Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Arvydas Eitutavicius: Oko w oko z Durantem

Poniedziałek, 15 Października 2012, 1:00, Michał Fałkowski

Nowy rozgrywający Anwilu, Arvydas Eitutavicius poznaje drużynę i zadomawia się we Włocławku. Jak twierdzi w naszej rozmowie, nie powinien mieć problemów z szybką aklimatyzacją, bo jest koszykarzem doświadczonym zarówno przez sukcesy, jak i trudne chwile.

Nowy rozgrywający Anwilu, Arvydas Eitutavicius poznaje drużynę i zadomawia się we Włocławku. Jak twierdzi w naszej rozmowie, nie powinien mieć problemów z szybką aklimatyzacją, bo jest koszykarzem doświadczonym zarówno przez sukcesy, jak i trudne chwile.
Podstaw gry w koszykówkę uczyłeś się na Litwie, jednak później wyjechałeś do Stanów Zjednoczonych. Czujesz się bardziej przedstawicielem szkoły litewskiej, czy amerykańskiej?

Arvydas Eitutavicius:
Łączę te dwa style. Do siedemnastego roku życia uczyłem się gry w Akademii Koszykarskiej w Kłajpedzie. Później zdecydowałem się przenieść do Ameryki. Wiesz, to był taki czas, że wszyscy oglądaliśmy NBA w telewizji i liczyliśmy na kariery w amerykańskim stylu: od zera do bohatera. Każdy z nas wierzył, że za oceanem jest inny świat i tylko tam można osiągnąć coś naprawdę wielkiego.

Rozczarowałeś się, czy sny się spełniły?

- Właściwie, to mogę powiedzieć, że spełniły się moje oczekiwania. Nauczyłem się funkcjonowania w zupełnie innych warunkach, zdobyłem mnóstwo doświadczeń i rozwinąłem się koszykarsko. W Ameryce zacząłem od szkoły średniej, którą skończyłem w trzy lata, a później poszedłem na uniwersytet. Chciałem być jak Arturas Karnisovas, czy Darius Songalia, którzy jako pierwsi wybrali tę drogę i osiągnęli niesamowite sukcesy. Co więcej, wiedziałem, że studiując w Stanach Zjednoczonych, nawet jeśli nie rozwinę kariery sportowej, to zdobędę dobre wykształcenie i będę mógł robić inne, ciekawe rzeczy. Na szczęście, w NCAA grałem z dobrymi wynikami, co otworzyło mi drzwi do profesjonalnej koszykówki.

Te drzwi mogły też stanąć otworem nawet gdybyś zdecydował się związać z którymś klubem od razu po Akademii Koszykarskiej w Kłajpedzie…


- Czasem ludzie pytają mnie, czy nie żałuję pieniędzy, jakie mógłbym zarobić, gdybym zamiast wyjeżdżać do Stanów, od razu rozpoczął profesjonalną karierę. Ale oni nie zdają sobie sprawy, jak wiele nauczył mnie pobyt za oceanem. I to nie tylko koszykarsko, ale również jeśli chodzi o mądrość życiową. Stałem się nowym, lepszym człowiekiem. Tego nie można przeliczyć na żadne pieniądze.

A który z sukcesów na koszykarskich parkietach smakował ci najbardziej?

- Bez wątpienia mistrzostwo Francji z Cholet. Mieliśmy wspaniały sezon, w którym nie tylko osiągnęliśmy sukces, ale również wiele się nauczyliśmy. Niestety, później trafiłem do Grecji, gdzie zostałem mentalnie zniszczony. W trakcie sezonu wymieniono pięciu trenerów, a do dziś nie zobaczyłem części wynagrodzenia. Grałem w pustej hali, bo kibice tylko sporadycznie przychodzili na mecze, a jeśli już to robili, to bardziej w celu robienia awantur niż wspierania zespołu. Później grałem w Prostejowie i tam wszystko wyglądało już dużo lepiej. Niestety, nie awansowaliśmy do kolejnej rundy EuroChallenge i narzucono nam nowe warunki kontraktów. Ponieważ miałem dobre oferty z innych klubów, zdecydowałem się skorzystać z jednej z nich i trafiłem do Khimika Jużny.

Mimo, że jesteś rozgrywającym nigdy nie przekroczyłeś średniej sezonu 3 asyst na mecz. Możesz to jakoś wytłumaczyć?


- Na pewno nie jestem samolubnym koszykarzem. Udowodniłem to grając w Neptunas Kłajpeda, gdzie bardzo często miałem przynajmniej 4 asysty w meczu. Później jednak tak się ułożyło, że spełniane przeze mnie role nie wymagały aż tak częstych ostatnich podań. Z reguły też grałem około 20 minut, a to nie pozwala na śrubowanie statystyk.

We Włocławku również nie zanosi się na to, żebyś dostał więcej czasu na boisku…

- Jasne, nie ma problemu. Rozmawiałem z trenerem Dainiusem Adomaitisem i wiem, że Krzysiek Szubarga ma mocną pozycję w drużynie. Nie może jednak sam od pierwszej do ostatniej minuty harować na parkiecie, bo to będzie się musiało odcisnąć na jego formie. Wiem też, że Tony Weeden był próbowany na pozycji rozgrywającego, ale to nie jest jego ulubiona rola. Dlatego drugi klasyczny rozgrywający jest bardzo potrzebny Anwilowi i dlatego właśnie tu jestem.
To jaki jest twój styl gry?

- Lubię kierować zespołem, umiejętnie rozstawiać partnerów na parkiecie. Staram się kontrolować to co się dzieje na boisku i zawsze z zimną głową podejmować jak najlepsze decyzje. Myślę, że moim atutem jest gra typu „pick’n’roll”. Lubię grać z wysokimi, którzy umieją to wykorzystać.

Czy trener Dainius Adomaitis musiał długo namawiać cię na dołączenie do składu Anwilu?

- Właściwie to nie. Miałem nawet lepsze finansowo oferty z Ukrainy, ale dzięki szczerej rozmowie z trenerem Adomaitisem zdecydowałem się przyjść do Anwilu. Tutaj mam pewność, że klub zapewni mi warunki do gry i życia. Na Ukrainie nie ma nic poza treningami i meczami.

No to mnie przestraszyłeś. Czego więcej potrzeba profesjonalnemu koszykarzowi oprócz treningów i meczów? Chyba nie wiedziesz jakiegoś bujnego życia towarzyskiego?

- Skądże. Już tłumaczę. Pewnie nigdy nie mieszkałeś na Ukrainie. Wyobraź sobie, że grając dla Khimika żyliśmy w miejscowości, którą zamieszkiwało jakieś pięć tysięcy ludzi. Nie było kina, nie było sklepów, nie było kręgielni, nie było niczego. Funkcjonował jeden bar, w którym od czasu do czasu coś zjadłem. Mam trzydzieści lat i potrzebuję normalnego, cywilizowanego życia. Przyjechałem do Włocławka z narzeczoną i nie zamierzam szaleć. Cieszę się jednak, że to normalne, europejskie miasto. Tylko o to chodzi.

Miałeś okazję grać w reprezentacji Litwy. To chyba największy honor, jaki może spotkać sportowca w twoim kraju?

- Tak, to wielka nobilitacja, ale też okazja do nauczenia się czegoś nowego. Po pierwsze, trenuje się z najlepszymi szkoleniowcami i koszykarzami. Po drugie zdobywa doświadczenie w radzeniu sobie z presją. Na Litwie każdy reprezentant jest oceniany niemal za każdy krok, który wykona na boisku. Fani rozliczają nas za najmniejszy błąd i trzeba sobie umieć z tym poradzić. Z kolei dobrymi występami można zapracować na ogromny szacunek. Podstawą jest jednak to, że gra w reprezentacji rozwija. Naprawdę wiele można się nauczyć.

Zwłaszcza, gdy w koszulce Litwy gra się przeciw takim koszykarzom jak Derrick Rose, Kevin Durant, czy Jose Mauel Calderon. Wtedy po prostu trzeba wspiąć się na wyżyny umiejętności…

- Faktycznie, miałem okazję grać przeciw nim i przyznam, że to wielka sprawa. Dopiero gdy stajesz oko w oko z Durantem czy Calderonem możesz się przekonać, ile jesteś naprawdę wart. Oni pokazują ci, ile pracy trzeba jeszcze włożyć w to, żeby być szybszym, silniejszym, bardziej opanowanym. To wspaniała nauka, którą otrzymałem przed mistrzostwami świata w Turcji. Niestety, na turniej już nie pojechałem. Byłem trzynastym zawodnikiem, a pojechać mogło dwunastu. Odpadłem z reprezentacji jako ostatni.

Masz o to żal do trenera Kestutisa Kemzury?

- Nie, trener musiał wybrać dwunastu najlepszych i ja po prostu do tego grona nie awansowałem. Nie chcę szukać wymówek, ale przyznam, że stało się to po dwóch ostatnich meczach, ze Stanami Zjednoczonymi i Hiszpanią. Trochę mnie tamte spotkania przerosły. Sam wywarłem na siebie taką presję, że później nie grało mi się dobrze i trener to zauważył. Myślę, że teraz byłbym mądrzejszy. Niemniej, przeżyłem wspaniałą przygodę, a przecież jeszcze nie wszystko stracone. Jestem w najlepszym dla rozgrywającego wieku. Jeszcze wiele przede mną.

W Anwilu zadebiutujesz najprawdopodobniej już w najbliższą sobotę. Jak się przygotowujesz do tego meczu?


- Nie miałem jeszcze okazji szczegółowo zapoznać się z zagrywkami Anwilu. Myślę jednak, że nie będę miał z nimi problemu, bo w gruncie rzeczy każdy zespół ma około pięciu podstawowych opcji ataku i nie trudno się ich nauczyć. Mam na to jeszcze klika dni. Pozostałe elementy taktyki też na pewno szybko opanuję. Miałem już kilka razy w życiu takie sytuacje, że szybko musiałem wdrożyć się w nowy system i nie było z tym problemów. Jestem po pierwszych treningach z Anwilem. Koledzy miło mnie przyjęli i myślę, że nie minie dużo czasu zanim dobrze się zrozumiemy i polubimy.

Ponieważ twoje imię i nazwisko sprawia nieco trudności w wymowie, to może zdradzisz nam, czy masz jakiś pseudonim, który pomógłby komentatorom w Polsce sprawnie zaakcentować twoje dobre podania i rzucone punkty?


- Z czasów gry w Ameryce wziął się mój nick „V” (czyt. wi). Pochodzi pewnie od imienia i tak z reguły jestem nazywany.