie oczekiwań trenera Igora Griszczuka.  
Jak ci się mieszka we Włocławku – mieście, które kibice Śląska nie darzą zbytnią sympatią?

Ja uważam, że kibice mają swoje prawa. Drużyny muszą się szanować, a kibice tworzyć atmosferę. Jeśli wszystko zachowane jest w granicach przyzwoitości, to nie można z tym walczyć. To jest cały smaczek rywalizacji. Natomiast moja prywatna opinia o Włocławku nigdy nie była zła. Tak naprawdę, jest to spore miasto i dobre miejsce do uprawiania koszykówki. Ubiegły sezon spędziłem w Wałbrzychu, dlatego doceniam to, co się dzieje we Włocławku, to znaczy budowę centrów handlowych, Multikina, restauracji. Dla mnie najważniejsza jest koszykówka, ale gdy przyjeżdża do mnie dziewczyna i chcemy wyskoczyć na miasto, to tutaj naprawdę nie ma z tym problemu.

Której drużynie kibicuje teraz twoja rodzina mieszkająca we Wrocławiu?

Myślę, że przede wszystkim kibicują mi. A to, że gram w Anwilu sprawia, że kibicują właśnie mojemu zespołowi.

Już w młodości byłeś wybijającym się koszykarzem: zdobyłeś nawet tytuł najlepszego strzelca Mistrzostw Europy juniorów. Co sprawiło, że w wieku 24 lat nie jesteś czołowym, reprezentacyjnym zawodnikiem?

W moim przypadku nie jest to wina systemu szkolenia albo innych kwestii organizacyjnych. Zadecydowała kontuzja, która przytrafiła mi się w momencie, kiedy moja kariera rozwijała się w najszybszym tempie. W wieku 19 lat rzucałem po 20-30 punktów w europejskich pucharach i gdyby wszystko dalej toczyło się w takim tempie, to pewnie dziś… Właściwie, to wolę tak nie gdybać. Teraz staram się odbudować moją karierę i sprawić, żeby wszystko wróciło na odpowiedni tor. Mam jeszcze duże rezerwy. Nie pokazałem wszystkiego, co potrafię. Koszykarz w takiej sytuacji, jak ja, musi trafić w odpowiednim czasie w odpowiednie miejsce.

Czy Włocławek jest takim miejscem?

Bez wątpienia. Mamy mocny zespół, w którym można się rozwijać. Trener daje szansę wszystkim zawodnikom. Ja już częściowo z niej skorzystałem i chyba pokazałem, że warto na mnie stawiać, a z czasem mogę dać zespołowi jeszcze więcej. To jeszcze nie wszystko, co potrafię na boisku.

Grę u boku Andrzeja Pluty traktujesz jako naukę, czy raczej twoim celem jest pokazanie mistrzowi, że czas na zmiany, czas na młodość?

Ja już nie jestem takim młodzieniaszkiem. Pewnie gdybym miał 19 lat, to rywalizowałbym z Andrzejem po to, żeby pokazać mu, że idzie młodość. Teraz jednak mam dużo więcej respektu i szacunku dla takich zawodników. Cieszę się, że mogę czerpać z jego doświadczenia.

Bilans 9-1 sprawia, że rośnie apetyt na jedno z dwóch pierwszych miejsc w lidze. Czy to jest wasz cel?

Naszym celem jest wygranie każdego kolejnego meczu. Nie można popadać w hurraoptymizm, bo ma się na koncie dziewięć zwycięstw. Mamy świetny bilans i w kolejnych spotkaniach musimy dbać, żeby go nie zaprzepaścić.
Co jest tajemnicą dotychczasowych dobrych wyników Anwilu?

Mamy wyrównany skład. Mecze, w których graliśmy osłabieni, pokazały, że potrafimy sobie poradzić, gdy na parkiecie rządzą zmiennicy. Udało się nam wygrać także takie spotkania, w których nie szło komuś, na kogo szczególnie liczyliśmy. Tajemnica mocnych zespołów zawsze polega na tym, że mają 10-12 zawodników, z których każdy może wnieść wiele dobrego do gry. Nasze wygrane zbudowały też dobrą atmosferę w zespole. Będziemy pracować, żeby dalej dobrze nam się układało na boisku i poza nim.

Po kontuzji Krzysztofa Szubargi na twoje barki spadła duża odpowiedzialność. Czy kiedykolwiek występowałeś jako rozgrywający? Jesteś zadowolony ze swojej postawy?

Jako junior zaczynałem od pozycji rozgrywającego, a dopiero później zrobiono ze mnie rzucającego obrońcę. Przez bardzo długi czas nie musiałem kreować gry, ale po kontuzji Krzysia i Mujo otrzymałem nowe zadania na boisku – od rozgrywania po grę na pozycji niskiego skrzydłowego. Nie mnie oceniać, jak się z nich wywiązałem. Cieszę się tylko, że mogłem spędzić więcej czasu na parkiecie i mam świadomość, że po powrocie chłopaków te minuty znów się skurczą. Będę jednak mocno pracował, żeby zasłużyć na grę.

Czy mecz z PGE Turowem Zgorzelec jest najważniejszy w rundzie zasadniczej dla Anwilu?

Bez dwóch zdań, mecz z Turowem jest kluczowy. Wobec porażek, które przytrafiły się Turowowi, może się okazać, że jeśli nie wygrają dziś we Włocławku, to drugie miejsce będzie dla nich nieosiągalne. Nie zapominajmy jednak, że Turów jest bardzo mocny i tanio skóry nie sprzeda.

Czemu tak silny zespół jak PGE Turów przegrał już cztery spotkania?

Nie mam pojęcia. Pewne jest, że z jakiegoś powodu do tej pory nie zaiskrzyło w drużynie ze Zgorzelca. Turów ma bardzo mocny skład i wysokie cele. Myślę, że jeszcze zbuduje właściwą formę.

Czy wiesz, czemu Sasa Obradović nie sprawdził się w Polsce?

Trudno powiedzieć. Sasa Obradović był wybitnym zawodnikiem, a później uczył się fachu trenerskiego od wspaniałych szkoleniowców. Miał wszelkie predyspozycje, żeby odnosić sukcesy z Turowem. Nie wiem, czemu tak się nie stało.

Może stawiał na złych zawodników? Mam na myśli oczywiście fakt, że pozwolił ci odejść z zespołu…

Sytuacja w Turowie była jasna. Ja bardzo chciałem grać, a trener Sasa Obradović nie mógł mi tego zagwarantować. Otwarcie mi o tym powiedział i za to go szanuję. Pozwolił mi odejść i z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że tak się to wszystko ułożyło. Już wiem, że nie jest dobrze, gdy trafia się do bardzo mocnego zespołu z zamiarem odbudowania formy, bo po prostu brakuje ogrania. Nikomu nie służy też taka sytuacja, jaka była w Wałbrzychu, gdzie mogłem długo grać, zdobywać sporo punktów, ale jako zespół wszystko przegrywaliśmy. We Włocławku jest idealnie, bo mamy zespół z aspiracjami, w którym każdy dokłada swoją cegiełkę do każdego kolejnego zwycięstwa.

Jak nikt inny w naszej drużynie, znasz zespół Turowa. Co podpowiadałeś trenerowi Igorowi Griszczukowi podczas zajęć przed tym meczem?

Największym zagrożeniem Turowa jest Michael Wright. Ma tak szeroki wachlarz zagrań pod koszem, że gdy już otrzyma tam piłkę, to punkty dla zgorzelczan są niemal pewne. Swoje robią również reprezentanci Polski. Kluczem do zwycięstwa na własnym parkiecie będzie wspólne zaangażowanie koszykarzy i kibiców Anwilu.

Czy dla ciebie będzie to szczególny mecz? Taki, w którym koszykarz ma coś do udowodnienia?

Byłby, gdyby na ławce nadal siedział trener Sasa Obradović. Teraz ciśnienie trochę ze mnie zeszło, ale i tak dam z siebie wszystko, żeby Anwil wygrał.


Wywiad ukazał się w ostatnim numerze czasopisma "Nasz Anwil".