Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Shawn Jones: Wiem, po co tu przyszedłem

Piątek, 06 Grudnia 2019, 16:08, Michał Fałkowski

O początkach w Anwilu Włocławek, grze w Hali Mistrzów, paszporcie Kosowa, karierze w Europie oraz incydencie we Francji - Shawn Jones opowiada o tym wszystkim w wywiadzie dla oficjalnej strony klubu.

MICHAŁ FAŁKOWSKI: Przyjechałeś do Polski w niedzielę 10 listopada, natychmiast przeszedłeś badania, potem były dwa treningi z zespołem i… mecz, 13 listopada w Lidze Mistrzów przeciwko Telentowi Giants Antwerpia. Jak go wspominasz?

SHAWN JONES: Bardzo dobrze, to był trochę szalony czas. Wszystko działo się tak szybko. Negocjowałem kontrakt mniej więcej, gdy drużyna była w Izraelu, grając przeciwko mojemu byłemu zespołowi Hapoelowi Jerozolima, po dwóch dniach podpisałem umowę i trzeba było ruszyć w drogę. Leciałem z USA ponad 10 godzin, od razu z lotniska udaliśmy się na badania, jakiś obiad, załatwienie podstawowych rzeczy i zjawiłem się w Hali Mistrzów. To był mecz ligowy, nie grałem w nim jeszcze, obejrzałem swoich kolegów z trybun, zrobili na mnie świetne wrażenie, a trzy dni później razem świętowaliśmy wygraną przeciwko Telenetowi. Szalony czas, ale bardzo pozytywny.

Zagrałeś właściwie bez żadnego przygotowania taktycznego…

- Nie do końca. W końcu odbyłem dwa treningi z zespołem, a dodatkowo: przed i po każdych zajęciach zostawałem z trenerami, kilkoma wyznaczonymi zawodnikami i realizowaliśmy zagrywki krok za krokiem. Łącznie przyswoiłem sobie w ten sposób 10-15 zagrywek i trener mi powiedział, że jak pojawię się na parkiecie, to w tym czasie drużyna będzie grała tylko te sety, które zdążyłem poznać. Zresztą, tak było w pierwszych dwóch meczach. Wychodząc na parkiet, wiedziałem że będziemy grać tylko to, co znam. To sprawiało, że czułem się komfortowo, choć oczywiście nie do końca, bo zespół był dla mnie zupełnie nowy. Dziś jest dużo lepiej. Znam dobrze znaczną większość zagrywek i nie muszę bazować tylko na intuicji.

Łącznie spędziłeś na parkiecie 19 minut, ale – co było dość nieoczekiwane – wyszedłeś w pierwszej piątce.

- Dla mnie też to było zaskoczenie w pewnym sensie, może nawet trochę był to szok, ale nie przywiązywałem do tego wagi. Nie wiem czy trener chciał w ten sposób zaskoczyć naszego przeciwnika, bo wiadomo, z pewnością nie zdążyli mnie odpowiednio przeskautować, może był więc w tym jakiś głębszy sens? Ja jednak skoncentrowałem się, aby pokazać to, co umiem robić najlepiej. Zablokować dostęp do kosza, walczyć w defensywie, zbierać piłkę na tablicach. Wiesz, żeby iść mocno na zbiórkę czy walczyć w obronie jeden na jednego, nie trzeba znać taktyki. Na tym bazowałem. Na tym, aby być najbardziej aktywny, jak to tylko możliwe.

Dziewięć zbiórek i blok to było ładne „dzień dobry” z włocławskimi kibicami.

- Mam nadzieję, że im się podobało! Od razu polubiłem granie w tej hali, w obliczu tych kibiców. Atmosfera w Hali Mistrzów spodobała mi się już, gdy jeszcze siedziałem na trybunach obok prezesa, ale co innego odbierać ten ogień jako widz, a co innego jako gracz. Tak jak powiedziałem, podczas mojego debiutu chciałem dać energię, chciałem pokazać, że jestem zaangażowany i walczę.

Tydzień po zwycięstwie nad Telenetem Giants Antwerpia graliśmy z Teksutem Bandirma w Turcji. Trudny teren, ale wywieźliśmy z niego dwa punkty. Jakże ważne!

- Zagraliśmy jak prawdziwy zespół. Nie poddaliśmy się pomimo bardzo trudnego położenia. Przegrywaliśmy różnicą ponad 10 punktów na kilka minut przed końcem, ale umieliśmy wyjść z tego obronną ręką. Uważam, że zasłużyliśmy na to zwycięstwo, ponieważ bardzo mocno walczyliśmy do końca. Tony trafił swoje wielkie rzuty w końcówce i po meczu byliśmy bardzo szczęśliwi.

W pierwszym meczu Ligi Mistrzów walka i zaangażowanie, w drugim – skuteczność na trudnym terenie (wywiad przeprowadzony przed starciem z AEK-iem Ateny – przyp. M.F.). Szybko odnalazłeś się w nowym otoczeniu.

- Cieszę się, że tak mówisz, ale ja wiem po co tu przyszedłem. Trener powiedział mi, że drużynie brakuje czegoś w defensywie pod koszem, brakuje skuteczności w walce na tablicach, a ja przecież grałem w ten sposób całą swoją karierę. Na tych elementach się koncentrowałem. Uważam jednak, że mogło być jeszcze lepiej w tych meczach.

Żartując: gdybyś podpisał kontrakt kilka dni wcześniej, zagrałbyś przeciwko swojemu byłemu klubowi z Jerozolimy.

- To byłoby rzeczywiście coś niezwykłego. Debiut w nowym zespole przeciwko byłemu klubowi. W chwili tamtego meczu mój agent rzeczywiście negocjował już kontrakt z Anwilem, ale ja dowiedziałem się o tym na finalnym etapie, chyba już po zakończeniu spotkania w Izraelu.

Jak wspominasz swój sezon w Izraelu? Podpisałeś kontrakt z Hapoelem po roku w MoraBanc Andora.

- Myślę, że tamten sezon był dla mnie najlepszym, najbardziej przyjemnym w karierze. Nawet jeśli nie dograłem do końca i przeniosłem się do Avellino pod koniec, a Hapoel wygrał mistrzostwo kraju już beze mnie w składzie. Wybieram Jerozolimę dlatego, że świetnie nam wtedy szło w EuroCupie. W pierwszej fazie grupowej łatwo uzyskaliśmy awans do kolejnej, w drugiej fazie grupowej wygraliśmy pięć z sześciu meczów i byliśmy rozstawieni przed ćwierćfinałem. Awans do półfinału uzyskaliśmy po dwóch meczach i dopiero na tamtym etapie lepsza od nas okazała się Walencja. Nikt jednak nie oczekiwał, że zajdziemy tak daleko.

W tamtym sezonie bardzo dużo się nauczyłem jako zawodnik. Miałem wokół siebie dużo weteranów (m.in. Amar’e Stoudemire czy Lior Eliyahu – przyp. M.F.), oni mocno pomogli mi przestawić się na koszykówkę europejską, bardzo zmieniłem się wtedy mentalnie. Świetnie wspominam tamten sezon.

A drugi sezon w Izraelu? Rok temu grałeś w Hapoelu Holon.

- Też dobrze wspominam, ale już nie tak bardzo. Wiadomo, inny trener, inni zawodnicy, ja też już byłem innym graczem, niż wtedy. W sezonie zasadniczym graliśmy super, skończyliśmy na drugim miejscu, ale niestety odpadliśmy już w ćwierćfinale.

Rok temu rywalizowałeś w jednej lidze z Chrisem Dowem. On występował w ekipkie Ironi Ness Ziona. Ale jest jeszcze jeden zawodnik z obecnego składu, przeciwko któremu miałeś okazje zagrać w przeszłości.

- Tak, i to dwukrotnie! Gdy byłem graczem MoraBanc Andora i Hapoelu Jerozolima miałem okazję zmierzyć się z Chasem Simonem. Muszę jednak przyznać, że nie skojarzyłem go, gdy przyjechałem do Włocławka, to wtedy – w Hiszpanii i Izraelu – Chase nosił spore afro (śmiech)! Kiedy byliśmy w Bandirmie, rozmawialiśmy sobie jednak o tamtych meczach i wszystko mi się przypomniało. Gdy byłem w Andorze, Chase grał dla Manresy, a gdy w Jerozolimie – on był graczem Maccabi Ashdod.

Czy fakt, iż we Włocławku było wcześnie czterech Amerykanów pomógł ci w adaptacji w nowym miejscu?

- Na pewno! Już tłumaczę dlaczego. Kiedyś miałem takie doświadczenie, że byłem jedynym Amerykaninem w zespole, a moi koledzy niezbyt mówili po angielsku. Nie wszyscy w każdym razie. Więc co? Gdy chciałem zapytać o coś dotyczącego gry, taktyki, zagrywki, zawsze musiałem pytać trenera… A czasem nie chcesz tego robić. Czasem wolisz zapytać swojego kolegi, czy to będąc na parkiecie podczas treningu, czy siedząc na ławce podczas meczu. Wiadomo, tak jest łatwiej. W takiej czysto taktycznej adaptacji w nowym zespole na pewno lepiej jest mieć rodaków koło siebie.

Wiesz, że podpisanie kontraktu przez ciebie we Włocławku było w pewnym sensie historyczne? Nigdy wcześniej w naszym klubie nie było w jednym momencie sezonu pięciu ciemnoskórych koszykarzy.

- O, wow, naprawdę?

Tak. Kilka lat temu było czterech, ale pięciu – nigdy. Myślisz, że jest to możliwe, aby trener Igor Milicić wpuścił was kiedyś wszystkich na parkiet w jednym momencie?

- Haha, musiałby kogoś przestawić na czwórkę, bo na tej pozycji jest luka pod tym względem. Ja mógłbym zejść „niżej”, ale wtedy zrobiłaby się dziura na piątce. Nie no, poważnie mówiąc: nie wchodzę trenerowi w jego decyzje, rozumiem, że to pytanie pół-żartem, pół-serio, ale – sama sytuacja jest dość ciekawa, przyznaję. Może jakiś „small ball” kiedyś? Fajnie być częścią takiej zabawnej historyjki.

Zmieńmy na moment temat: Kosowo. Masz paszport tego kraju, grałeś dla Kosowa, co więcej, twój debiut nastąpił…

- …tutaj, w Hali Mistrzów. Mecz Polska – Kosowo. Pamiętam. Przegraliśmy bardzo wysoko.

Jak to się stało, że otrzymałeś paszport tego kraju?

- Po moim pierwszym sezonie w Europie, we wspomnianej Andorze, mój agent powiedział mi, że dzwonili do niego ludzie z kosowskiej federacji, którzy szukają graczy, którym mogliby zaoferować paszport w zamian za grę w ich barwach. Powiedział, że Kosowo to nowe państwo w Europie, ich koszykówka dopiero się rodzi i potrzebują wzmocnień. Ja uznałem, że to świetna szansa i ciekawe doświadczenie, choć najpierw musiałem wejść w google’a i zobaczyć czym jest owe „Kosowo”. No tak, nie ma co ukrywać. Nie wiedziałem nic, nie znałem tego państwa. Ale gdy już pojawiłem się tam na miejscu, aby przejść przez obóz przygotowawczy z zespołem, szybko okazało się, że to fantastyczne miejsce do życia. Bardzo mi się tam podoba.

W którym momencie zorientowałeś się, że będziesz na co dzień grać w hali, w której debiutowałeś dla Kosowa? Gdy przyjechałeś do Włocławka i wszedłeś do areny po raz pierwszy?

- Nie, wcześniej. Gdy podpisałem kontrakt, wszedłem na Instagrama, aby zobaczyć jak wygląda mój nowy zespół, popatrzeć na graczy, zawodników. Wiedziałem, że będę grać w Polsce, ale nie spodziewałem się tego, co zobaczę. Tymczasem, zobaczyłem siebie w koszulce Kosowa, grającego w Hali Mistrzów.

To był krótki film, którym oficjalnie poinformowaliśmy o twoim transferze.

- Tak, uśmiałem się wtedy. Od razu skojarzyłem to miejsce, halę, obejrzałem inne zdjęcia i za moment przyleciałem do Polski. Resztę już znasz.

W rewanżu w Prisztinie jednak nie zagrałeś. Dlaczego?

- Kosowo ma trzech naturalizowanych amerykańskich graczy, poza mną jest także np. Scott Bamforth, i trener rotuje nami w zależności od potrzeb. W tamtym meczu chyba jednak żaden z nas nie wystąpił.

To na koniec jeszcze chciałbym zapytać o informacje, które krążyły w sieci w momencie, gdy podpisałeś kontrakt u nas. We francuskich mediach można znaleźć artykuły na temat twojej bójki, walki czy starcia z jednym z rywali w sparingu przedsezonowym. Wersji jest wiele…

- Wersji jest mnóstwo, do mnie samego dotarło kilka różnych wersji tego, co faktycznie się wydarzyło.

Co na przykład?

- No przede wszystkim ta, że byłem sprawcą jakieś wielkiej bójki, która ogarnęła kilku zawodników obu zespołów. Mówiono także, że uderzyłem rywala z pięści, pchnąłem go, uderzyłem go z łokcia i tak dalej. Naprawdę, wiele różnych historii różniących się mocno od siebie.

A jak było naprawdę?

- W sumie to zabawne, że o to pytasz, bo o to samo zapytał mnie kilka dni temu trener Igor Milicić, mówiąc: ja słyszałem, że ten rywal był Amerykaninem, którego nie lubiłeś… Pośmieliśmy się trochę! A więc, to było tak: żaden Amerykanin, tylko Francuz i nie tyle co go nie lubiłem, co nigdy wcześniej go nie widziałem. To pierwsza rzecz.

A samo starcie?

- Zacznę od tego, że to był sparing rozgrywany na neutralnym gruncie. Pokazowy mecz, ale w bardzo złej hali. Parkiet fatalnej jakości, ciągle się potykaliśmy, przewracaliśmy, do tego nasi rywale wygrywali różnicą jakichś 40 punktów na dwie minuty do końca meczu. Naprawdę, wszyscy chcieliśmy już wyjść stamtąd jak najszybciej bez żadnej kontuzji.

Tymczasem w akcji pick and roll, nasi rywale zagrali bardzo mocno w defensywie. Naprawdę mocno. Center drużyny przeciwnej wszedł ze mną w kontakt, moje kolano przechyliło się, straciłem balans, wpadłem w mojego rozgrywającego, który przeciskał się na zasłonie, to także był mocny kontakt, piłka wypadła mu z rąk, podnieśli ją rywale – sędzia nic nie gwizdnął – poszło podanie do młodego Francuza, a ja chciałem zatrzymać akcję, trafiłem go ramieniem i… się zaczęło. On odbił się ode mnie, przebiegł kilka metrów w kierunku stolika sędziowskiego i zaczął bardzo nienaturalnie panikować, zwijać się z bólu. Później dowiedziałem się, że on jako dzieciak był w śpiączce przez 20 dni i stąd taki strach po mocnym, ale zwykłym kontakcie na boisku.

Czyli bójki nie było?

- Żadnej bójki nie było. Weszliśmy w normalny kontakt, jakich wiele w każdym meczu. Kontra, przerwanie kontry. Czasem uderzysz rywala nieco mocniej, to się zdarza, ale nikt nikomu nie chce zrobić krzywdy. Ja jednak chcę zwrócić uwagę na coś innego. Jeśli ten zawodnik przeszedł przez coś takiego, jak „śpiączka” i do dziś odczuwa strach przed ponownym tego typu wydarzeniem, nie powinien grać w koszykówkę. Po prostu. Przecież uderzonym na parkiecie możesz zostać zawsze. Przy walce o zbiórkę, przy kontakcie, gdy kilka osób rzuca się po piłkę.

Skończyło się jednak zwolnieniem…

- Najpierw mnie zawiesili. Po prostu. Na nic moje tłumaczenia. Ja jeszcze na parkiecie próbowałem wyjaśnić sytuację, ale wśród rywali była taka panika, że nic nie dało się zrobić. Na drugi dzień usłyszałem o zawieszeniu do wyjaśnienia sprawy. Klub odmówił mi prawa do trenowania z zespołem, aczkolwiek mogłem przebywać w klubowym mieszkaniu. Byłem więc takim „więźniem” przez trzy tygodnie, choć miałem to szczęście, że mieszkałem koło stadionu piłkarskiego, więc chodziłem tam codziennie robić jakieś sprinty, przebieżki. Po tych trzech tygodniach dowiedziałem się, że kontrakt rozwiązano, ale że klub zapłacił mi co do centa za okres, w którym tam byłem, uznałem, że nie ma o co walczyć dalej i… rozpocząłem szukanie nowego klubu.

Po kilku tygodniach trafiając do Włocławka.

- Dokładnie. Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło! Ja jestem zachwycony tym, że jestem we Włocławku.