Po tym jak Andrzej Pluta oficjalnie ogłosił przenosiny do Hiszpanii postanowiliśmy zapytać go o powody podjęcia tej decyzji i o szczegóły dotyczące wyjazdu. Ikona włocławskiej koszykówki zapewniła nas, że przeprowadzka nie przerwie prac nad autobiografią i nie stanie na przeszkodzie, żeby w przyszłości zawitać jeszcze do naszego miasta.
Synowie wyciągają pana z Polski do Hiszpanii, czy to Pan wyciąga ich?
- Jak zwykle w naszej rodzinie, jest to wspólna decyzja wszystkich. Przed rokiem gorąco namawialiśmy Bartka Pietrasa, żeby skorzystał z okazji do gry w Estudiantes. Dzisiaj Bartek jest o niebo lepszym koszykarzem i to sprawia mu wiele satysfakcji, a zarazem utwierdza nas, że to dobra droga kariery. Postanowiliśmy więc, że pójdziemy w jego ślady.
Ale o możliwość szkolenia się w Estudiantes wcale nie jest łatwo.
- Oczywiście. W lutym byliśmy w Madrycie na testach. Andrzej i Michał musieli udowodnić, że prezentują wysoki poziom i mają predyspozycje do tego, żeby go jeszcze podnosić. Udało się i od następnego roku szkolnego będą zawodnikami Estudiantes. Przez rok potrenują w swoich kategoriach wiekowych i klub zadecyduje, czy warto podpisać z nimi wstępne długoterminowe umowy.
Nie chcę zaglądać panu do portfela, ale czy taki wyjazd jest finansowany przez Hiszpanów, czy koszty są po waszej stronie?
- Jest to absolutnie prywatny wyjazd i wszystkie koszty ponosimy my. Przyznam, że wymaga to odważnych decyzji, bo póki co nie zapowiada się, żebym pracował w Madrycie. Trzeba więc tak wszystko zaplanować, żeby skupiając się na koszykówce jednocześnie nie martwić o przeżycie.
W Polsce nie ma szans na takie szkolenie jak w Hiszpanii?
- Szkolenie w Polsce jest dobre i bardzo bym nie chciał, żeby mój wyjazd był odbierany jako jakiś manifest niezadowolenia. Absolutnie tak nie jest. Przecież Andrzej i Michał wszystkiego nauczyli się w Polsce, a w szczególności we włocławskim TKM-ie. Tyle tylko, że w Madrycie będą mogli rywalizować z graczami Realu, Barcelony i innych wybitnych klubów. To niesamowite doświadczenie. Poza tym trzy godziny koszykarskich zajęć dziennie, pod okiem sztabu trenerów, w drużynach o wysokim poziomie musi zrobić swoje. Skoro pojawiła się szansa, żeby korzystać z tych wszystkich dobrodziejstw, to chcemy z niej skorzystać.
Ciężko jest porzucić wszystko i zaczynać życie niejako od nowa?
- Ciężko, ale gdy koszykówka jest dla ciebie najważniejsza, to wszystkie materialne i nazwijmy „organizacyjne” sprawy da się jej podporządkować. Cała moja rodzina żyje basketem. Po pierwszej wizycie w Estudiantes Madryt moi synowie nie mogą się doczekać, kiedy znów tam pojadą. Wieczorami snują plany, wyobrażają sobie jak to będzie, cieszą się na samą myśl o Hiszpanii. Oczywiście wiedzą, że czeka ich ciężki okres, ale zamiłowanie do koszykówki wynagradza im wszystko.
Pan będzie żył jedynie ich problemami i sukcesami? To przecież bardzo niebezpieczne, bo może dla pana stać się całym światem, a dla nich stanowić zbyt duże obciążenie psychiczne…
- Dlatego w siebie też będę chciał inwestować. Zamierzam uczyć się pracy z młodzieżą od hiszpańskich trenerów. Mam już swoje doświadczenie i będę je porównywał z tym co zastanę w Madrycie. Tam tradycje i metody szkoleniowe są bardzo rozwinięte. Będzie co podglądać. Jeżeli czas pozwoli, to może zapiszę się do szkoły, która pomoże mi lepiej poznać język hiszpański. No i z bliska będę oglądał rozgrywki ACB, a od 30 sierpnia Mistrzostwa Świata w Hiszpanii.
Wiem, że całą rodziną już wcześniej uczyliście się języka hiszpańskiego. Czy to oznacza, że ten wyjazd był zaplanowany od dawna?
- Tak naprawdę to wszystko wyjaśniły te lutowe testy, które moi synowie przechodzili w Estudiantes. Od tego czasu wiedzieliśmy już na pewno, co chcemy zrobić z naszym życiem. Wcześniej myśleliśmy o Litwie (byliśmy w szkole Marcziulionisa), ale perspektywy hiszpańskie okazały się jeszcze bardziej kuszące. Chłopaki nauczą się bardzo przydatnego języka, zobaczą życie w innym kraju, poszerzą horyzonty i nawet jeżeli nie zrobią kariery sportowej, to ich szanse na dobre, godne życie wzrosną. A ja i Justyna będziemy z nimi.
Kiedy wyjeżdża pan z Włocławka?
- Musiałem sprzedać mieszkanie we Włocławku i umowa zakłada, że opuszczę je do końca czerwca. Będzie to trudny wyjazd, bo w tym mieście zostawiłem ważą część siebie. Spędziłem tu osiem lat, grając i poświęcając się, a w zamian otrzymując wszystkie najcenniejsze trofea. Moje dzieci prawie cały czas chodziły we Włocławku do szkoły. Ich jedynym dotąd klubem jest TKM, a pierwszym trenerem pan Kazimierz Tomaszewski. Jest więc mnóstwo wspomnień związanych z tym miejscem i na zawsze będzie ono w mojej i ich pamięci.
Prace nad pańską autobiografią nie ustaną?
- Oczywiście, że nie. Na facebookowym profilu tej książki napisałem, że nie zostawiam niedokończonych spraw. Oczywiście czekają nas jeszcze z Łukaszem Pszczółkowskim setki godzin prac, ale mój wyjazd w niczym tu nie przeszkadza. Książka powstanie i będzie śladem po mnie w Polsce. Póki co zachęcam do śledzenia Facebook’a – tam kibice będą mogli być na bieżąco z tym co się dzieje.
Mamy nadzieję, że zobaczymy pana jeszcze we Włocławku.
- Zawsze chętnie będę tu wracał. Oby tylko było do czego, bo przyszłość klubu nie jest do końca jasna. Mam wielką nadzieję, że sprawy ułożą się tak, że w Hali Mistrzów dalej grać będzie mocny zespół. Włocławek zawsze żył koszykówką, znał się na niej i doceniał to, że ma taką perełkę jak ten klub. Wielu ludzi z pasją i doświadczeniem pracuje nad tym, żeby basket przetrwał i miał się we Włocławku dobrze. Aťyczę im, żeby ich troska się opłaciła.
A my życzymy całej pańskiej rodzinie spełnienia planów.
- Dziękuję i pozdrawiam wszystkich fanów Anwilu i polskiej koszykówki.