Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Anwil wraca do gry!

Czwartek, 16 Maja 2013, 1:00, Michał Fałkowski

Ze sportową złością, determinacją i walecznością godną klubowej maskotki – rottweilera – zagrali koszykarze Anwilu Włocławek w meczu numer trzy półfinału play-off i po świetnych 40 minutach pokonali rywala 75:63. Gospodarze pozostają zatem w grze o wielki finał. W sobotę kolejne starcie.

Ze sportową złością, determinacją i walecznością godną klubowej maskotki – rottweilera – zagrali koszykarze Anwilu Włocławek w meczu numer trzy półfinału play-off i po świetnych 40 minutach pokonali rywala 75:63. Gospodarze pozostają zatem w grze o wielki finał. W sobotę kolejne starcie.

Po drugim meczu w Zgorzelcu wszyscy koszykarze Anwilu Włocławek byli zgodni: zagrali jedno z lepszych spotkań w sezonie, przegrywając dopiero w ostatnich minutach, a właściwie sekundach, tylko dlatego, że rywal skutecznie egzekwował rzuty wolne. Niedosyt jednak pozostawał, wszak to PGE Turów cieszył się z prowadzenia 2-0 w serii półfinałowej.

Po czwartkowym spotkaniu w miejsce niedosytu pojawił się jednak apetyt – apetyt na kolejne zwycięstwa, bowiem styl, w jakim zawodnicy Miliji Bogicevicia pokonali przyjezdnych w trzecim starciu nie pozostawia złudzeń. To nie koniec zażartej walki o miejsce w finale.

Arvydas Eitutavicius i Marcus Ginyard rozpoczęli mecz od trzech celnych rzutów za trzy punkty, zaś Amerykanin w pierwszej kwarcie zdobył ogółem 11 z 25 punktów zespołu. Tym samym Anwil szybko wypracował sobie kilkupunktowe prowadzenie i goście potrzebowali kilku minut, by otrząsnąć się z pierwszego marazmu (11:2 i 18:8). Najbliżej włocławian byli, gdy Ivan Opacak trafił z półdystansu oraz gdy Russell Robinson dwukrotnie przymierzył z linii (odpowiednio 16:19 i 18:21). Od tego momentu jednak gospodarze całkowicie przejęli kontrolę nad wydarzeniami w pierwszej połowie.

Od początku meczu kibice mogli dostrzec, że włocławianie grają na bardzo dużej agresywności i zaangażowaniu. Zawodnicy i sztab trenerski doskonale zdawali sobie bowiem sprawę, że w obliczu kontuzji Krzysztofa Szubargi i Przemysława Frasunkiewicza, zwycięstwo w starciu z najbardziej zbilansowanym zespołem ligi może dać tylko walka od pierwszych do ostatnich minut, a 16 strat zgorzelczan to idealne potwierdzenie tej tezy.

Gospodarze z impetem rozpoczęli drugą kwartę i pewnym momencie wygrywali już 30:18. Kiedy zaś szósty punkt Ivana Aťigeranovicia zmniejszył dystans do siedmiu oczek (30:23), skrzydła gościom podciął dwiema celnymi trójkami Eitutavicius (40:24). Gospodarze schodzili zatem na przerwę mając aż 16 punktów przewagi (47:31) i kluczem do odniesienia zwycięstwa było utrzymanie jej, lub jej większej części, w trzeciej odsłonie, w której Anwil zazwyczaj wypada słabiej.

Podopieczni Miodraga Rajkovicia doskonale wiedzieli o tym fakcie i próbowali różnych sztuczek by wybić włocławian z rytmu. W pewnym momencie Serb zaordynował nawet zonę-press, by wymusić kilka strat miejscowych, ale efekt tego był mizerny. Przed decydującą kwartą ekipa Miliji Bogicevicia miała 10 oczek (61:51) więcej niż rywale, a kilka kontr w wykonaniu Michała Sokołowskiego oraz Marcusa Ginyarda całkowicie wybiło rywalom ochotę do odrabiania strat pod koniec meczu.

Anwil pokonał lidera sezonu zasadniczego 75:63 i tym samym pokazał, że pomimo wszelkich przeciwności losu i serii kontuzji nie zamierza oddać miejsca w finale bez walki, chcąc zadać kłam wszystkim eksperckim opiniom, które twierdziły, że zgorzelczanie łatwo pokonają włocławian w trzech meczach.

Kolejne pasjonujące widowisko w Hali Mistrzów już w sobotę.

Anwil Włocławek – PGE Turów Zgorzelec 75:63 (25:18, 22:13, 14:20, 14:12)

Anwil: Eitutavicius 17, Ginyard 16, Hajrić 14, Sokołowski 9, Weeden 7, Boykin 5, Jovanović 4, Bartosz 3, Vasojević 0

PGE Turów: Aťigeranović 13, Cel 12, Robinson 9, Opacak 8, Jackson 7, Chyliński 5, Aleksić 3, Stelmach 3, Kulig 2, Micić 0