Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Alex Dunn: Lekka trema

Wtorek, 13 Października 2009, 1:00, Michał Fałkowski

- Granie wytwarza między nami większe więzi i sprawia, że jesteśmy lepsi indywidualnie i zespołowo. Wreszcie, po kilku kontuzjach, możemy trenować pięciu na pięciu. Powinno być coraz lepiej - mówi w wywiadzie dla naszego serwisu i czasopisma "Nasz Anwil" Alex Dunn.

- Granie wytwarza między nami większe więzi i sprawia, że jesteśmy lepsi indywidualnie i zespołowo. Wreszcie, po kilku kontuzjach, możemy trenować pięciu na pięciu. Powinno być coraz lepiej - mówi w wywiadzie dla naszego serwisu i czasopisma "Nasz Anwil" Alex Dunn.
Furorę w Internecie robi twój blog. Spodziewałeś się aż tak dużego zainteresowania?

- Nie, nigdy bym nie pomyślał, że aż tak wielu fanów będzie go odwiedzać. Po ilości komentarzy i statystykach kliknięć wiem, że mój blog cieszy się w Polsce ogromną popularnością. To mnie szalenie zaskoczyło, bo przecież piszę go po angielsku. Założyłem go około rok temu, przed poprzednim sezonem, z myślą o mojej rodzinie i przyjaciołach. Teraz ciąży na mnie większa odpowiedzialność, bo czytają go jeszcze polscy kibice.

Nazwałeś go „Szczęśliwa 13”. Czy ta liczba rzeczywiście przynosi ci szczęście i czy możesz podać jakiś przykład z życia?

- 13 to tylko numer, z którym gram już od początku mojej kariery, czyli przez jakieś dziesięć lat. Przyzwyczaiłem się do niego. Wiem, że wielu ludzi uważa go za pechowy, a jeszcze inni za szczęśliwy, ale ja tak do tego nie podchodzę. „Szczęśliwa 13” po prostu dobrze brzmi.

- Na swoim blogu, oprócz wpisów, zamieszczasz również zdjęcia, które wiele mówią o tym, jak wygląda twoje prywatne życie. Pokazujesz na przykład efekty twoich zmagań kulinarnych...

(śmiech) O tak, wstawiłem ostatnio zdjęcie obiadu, który udało mi się przygotować. Wyglądał apetycznie, więc czemu nie? Na co dzień najczęściej przygotowuję kurczaka z ryżem, a do tego jakieś warzywa. Jest to proste danie, które można szybko przyrządzić między treningami. No i jest dużo zdrowsze niż jedzenie w McDonaldzie. Ja chodzę tam tylko, gdy jestem totalnie zmęczony i nie mam siły samemu gotować.

- W jednym z postów stwierdziłeś, że podoba ci się nowy skład Anwilu. Czy po wielu wspólnych treningach i kilku meczach kontrolnych podtrzymujesz to zdanie?

Nie tylko podtrzymuję, ale myślę nawet, że czujemy się ze sobą coraz lepiej. Granie wytwarza między nami większe więzi i sprawia, że jesteśmy lepsi indywidualnie i zespołowo. Wreszcie, po kilku kontuzjach, możemy trenować pięciu na pięciu. Powinno być coraz lepiej.

- Na blogu piszesz, że jesteś bardzo szczęśliwy, że wróciłeś do Polski i do Włocławka. Na dowód kupiłeś program do nauki naszego języka. Czy kolejny wpis będzie po polsku?

- (śmiech) Może spróbuję wkrótce napisać coś po polsku. To chyba będzie jednak najkrótszy z moich postów... Uczę się języka od podstaw. Trochę gramatyki, trochę rozumienia tekstu, trochę samodzielnego pisania. Chciałbym za kilka miesięcy umieć komunikować się po polsku w najważniejszych sprawach.

Czy już wiesz, co oznacza polskie słowo „szpieg”?

- Nie znam jeszcze tego słowa.

Tak określił cię jeden z dziennikarzy, po tym jak zamieściłeś na swoim blogu relacje z zamkniętych sparingów Anwilu. A oznacza ono osobę, która donosi.

- Nie miałem pojęcia, że wyniki zamkniętych sparingów nie zostały oficjalnie podane. Opisałem krótko te mecze, tak jak zawsze to robię, żeby moja rodzina w Stanach Zjednoczonych miała jakieś wyobrażenie na temat tego, co się u mnie dzieje. Polscy fani natychmiast mi za to podziękowali, komentując tamte wpisy. To było naprawdę zabawne.
Niedawno opowiadałeś o ostatnim roku, spędzonym w Turcji. Dziś chciałbym natomiast wrócić do sezonu 2007/08, który na pewno wypadł poniżej oczekiwań twoich i kibiców Anwilu?

- Tamten sezon zaczął się wspaniale. Osiągnęliśmy bilans 13-2 i wszystko zacięło się, gdy Gerrod Henderson przeniósł się na Ukrainę. On był naszym motorem napędowym w ataku i jego utrata sprawiła, że kompletnie się pogubiliśmy. Wielka szkoda, że tak się stało, bo z Gerrodem mieliśmy szanse nawet na złoto. Pokonaliśmy w tamtym czasie trzykrotnie Prokom i czuliśmy się niezwykle mocni. Niestety, bez podstawowego rozgrywającego nie umieliśmy być ani skuteczni w ataku, ani poukładani w obronie.

Po dwóch meczach ćwierćfinału wydawało się jednak, że złapaliście właściwy rytm. Co się stało, że później przegraliście trzy mecze z rzędu?

- Rzeczywiście, mieliśmy Polpak na widelcu. Wystarczyło zadać mu decydujący cios i byłoby po sprawie. Do dziś nie potrafię zrozumieć, co się wtedy z nami stało i dlatego nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. W żaden racjonalny sposób nie da się wytłumaczyć naszej niemocy w końcówce rywalizacji z Polpakiem.

Czy personalnie ktoś cię wtedy zawiódł?

- Oczywiście Gerrod. Nie powinien był wtedy nas opuszczać. Łukasz Koszarek robił, co mógł i grał naprawdę dobrze, ale Gerroda nie dało się zastąpić tak nagle w trakcie sezonu. Pozostałym też zdarzały się wahania formy. Nie ma mowy o wygrywaniu, gdy nie wiadomo, na kim można polegać. Jednego dnia ktoś rzucał 20 punktów, a następnego 4. Jednak podkreślę, że wszyscy się starali i chcieli pomóc najlepiej, jak potrafili. Być może właśnie to nas paraliżowało.

Podpisując kontrakt z Anwilem, spodziewałeś się, że zdobędziesz medal. Jak się czułeś, gdy wracałeś do domu z pustymi rękami?

- Moje oczekiwania pokrywały się z oczekiwaniami władz klubu. Chcieliśmy znaleźć się w pierwszej trójce. Aťycie pokazało jednak, że nie wszystkie marzenia mogą się spełnić. Leciałem więc do domu z mętlikiem w głowie. Z jednej strony byłem szczęśliwy, że zobaczę bliskich, a z drugiej sfrustrowany, że tak to się wszystko potoczyło. Przecież zamiast wakacji, mogłem w tym czasie walczyć o medal.

Czy Ales Pipan był zbyt pobłażliwym trenerem?

- Może troszeczkę, ale nie uważam tego za jego wadę. Taki miał po prostu styl prowadzenia drużyny. Ja uważam go za świetnego szkoleniowca i nie chciałbym ingerować w jego pracę. Igor Griszczuk jest na pewno zupełnie inną osobowością i to też przynosi rezultaty. Trzeba po prostu zrozumieć, że każdy ma swój styl.

Czy masz tremę przed pierwszym meczem we Włocławku po twoim powrocie?

- Może troszeczkę. To, co czuję, nazwałbym raczej podekscytowaniem. Pamiętam doskonale atmosferę Hali Mistrzów i wracając tu po roku przerwy, udziela mi się lekkie podenerwowanie. To oczywiście minie wraz z pierwszym gwizdkiem sędziego.

Co będzie najmocniejszą stroną Anwilu?

- Z tego, co widzę wynika, że  możemy być naprawdę silnym zespołem. Wszyscy chętnie pracują na treningach i co ważne, pokazują, że mają talent. Wydaje mi się, że nie będziemy opierali swojej gry na jakimś jednym koszykarzu, który będzie rzucał po 30 punktów w każdym meczu. To dobrze, bo zbilansowane zespoły zawsze ostatecznie są górą. Myślę, że tak też będzie z nami.



Wywiad ukazał się w czasopiśmie "Nasz Anwil".