Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Szczęśliwe numery Rottweilerów

Piątek, 07 Sierpnia 2020, 10:08, Michał Fałkowski

Koszykarze Anwilu Włocławek zdecydowali, z jakimi numerami będą występować w przyszłym sezonie. W artykule zdradzamy, czym kierowali się przy swoich wyborach poszczególni zawodnicy.

Już dziś rozpoczyna się Kasztelan Basketball Cup 2020, a co za tym idzie, pierwszy raz po kilkumiesięcznej przerwie kibice obejrzą mecz Rottweilerów z trybun. Zanim jednak fani wyruszą do Hali Mistrzów, zachęcamy do przeczytania jakie historie kryją się za numerami na koszulkach zawodników trenera Dejana Mihevca. Zapraszamy…

Andrzej Pluta junior zagra z #0. Numer ojca, legendy klubu Andrzeja Pluty (#10), od blisko dekady wisi pod sufitem Hali Mistrzów jako zastrzeżony, więc siłą rzeczy syn nie mógł go dostać. Jak się jednak okazuje, nawet by go nie chciał. – Każdy ma swoją historię, nawet przez głowę mi nie przeszło by brać numer taty. Wziąłem zero, bo z takim grałem też w Hiszpanii. I w pewnym sensie jest to częściowe nawiązanie do numeru ojca – mówi 20-latek. Podobnego dylematu uniknął za to najmłodszy w ekipie, Wojciech Tomaszewski, który podobnie jak ojciec Bartłomiej, zagra z #5. – Trochę za tatą, ale też za swoim wyborem. Z piątką gram od zawsze – tłumaczy nastolatek.

Rodzinnym aspektem kierowali się także dwaj Amerykanie: Tre Bussey (#18) i Garlon Green (#4). – Gdziekolwiek mogę, gram z osiemnastką. To dzień urodzin mojej narzeczonej. Przynosi mi szczęście i jest dla mnie ważny, choć nie kruszyłbym kopii, gdyby był zajęty – mówi Bussey. Green natomiast tłumaczy: – Grając w Belgii otrzymałem czwórkę przypadkowo – taki był po prostu dostępny. Ze względu na symbolikę zdecydowałem, by go nie zmieniać. Jestem bowiem czwartym dzieckiem swoich rodziców, a aktualnie głową rodziny, która także składa się z czterech osób: mnie, mojej żony i dwójki dzieci – opowiada skrzydłowy, który jako ostatni dołączy do zespołu. Przyleci w przyszłym tygodniu.

Nieco bardziej skomplikowana jest sytuacja Przemysława Zamojskiego, który po latach przerwy wróci do #8. – Ósemka to moja cyfra. Od zawsze ją lubiłem, uważam, że przynosi mi szczęście. Nie zawsze jednak mogłem z nią grać, aczkolwiek zawsze układało się tak, że kombinacja dawała osiem. Na przykład w Prokomie Treflu Sopot jako młody gracz otrzymałem 17. Wiadomo, jeden plus siedem daje osiem. W Stelmecie zaś wybrałem 35, bilans taki sam. Dodatkowo, w tamtym momencie miałem trójkę dzieci, z których syn urodził się dwunastego, a bliźniaczki dwudziestego trzeciego. Rachunek również prosty – opowiada Zamoj, a w podobnym tonie wypowiada się także najświeższy nabytek Rottweilerów, Artur Mielczarek. – Moje córeczki urodziły się odpowiednio: trzydziestego i trzeciego. Dlatego w Radomiu wybrałem #33. Moim numerem od zawsze był jednak #55. Z nim grałem w Koszalinie, wtedy czułem, że wszystko idzie do przodu. Zaczynając przygodę we Włocławku, ponownie wybieram tę liczbę – wyjaśnia Mielony.

Daty urodzin narzeczonej, dzieci, historie rodzinne. Czasem numer na plecach to po prostu… przywiązanie. Walerij Lichodiej gra z #11 od czasu, gdy jako młody graczy odszedł od #12. – Taki dostałem na początku, ale mi nie pasował. Gdy zmieniłem na jedenastkę, wszystko zaczęło się układać – mówi Rosjanin, a kibice doskonale pamiętają sytuację, w której – dwa lata temu – poprosił o ten numer, choć grał z nim Jarosław Zyskowski. Wówczas Zyziu zdecydował się zrobić ukłon w kierunku nowego kolegi i sam wrócił do swojego byłego numeru, #15. Co ciekawe, w tym sezonie ta liczba również będzie widniała na klubowym trykocie – tym należącym do Adriana Boguckiego, choć… nie ma w tym głębszego sensu. – Po prostu jestem przywiązany do piętnastki, gdyż grałem z nią najczęściej w karierze – mówi środkowy. – Ja mam podobnie! – wcina się w rozmowę siedzący obok Deishuan Booker (#1). – Gram z jedynką odkąd pamiętam. Ale jeśli chcesz historyjki, to możesz napisać, że jestem fanem Tracy’ego McGrady’ego – śmieje się Amerykanin.

Numer na plecach jako efekt zapatrzenia w idola to nie tylko jednak żarty Bookera. To także historia prawdziwa McKenziego Moore’a. Amerykanin ponownie – i jak zawsze w karierze – wybrał #94, czyli numer bardzo rzadko spotykany. Można powiedzieć, że to pewnego rodzaju pomnik dla Phila Handy’ego, aktualnego asystenta trenera w Los Angeles Lakers oraz dwukrotnego mistrza NBA (w roli  asystenta Cleveland Cavaliers oraz Toronto Raptors). - On jest dla mnie jak ojciec, rozpalił we mnie miłość do koszykówki, pomógł mi jako trener. Przy okazji założył firmę „94 Feet”. Uznałem, że „94” zmieniło moje życie i już zawsz będę grał z tym numerem – tłumaczy Moore.

Nie tylko Moore inspirował się kimś ważnym w swoim życiu. Mało kto wie, że gdy Krzysztof Sulima był młodym graczem, w jego przyszłość – ściągając go do Łodzi – zainwestował… Marcin Gortat. Dlatego Żubr na początku kariery grał właśnie z trzynastką. Po jakimś czasie zmienił jednak numer na ten, z którym gra do dziś, czyli #7. – Siódemkę od zawsze uważa się za szczęśliwą, ja również uważam, że przynosi mi szczęście. Po jakimś czasie zacząłem nawet budować swoją markę wokół swoich inicjałów i tego numeru, uważam, że kombinacja KS7 wygląda dobrze i nic już w tym aspekcie nie zmienię – komentuje skrzydłowy.

Wszyscy? Jeszcze nie. Został Ivica Radić, czyli potężny Chorwat, który w Stelmecie Enei BC grał z #41, a na treningach we Włocławku paradował w koszulce z liczbą o dziesięć mniejszą. W Anwilu nic z tego. W oficjalnych meczach będzie występował z #40, a powód jest… zgoła oryginalny. – Lubię tę liczbę. Uważam, że pasuje do mnie. Mogę zdradzić, że jest często wspominana w Biblii, np. w historii o kuszeniu Jezusa przez Szatana na pustyni. To ma w sobie moc, a ja jestem wierzący. Czterdziestka do mnieprzemawia - komentuje Radić.

To co? Gotowi zobaczyć Rottweilery w akcji z nowymi numerami na plecach? Zapraszamy dziś do Hali Mistrzów! Mecz z Kingiem Szczecin o 18:00.