- Mimo, że wiele osób twierdziło, że nie mamy szans, to my naprawdę wierzyliśmy, że możemy wyeliminować sopocian. Już w dwóch pierwszych spotkaniach byliśmy blisko sprawienia niespodzianki - podsumowuje półfinałową rywalizację Ian Boylan.
Zacznijmy od ćwierćfinału, w którym byłeś najlepszym zawodnikiem Anwilu. Potrafisz jakoś wytłumaczyć ten wybuch formy?
- Trzeba podkreślić, że cała drużyna grała bardzo dobrze i wszystkim należą się słowa uznania. Jeśli jednak pytasz o moją postawę, to wszystko zaczęło się od tego, że obrońcy Polpharmy trochę mnie zlekceważyli w pierwszym meczu. Obserwując cały sezon wiedzieli, że strzelcami są Andrzej Pluta, Tommy Adams i Łukasz Koszarek. Ja wykorzystałem sytuację, że defensywa skupiła się właśnie na nich, zdobyłem sporo punktów i na nowo uwierzyłem w siebie. W kolejnych meczach coraz częściej szukałem pozycji do rzutu i trafiałem.
Jednak w półfinale znów zszedłeś w cień.
- Każdemu gra się trudniej przeciw takiej drużynie jak Asseco Prokom i mnie również to dotknęło. Jeszcze w pierwszym meczu zaliczyłem 16 punktów, ale później było coraz trudniej. Defensywa sopocian nie pozwalała mi na odzyskanie płynności w grze. Harując w obronie, nie mogłem dać tyle, ile bym chciał w ataku.
I być może właśnie tych punktów zabrakło, aby odnieść kolejne zwycięstwa nad Asseco Prokomem?
- Nie wypieram się tego. Może gdybym trafił kilka razy więcej, to drużynie poszło by lepiej. Prawda jest jednak taka, że trener Igor Griszczuk wymagał ode mnie przede wszystkim totalnego zaangażowania w obronie. Z tego zadania wywiązałem się dobrze, choć umiejętności niektórych zawodników Asseco Prokomu sprawiły, że i tak zdobywali dużo punktów.
Mówiąc to myślisz zapewne o Qyntelu Woodsie. Czy to najlepszy zawodnik przeciw jakiemu kiedykolwiek grałeś?
- Qyntel to potwór! Jest wielki, szybki i silny. Do tej pory myślałem, że najlepszym zawodnikiem przeciw jakiemu broniłem jest Paul Pierce [Boston Celtics, MVP finału NBA 2008 – red.], ale to co wyczyniał Qyntel Woods było jeszcze lepsze. Wszystko co ten koszykarz robi jest na najwyższym poziomie. Nie tylko rzuca z każdej pozycji, ale też świetnie podaje. W ten sposób potrafi wprowadzić w błąd każdego obrońcę.
Co było dla ciebie najtrudniejsze, gdy Qyntel Woods dostawał piłkę w ataku?
Wszyscy byliśmy niezwykle dumni z Anwilu, gdy podnieśliście się po dwóch porażkach w Sopocie. Udowodniliście, że macie charakter.
- Mecze w Sopocie nas nie załamały, bo wiedzieliśmy, że przy wsparciu naszych kibiców możemy wygrać dwa razy we Włocławku. Pamiętaliśmy to, co fani zrobili podczas pierwszego meczu w sezonie zasadniczym i wiedzieliśmy, że będą naszym szóstym zawodnikiem. Nie panikowaliśmy, nie martwiliśmy się, tylko z ambicją podeszliśmy do wszystkich kolejnych spotkań.
Wtedy jeszcze wystarczyło sił, ale później pozostała już chyba tylko sama ambicja...
- Po czwartym spotkaniu mieliśmy jeszcze nadzieję na to, że wygramy całą serię. Czuliśmy zmęczenie, ale wydawało nam się, że je pokonamy. Z błędu wyprowadziła nas ostatnia kwarta piątego spotkania. Wtedy okazało się, że organizmów nie da się oszukać. Wielka szkoda, że zabrakło nam zawodników do rotacji, bo gdyby każdy z nas mógł odpocząć kilka minut dłużej, to pokonalibyśmy Asseco Prokom. Wygrana w Sopocie ustawiłaby nas w uprzywilejowanej pozycji i myślę, że dziś to my gralibyśmy w finale. Tak się jednak nie stało, a szóste spotkanie przebiegało już pod dyktando gości, choć robiliśmy co w naszej mocy, żeby je wygrać.
Czyli, tak jak przewidywano, o wyniku naszego półfinału zadecydowała krótsza ławka rezerwowych Anwilu?
- Faza play-off wymaga, żeby zespół miał wartościowych zmienników. Gra się często i na pełnych obrotach. Gdy zawodników jest zbyt mało, to każdy kolejny mecz ich osłabia i oddala od zwycięstwa w serii. Widać to było, gdy nie trafialiśmy rzutów z czystych pozycji.
Czy jesteście jako zespół zadowoleni ze swojej postawy w półfinale?
- Mimo, że wiele osób twierdziło, że nie mamy szans, to my naprawdę wierzyliśmy, że możemy wyeliminować sopocian. Już w dwóch pierwszych spotkaniach byliśmy blisko sprawienia niespodzianki. To pozwoliło nam jeszcze bardziej uwierzyć w siebie. Dlatego wynik 2-4 odbieramy jako porażkę. Nie możemy być zadowoleni, bo przecież przegraliśmy.
Walka jaką podjęliście była jednak imponująca. Chyba nie możecie mieć do siebie pretensji?
- Po szóstym meczu wszyscy byliśmy bardzo przygnębieni. Jesteśmy jednak profesjonalistami i każdy z nas już otrząsnął się z tego smutku. Wiemy, że mamy nową serię, nowy cel i nowe wyzwanie. Myślimy już tylko o zespole Czarnych. Chcemy ich pokonać i wierzę, że przewaga własnego parkietu sprawi, że nam się to uda.
Gasper Okorn porównał rywalizację w naszym półfinale do baletu, twierdząc jednocześnie, że to w parze Czarni – Turów mogliśmy obejrzeć prawdziwy, męski basket. Jak byś skomentował takie słowa?
Po takich słowach rzucanych przez przeciwnika mobilizacji wam chyba nie zabraknie?
- I bez tego bardzo chcemy wygrać. Minęło kilka dni od zakończenia półfinału i każdy z nas już przestał opłakiwać tamte mecze. Jesteśmy gotowi, żeby podjąć nową walkę. Na pewno będzie ciężko i mecze rozstrzygać się będą w końcówkach. Czarni grali dobry basket w półfinale i nie inaczej będzie w rywalizacji z nami. Musimy zagrać twardą defensywę i rzucać skuteczniej niż w naszym ostatnim spotkaniu.
Co więcej, powinniście to zrobić dla swojego trenera, który nie ukrywa, że mecze przeciw Czarnym traktuje wyjątkowo.
- Tak, to kolejny powód dla którego bardzo chcemy wygrać z Czarnymi. Igorowi Griszczukowi bardzo na tym zależy i nie możemy odpuścić ani na sekundę.
Jak byś podsumował ten sezon w wykonaniu swoim i zespołu?
- Zespół bardzo dużo przeszedł w tym sezonie. Mieliśmy dwóch trenerów, wykluczenie Gerroda Hendersona, posypały się kontuzje. Te wszystkie wydarzenia nas nie zabiły i to uznaję za największy sukces. Cały czas walczymy o medal i nie poddajemy się, więc chyba można powiedzieć, że nie jest to sezon stracony dla Anwilu. Dla nas, zawodników miniony rok też był dobry, bo poczyniliśmy indywidualne postępy. Mimo to myślę, że najważniejsze, że stworzyliśmy świetnie rozumiejący się zespół. Pokazała to rywalizacja z Asseco Prokomem.
Który mecz mijającego sezonu najbardziej utkwił ci w pamięci?
- Bez wątpienia pierwsze spotkanie, które rozegraliśmy z Asseco Prokomem we własnej hali. Pamiętam nasz szok, gdy wybiegliśmy na rozgrzewkę i zobaczyliśmy tysiące ludzi z flagami. Śpiewy, krzyki, doping – to było coś wspaniałego.
A które ze spotkań było, twoim zdaniem, najgorsze?
- Przeciw Polonii Warszawa. Mieliśmy świetne gry przedsezonowe, a tu przytrafiła nam się porażka po dogrywce. Nie mogliśmy w to uwierzyć.
Sezon dobiega końca, a czy ty już wiesz co będziesz robił we wakacje?
- Najpierw wracam do Austrii spędzić trochę czasu z przyjaciółmi i obejrzeć play-off, który tam jeszcze będzie trwał. Później wybieram się do znajomych w Rosji, a na koniec wracam do Stanów. Chcę wreszcie zobaczyć rodzinę i zacząć powoli przygotowywać się do kolejnego sezonu.
Na pewno będziesz opowiadał swoim bliskim o grze w Anwilu. Co najbardziej utkwiło ci w pamięci z pobytu we Włocławku?
- Na pewno opowiem wszystkim o fantastycznych kibicach. Chcę im powiedzieć, jak wspierali nas w play-off, nawet gdy przegrywaliśmy. Z takim dopingiem nie spotkałem się nigdzie indziej.
Wywiad ukazał się w czasopismie "Nasz Anwil".