Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Andrzej Pluta: Jestem do dyspozycji

Czwartek, 16 Sierpnia 2012, 1:00, Michał Fałkowski

- Widzę siebie jako kogoś, kto znajduje się w połowie drogi między kolegą koszykarzem, a surowym nauczycielem. Z jednej strony chłopaki mogą mieć do mnie większą śmiałość, a z drugiej ja posiadam już takie doświadczenie, że mogę ich wiele nauczyć – mówi Andrzej Pluta, asystent trenera Anwilu Włocławek.

- Widzę siebie jako kogoś, kto znajduje się w połowie drogi między kolegą koszykarzem, a surowym nauczycielem. Z jednej strony chłopaki mogą mieć do mnie większą śmiałość, a z drugiej ja posiadam już takie doświadczenie, że mogę ich wiele nauczyć – mówi Andrzej Pluta, asystent trenera Anwilu Włocławek.
Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że między panem a Anwilem jest jakaś symbioza. Najpierw z korzyścią dla obu stron grał pan w naszym klubie, później mimo zakończonej kariery chętnie tu wracał, a włocławianie z przyjemnością Pana witali. Teraz zanosi się na przyjazd już na dobre…

Andrzej Pluta: Zawsze powtarzałem, że ten klub jest dla mnie szczególny. Nawet gdy kończyłem karierę, to zapowiadałem, że nie rozstaję się z Włocławkiem na zawsze. Ciągnęło mnie do tego miasta i teraz już chyba osiądę tu na stałe. Wracam, żeby z jednej strony wykonać jak najlepszą pracę dla klubu, a z drugiej, spełniać swoje marzenia i rozwijać się jako trener.

Jaką rolę będzie pan spełniał w Anwilu?

- Będę drugim asystentem trenera Daiuniusa Adomaitisa. Pierwszym asystentem będzie Krzysztof Szablowski, który otrzyma swoje zadania, a je będę miał swoje. Jest też trener Marcin Woźniak, który zajmuje się skautingiem, a moim dodatkowym zadaniem będzie rola attache drużyny. Przyznam, że cieszy mnie to, że zyskałem takie zaufanie, iż mogę być twarzą tego zespołu. Będąc zawodnikiem nigdy nie stroniłem od mediów i dlatego dobrze się czuję w kontaktach z nimi. Teraz, gdy wracam do Anwilu będę się starał obiektywnie patrzeć na to co się dzieje z drużyną i w drużynie, żeby potem przekazywać swoją wiedzę kibicom. Mam nadzieję, że zawsze będę w stanie rzetelnie odpowiedzieć na każde pytanie.

Jako trener spotka pan w Anwilu wielu znajomych z boiska, a z kolei oni będą mieli okazję współpracować ze swoim idolem. To sytuacja, w której trudno być surowym trenerem…

- Ja widzę siebie jako kogoś, kto znajduje się w połowie drogi między kolegą koszykarzem, a surowym nauczycielem. Z jednej strony chłopaki mogą mieć do mnie większą śmiałość, a z drugiej ja posiadam już takie doświadczenie, że mogę ich wiele nauczyć. Tak jak w reprezentacji, tak i w Anwilu, już na pierwszym treningu powiem im, że jestem do ich dyspozycji. Znalazłem się tu po to, żeby im pomagać, pracować dla nich. Nie ma większej satysfakcji niż ta, kiedy ktoś przychodzi do ciebie po poradę, albo z inicjatywą żebyś został z nim po treningu i dodatkowo poćwiczył. A surowość? O to proszę się nie martwić. Ci którzy mnie znają dobrze wiedzą, że potrafię być wymagający.

A co z życiem jakie wiódł pan przez ostatni rok?

- Muszę je na nowo zmienić. Po zakończeniu kariery bardzo mnie ciągnęło do domu, bo nie byłem tam przez 11 lat. Chciałem odpocząć i założyć szkółkę koszykarską. Mogę powiedzieć, że oba te założenia udało się wcielić w życie. Tyle, że po tym jak odpocząłem zaczęło mnie ciągnąć do poważnej koszykówki. A jeśli chodzi o szkółkę, to zderzyłem się z realiami, które sprawiły, że jej utrzymanie właściwie leżało na moich barkach. Trenowało u nas 40 dzieci i mogło ich jeszcze przybyć, ale finansowo sam nie mogłem temu podołać. Dlatego w tej chwili muszę zamknąć ten projekt. Na szczęście mam poczucie, że udało nam się zaszczepić w naszych wychowankach miłość do koszykówki i sądzę, że będą kontynuować treningi w innych klubach.
Rodzina cieszy się z powrotu do Włocławka?

- Synowie skaczą z radości pod sufit. O nich można powiedzieć, że właściwie są włocławianami, bo spędzili tu większą część ich życia, nabierali doświadczeń, uczyli się. We Włocławku będą też mieli lepsze perspektywy rozwoju sportowego, bo trzeba przyznać, że na Śląsku koszykówka podupadła i trudno o progres. Aťona Justyna również chętnie wraca na Kujawy, cieszy się, że będę się realizował jako trener w klubie, który uważam za swoje miejsce na ziemi.

Rozumiem, że można tu zastosować porzekadło, że „ciągnie wilka do lasu”…

- Jak najbardziej tak. Dzięki reprezentacji wróciłem do seniorskiej koszykówki i poczułem, że to jest moje powołanie. Praca w kadrze, jak również ten rok na uporządkowanie myśli, pomogły mi zrozumieć, co chcę dalej robić. Jestem gotowy, żeby znów być przy koszykówce seniorskiej i przekazywać innym to, czego sam się nauczyłem.

Dokładnie 10 lat temu asystentem pierwszego trenera zostawała inna legenda włocławskiej koszykówki, Igor Griszczuk, i sezon skończył się dla Anwilu złotym medalem. Czy wierzy pan, że historia lubi się powtarzać i teraz – powiedzmy skromnie – włocławski zespół znów będzie miał dobrą passę?

- Aťyczyłbym sobie i wszystkim kibicom takiego obrotu spraw. Przecież wtedy sytuacja była podobna. Klub przystępował do rozgrywek bez głośnych nazwisk, po sezonie który pozostawił niedosyt, a mimo to osiągnął największy sukces. Mam nadzieję, że moja osoba dołoży swoją cegiełkę do budowy kolejnych miłych chwil w historii Anwilu.

Są jakieś przesłanki, które pozwalają panu optymistycznie myśleć o nadchodzącym sezonie w kontekście włocławskiej drużyny?

- Przede wszystkim to, że trener Dainius Adomaitis ma doświadczenie w budowie ambitnych zespołów. Ma swoją filozofię gry i widać, że trzyma się jej kompletując drużynę. Trudno teraz mówić o szansach Anwilu, bo skład nie jest jeszcze zamknięty. Pozwolę sobie tylko zauważyć, że mamy bardzo solidnych polskich zawodników. Zarówno Przemek Frasunkiewicz jak i Łukasz Seweryn to doświadczeni gracze, którzy mogą nam bardzo pomóc. Oni wiedzą o co chodzi w grze o wysokie cele. Do tego nasz dyrygent Krzysiek Szubarga i dobry duch zespołu Seid Hajrić, których nikomu przedstawiać nie trzeba. Znają realia włocławskie i swoją postawą w ataku i obronie na pewno spełnią oczekiwania fanów i trenerów. Nie będzie w tym roku zespołu niesamowitych gwiazd, ale możemy być pewni, że będą ludzie, którzy nie boją się ciężkiej pracy i poświęcenia.

Na koniec chciałbym jeszcze zapytać o reprezentację Polski. Jakie są szanse, że porażka z Belgami, to był tylko wypadek przy pracy i teraz będzie już tylko lepiej?

- Po prostu nie może być inaczej. Reprezentanci wykonali ogromną pracę i z każdym dniem przygotowań prezentowali się lepiej. Gra drużyny Alesa Pipana wyglądała naprawdę dobrze aż do meczu z Belgami. Wtedy coś się zacięło i kompletnie nie mogliśmy sobie poradzić z konstruowaniem skutecznych akcji. Kilka osób zagrało słabo i teraz przyjdzie czas , żeby zmazać plamę. Nie mamy zbyt dużo czasu, żeby rozpamiętywać tą wpadkę, bo trzeba się wziąć do pracy i szybko przygotować do następnego spotkania. Liczę, że Polacy wrócą na właściwy tor.