Sześć trójek trafionych przez Dardana Berishę okazało się bez znaczenia wobec ostatniego, niecelnego rzutu spod kosza, który mógł dać Anwilowi dogrywkę w czwartym meczu ćwierćfinału TBL. Włocławian rzutami wolnymi pogrążył jeszcze David Jackson i spotkanie zakończyło się wynikiem 96:92.
Sześć trójek trafionych przez Dardana Berishę okazało się bez znaczenia wobec ostatniego, niecelnego rzutu spod kosza, który mógł dać Anwilowi dogrywkę w czwartym meczu ćwierćfinału TBL. Włocławian rzutami wolnymi pogrążył jeszcze David Jackson i spotkanie zakończyło się wynikiem 96:92.
Wydawało się, że ze względu na swoją stawkę, czwarty mecz ćwierćfinałowy będzie wojną nerwów i widowiskiem ciekawym tylko dla tych, którzy lubują się w analizowaniu rozwiązań defensywnych. Tymczasem, rzeczywistość okazała się zgoła odmienna i koszykarze obydwu drużyn zgotowali swoim fanom prawdziwy show. Były seriami trafiane rzuty za trzy, dalekie ucieczki i spektakularne powroty. A na koniec, jakże by inaczej, emocjonująca końcówka, w której jedna akcja Anwilu mogła przesądzić o jego wygranej. Później jeszcze rzuty osobiste PGE Turowa, przypominające karne strzelane, gdy w piłce nożnej nie da się wyłonić wygranego w regulaminowym czasie. Wielkie emocje, wielki mecz, ale niestety, również wielka klęska włocławian.
Zaczęło się tak jak w poprzednim spotkaniu, czyli źle. Michał Chyliński z Damianem Kuligiem trafiali w każdy możliwy sposób i już po 3 minutach Anwil przegrywał 11:3. Punkty po stronie włocławian były zasługą Johna Allena, który przymierzył z dystansu i niejako zaanonsował styl, w jaki w tym meczu jego ekipa miała zdobyć aż 42 punkty. Po chwili trójkę Allena dwukrotnie skopiował Krzysztof Szubarga oraz jeden raz Lawrence Kinnard i zrobiło się tylko 14:12. Niestety, ofensywne wyczyny strzelców z dystansu nie obudziły Corsleya Edwardsa. Amerykański center nie tylko słabo angażował się w atak, ale przede wszystkim przysypiał w obronie. Wykorzystywali to Daniel Kickert i Damian Kulig, a PGE Turów osiągnął prowadzenie 25:15.
Anwil jednak nie odpuszczał. Jak duże miał możliwości pokazała 11. minuta meczu, w której dwukrotnie za trzy trafił Łukasz Majewski (6/7 x 3 zespołu) i zrobiło się 27:23. Przy jednym z jego rzutów asystował John Allen, który później dwukrotnie skopiował fantastyczne podanie pod kosz do Nicka Lewisa i było 32:29. Kreowanie gry przez Allena nie szło jednak w parze z dobrym kryciem fantastycznie dysponowanego Davida Jacksona. Obrońca PGE Turowa, gdy tylko sytuacja zaczynała się robić gorąca, zawsze znajdował sposób na ogranie włocławianina. Szczególnie mocno dał się mu we znaki w 3. kwarcie, w której zdobył aż 11 punktów. To on do spółki z Michałem Chylińskim sprawił, że mimo niesamowitej skuteczności Anwilu z dystansu, gospodarze prowadzili przed ostatnią odsłoną 81:72.
Z trzeciej kwarty meczu warte odnotowania są jeszcze dwa wydarzenia, które wpłynęły na to, że Rottweilery cały czas trzymały się w grze. Pierwszym z nich było posadzenie na ławce bezproduktywnego Corsleya Edwardsa. Dla Amerykanina sezon skończył się 15 minut przed ostatnim gwizdkiem, gdy trenerowi Krzysztofowi Szablowskiemu skończyła się cierpliwość i postanowił dać szansę mającemu problemy w obronie, ale ambitnemu Nickowi Lewisowi. Drugim wydarzeniem meczu, a może i nawet całych ćwierćfinałów były fenomenalne trafienia z dystansu Dardana Berishy. Polak aż 4 razy (w 5 próbach) trafił zza linii 6,75, a były to rzuty niesamowite: jedne z przygotowanych pozycji, inne szalone, a jeszcze inne podejmowane po wyprowadzeniu obrońcy poza boisko i kilkusekundowym zastanowieniu.
Tak ciekawa trzecia odsłona zwiastowała równie duże napięcie w decydujących 10 minutach. Anwil dobrze je zaczął, ale później do głosu doszedł Giedrius Gustas i znów przewaga gospodarzy wróciła do 11 punktów. Przełamanie przyszło na 5 minut przed końcem, gdy kolejną trójką popisał się Dardan Berisha, a później punkty dołożyli jego partnerzy. W hali w Zgorzelcu niemal nie było czym oddychać, a pot lał się strumieniami, gdy drużyny w decydujących momentach wymieniały się ciosami. W tej gorącej, południowej atmosferze najlepiej czuł się mający bałkańskie korzenie Berisha. Koszykarz Anwilu kolejną trójką doprowadził do stanu 90:88, a że do końca pozostawało jeszcze 3,5 minuty, to jasnym stało się, że w tym niesamowitym meczu zdarzyć się może wszystko.
Ogromna nerwowość nie udzieliła się tylko Davidowi Jacksonowi, który mimo, że nie należy do najbardziej doświadczonych, zagrał po profesorsku. Czując, że jako jeden z niewielu zachował w decydujących momentach zimną głowę, brał odpowiedzialność na siebie i faulowany wykorzystywał kolejne rzuty wolne. Spokój Amerykanina mógł jednak zostać pokonany. Gdyby po tym jak na 44 sekundy przed końcem, przy stanie 94:92, piłkę zebrał Krzysztof Szubarga, udało się zakończyć akcję punktami, Anwil mógłby doprowadzić do dogrywki. A akcje były właściwie dwie, bo po niecelnym rzucie Lorinzy Harringtona piłkę w ataku zebrał Lawrence Kinnard i włocławianie ponowili atak. Niestety, 9 sekund przed ostatnim gwizdkiem nie udało się wejście na kosz Dardana Berishy. Nasi koszykarze raz jeszcze musieli faulować Davida Jacksona, a ten tradycyjnie nie pomylił się z linii osobistych (8/8 x 1 w meczu, 26 punktów). PGE Turów wyszedł na prowadzenie 96:92, którego w ciągu pozostałych 4 sekund nie udało się zniwelować.
Na tym zakończył się udział Anwilu w rozgrywkach sezonu 2011/2012. PGE Turów wygrał w ćwierćfinałowej serii 3:1 i wobec przedłużającej się rywalizacji pomiędzy Treflem a Śląskiem ma teraz czas na oczekiwanie na półfinałowego przeciwnika.
PGE Turów Zgorzelec – Anwil Włocławek 96:92 (25:17, 27:22, 29:33, 15:20)Zaczęło się tak jak w poprzednim spotkaniu, czyli źle. Michał Chyliński z Damianem Kuligiem trafiali w każdy możliwy sposób i już po 3 minutach Anwil przegrywał 11:3. Punkty po stronie włocławian były zasługą Johna Allena, który przymierzył z dystansu i niejako zaanonsował styl, w jaki w tym meczu jego ekipa miała zdobyć aż 42 punkty. Po chwili trójkę Allena dwukrotnie skopiował Krzysztof Szubarga oraz jeden raz Lawrence Kinnard i zrobiło się tylko 14:12. Niestety, ofensywne wyczyny strzelców z dystansu nie obudziły Corsleya Edwardsa. Amerykański center nie tylko słabo angażował się w atak, ale przede wszystkim przysypiał w obronie. Wykorzystywali to Daniel Kickert i Damian Kulig, a PGE Turów osiągnął prowadzenie 25:15.
Anwil jednak nie odpuszczał. Jak duże miał możliwości pokazała 11. minuta meczu, w której dwukrotnie za trzy trafił Łukasz Majewski (6/7 x 3 zespołu) i zrobiło się 27:23. Przy jednym z jego rzutów asystował John Allen, który później dwukrotnie skopiował fantastyczne podanie pod kosz do Nicka Lewisa i było 32:29. Kreowanie gry przez Allena nie szło jednak w parze z dobrym kryciem fantastycznie dysponowanego Davida Jacksona. Obrońca PGE Turowa, gdy tylko sytuacja zaczynała się robić gorąca, zawsze znajdował sposób na ogranie włocławianina. Szczególnie mocno dał się mu we znaki w 3. kwarcie, w której zdobył aż 11 punktów. To on do spółki z Michałem Chylińskim sprawił, że mimo niesamowitej skuteczności Anwilu z dystansu, gospodarze prowadzili przed ostatnią odsłoną 81:72.
Z trzeciej kwarty meczu warte odnotowania są jeszcze dwa wydarzenia, które wpłynęły na to, że Rottweilery cały czas trzymały się w grze. Pierwszym z nich było posadzenie na ławce bezproduktywnego Corsleya Edwardsa. Dla Amerykanina sezon skończył się 15 minut przed ostatnim gwizdkiem, gdy trenerowi Krzysztofowi Szablowskiemu skończyła się cierpliwość i postanowił dać szansę mającemu problemy w obronie, ale ambitnemu Nickowi Lewisowi. Drugim wydarzeniem meczu, a może i nawet całych ćwierćfinałów były fenomenalne trafienia z dystansu Dardana Berishy. Polak aż 4 razy (w 5 próbach) trafił zza linii 6,75, a były to rzuty niesamowite: jedne z przygotowanych pozycji, inne szalone, a jeszcze inne podejmowane po wyprowadzeniu obrońcy poza boisko i kilkusekundowym zastanowieniu.
Tak ciekawa trzecia odsłona zwiastowała równie duże napięcie w decydujących 10 minutach. Anwil dobrze je zaczął, ale później do głosu doszedł Giedrius Gustas i znów przewaga gospodarzy wróciła do 11 punktów. Przełamanie przyszło na 5 minut przed końcem, gdy kolejną trójką popisał się Dardan Berisha, a później punkty dołożyli jego partnerzy. W hali w Zgorzelcu niemal nie było czym oddychać, a pot lał się strumieniami, gdy drużyny w decydujących momentach wymieniały się ciosami. W tej gorącej, południowej atmosferze najlepiej czuł się mający bałkańskie korzenie Berisha. Koszykarz Anwilu kolejną trójką doprowadził do stanu 90:88, a że do końca pozostawało jeszcze 3,5 minuty, to jasnym stało się, że w tym niesamowitym meczu zdarzyć się może wszystko.
Ogromna nerwowość nie udzieliła się tylko Davidowi Jacksonowi, który mimo, że nie należy do najbardziej doświadczonych, zagrał po profesorsku. Czując, że jako jeden z niewielu zachował w decydujących momentach zimną głowę, brał odpowiedzialność na siebie i faulowany wykorzystywał kolejne rzuty wolne. Spokój Amerykanina mógł jednak zostać pokonany. Gdyby po tym jak na 44 sekundy przed końcem, przy stanie 94:92, piłkę zebrał Krzysztof Szubarga, udało się zakończyć akcję punktami, Anwil mógłby doprowadzić do dogrywki. A akcje były właściwie dwie, bo po niecelnym rzucie Lorinzy Harringtona piłkę w ataku zebrał Lawrence Kinnard i włocławianie ponowili atak. Niestety, 9 sekund przed ostatnim gwizdkiem nie udało się wejście na kosz Dardana Berishy. Nasi koszykarze raz jeszcze musieli faulować Davida Jacksona, a ten tradycyjnie nie pomylił się z linii osobistych (8/8 x 1 w meczu, 26 punktów). PGE Turów wyszedł na prowadzenie 96:92, którego w ciągu pozostałych 4 sekund nie udało się zniwelować.
Na tym zakończył się udział Anwilu w rozgrywkach sezonu 2011/2012. PGE Turów wygrał w ćwierćfinałowej serii 3:1 i wobec przedłużającej się rywalizacji pomiędzy Treflem a Śląskiem ma teraz czas na oczekiwanie na półfinałowego przeciwnika.
PGE Turów: Jackson 26, Kulig 16, Gustas 11, Kickert 10, Gabiński 7, Lee 6, Lauderdale 2, Wysocki 2, Moore 0, Cel 0
Anwil: Berisha 23, Majewski 15, Szubarga 14, Lewis 12, Harrington 9, Edwards 7, Allen 5, Kinnard 5, Wołoszyn 2.
SZCZEGÓŁOWE STATYSTYKI