Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Michał Michalak: Anwil to duże wyzwanie

Poniedziałek, 29 Października 2018, 17:39, Michał Fałkowski

- Myślę, że Gary Neal był pierwszym zawodnikiem w mojej karierze, gdzie ciężko było mieć pretensję, że gra moim kosztem - Michał Michalak mówi w wywiadzie o lidze hiszpańskiej i transferze do Anwilu.

Michał Fałkowski: W wieku 17 lat na pewno miałeś koszykarskie marzenia. Co myślałeś sobie wówczas, marząc o tym gdzie będziesz grał jako 25-latek?

Michał Michalak: Wiadomo, jak człowiek ma lat naście, to marzy przede wszystkim o NBA, o Eurolidze, o najlepszych ligach na świecie. Zwłaszcza, że po tym sukcesie w 2010 roku, gdy wywalczyliśmy wicemistrzostwo świata do lat 17-stu, sami mieliśmy wobec siebie duże oczekiwania. Z drużyny USA, z która graliśmy w finale większość zawodników zagrała w NBA. Jednak srebrny medal był sukcesem drużynowym, dalsze kariery każdy prowadzi indywidualnie.

Ostatnio czytałem wywiad z Rafałem Juciem, skautem Denver Nuggets, który powiedział, że kluby NBA nie skautują tak młodych graczy, bo tak naprawdę nigdy nie wiadomo, w którą stronę i jak potoczy się kariera tak nieukształtowanego zawodnika. Ciekawy jest też fakt, że tak naprawdę z naszego rocznika ‘93 z Europy do grania w NBA przebili się tylko Abrines, którego na tym turnieju nie było oraz Schroeder, który grał bardzo mało.

Pytam, bo jestem ciekawy jak sam myślisz o swojej karierze. A ciężko znaleźć lepszy punkt odniesienia, niż rok 2010 i wicemistrzostwo świata. Byliście słabsi tylko od Amerykanów.

- Mam jeszcze co najmniej kilka lat grania przed sobą, więc nie odpowiem na to pytanie. Ale jeśli pytasz o moje cele, to zawsze – od nastolatka – chciałem dostać się na najwyższy poziom w Europie. Miałem określoną ścieżkę i choć trochę się to wydłużyło, to jednak wyjechałem do Hiszpanii w wieku 24 lat. To był dobry moment i choć sezon w Hiszpanii okazał się słabszy od własnych oczekiwań, to jednak miałem możliwość rywalizować w najlepszej lidze w Europie. Oczywiście, gdybyś zapytał 17-letniego Michała Michalaka o to, gdzie będzie chciał grać jako 25-latek, pewnie powiedziałbym ci, że w Barcelonie, ale jeszcze wiele lat grania przede mną i wszystko zależy tylko ode mnie jak potoczy się dalsza kariera. Gram w mocnym klubie, w europejskich pucharach, a moja rola jest znacząca. To są dobre warunki do rozwoju.

Do Anwilu Włocławek przejdziemy. Jeszcze słówko o tym znakomitym roczniku ’93. To nie jest przecież tak, że cała wasza dwunastka ówczesnych wicemistrzów świata dzisiaj gra na najwyższym poziomie. Mateusz Ponitka, Przemysław Karnowski, Tomasz Gielo, Filip Matczak i ty – ta piątka wybiła się najmocniej. Możesz mówić o szczęściu?

- Najważniejsza jest droga do osiągnięcia celu, ponieważ to jest cały proces, a na szczycie jesteś tylko przez chwilę. Cel można osiągnąć lub nie, jednak jeżeli po drodze dałeś z siebie wszystko i wyciskasz maksimum z tego co możesz, na końcu nie będziesz miał do siebie pretensji. Jeżeli chodzi o nasze kariery, poszczególnych zawodników, wpływa na to wiele czynników. Indywidualne predyspozycje, potencjał, podejmowane decyzje, zdrowie, także szczęście. Podpisywałem trzyletni kontrakt w Treflu Sopot, kiedy był wicemistrzem Polski i grał w EuroCup. Na przestrzeni tego okresu rozwijałem się jako zawodnik i co roku dostawałem większą rolę w zespole, jednak klub Sopotu, w dużej mierze ze względów pozasportowych, spadał w hierarchii PLK i jedyny nasz sukces w tym okresie to zdobycie brązowego medalu.

Za granicę chciałem wyjechać już po sezonie w Sopocie, jednak z różnych względów nie doszło do tego tamtego lata. Moim celem był wyjazd zagraniczny, ponieważ zawsze o tym marzyłem, chciałem sprawdzić swoje umiejętności i rozwijać się w silniejszej lidze. Ostatecznie udało mi się dwa lata później po sezonie w Zgorzelcu, kiedy podpisałem kontrakt w Saragossie.

Spędziłeś tam rok…

- Na razie rok: w kwestii ambicji i stawiania sobie celów nic u mnie się zmieniło. A co do Saragossy… Miałem podpisany kontrakt na jeden sezon, który z pewnością nie był powalający na kolana. Dlatego ciężko po takim roku oczekiwać oferty, która pozwoli zrobić duży krok naprzód pod względem większej roli w zespole. Jednak nie ma to już w tym momencie większego znaczenia. Cieszę się, że jestem zawodnikiem Anwilu Włocławek i mamy ambitne cele walki o obronę mistrzostwa Polski i pokazania się w Europie.

Niemniej, sądzę, że twoim celem było pozostanie w Hiszpanii.

- Tak, oczywiście. Z ambicjonalnego punktu widzenia może i było trochę ciężko tą sytuację z początku zaakceptować, bo wyjeżdżając na pewno nie planowałem wracać po roku. Jednak uważam, że podpisanie kontraktu w Anwilu było dla mnie najlepszą opcją i bardzo się cieszę, że do tego doszło.

Kibice często patrzą zero-jedynkowo i zawsze mogą znaleźć jakieś „ale”. Ale po co zagranicę – będzie „grzał ławę”, ale po co do Turowa – to średniak i tak dalej…

- Oczywiście, takie jest prawo kibica. Jednak takie oceny są dokonywane z punktu widzenia osoby, która nie posiada pełnego obrazu sytuacji. Nie zna motywów, planów, celów, ambicji zawodnika. Bardzo łatwo wydaje się opinie bez żadnej odpowiedzialności. To zawodnicy podejmują decyzje, które decydują o losach ich karier i oni żyją z ich konsekwencjami.

Podpisując kontrakt w Toruniu chciałem zawrzeć opcję odejścia po pierwszym sezonie. Uważam, że wyciągnąłem z tego roku najwięcej ile mogłem w mojej roli. Po dobrym sezonie zasadniczym odpadliśmy w pierwszej rundzie play-off. Nie chciałem zostać dalej w zespole, gdyż uważałem, że moje umiejętności mogą zostać wykorzystane dużo lepiej. W tamto lato więc ostatecznie pod koniec sierpnia podpisałem kontrakt z PGE Turowem Zgorzelec.

- PGE Turów Zgorzelec walczył do końca o play-off, zabrakło jednego zwycięstwa, a ty nagle… pojawiłeś się we Włoszech.

- PGE Turów miał potencjał w tamtym sezonie, mieliśmy wyrównany dziesięcioosobowy skład. Gdyby prześledzić sezon, to ja na początku grywałem po 20 minut i rzucałem około 10-12 punktów. Natomiast im bliżej było końca rozgrywek, tym grałem lepiej i mimo licznych kontuzji przez cały rok walczyliśmy o awans do play-off. Niestety, zabrakło jednego zwycięstwa. Mogłem odejść ze Zgorzelca już przed końcem rozgrywek, ale mieliśmy realne szanse grać dalej. Natomiast trzy dni po zakończeniu sezonu dostałem propozycję wyjazdu do Włoch na ostatni mecz decydujący o awansie do play-off.

Walczyliście o play-off. Gdybyście wygrali z Pistoią, kontrakt byłby przedłużony?

- Tak, na fazę play-off. Niestety, na miejscu okazało się, że tak naprawdę do gry jest sześciu zawodników łącznie ze mną, a reszta to juniorzy. Gdybyśmy wygrali, awansowalibyśmy do play-off. Niestety przegraliśmy, grając na wyjeździe nie dotrzymaliśmy tempa drużynie z Pistoi w drugiej połowie.

Wtedy wyjechałeś do Włoch po to, żeby ponownie pokazać agentom, trenerom, że chcesz definitywnie wyjechać zagranicę. Że to już ten moment.

- Wiedziałem, że chcę wyjechać za granicę i na pewno jestem już na to gotowy. Ze względu na to, że wcześnie skończyłem sezon nic na tym wyjeździe nie traciłem. Nie wiem, czy ten wyjazd jakoś się temu przysłużył, ale miałem możliwość tego lata podpisać kontrakt m.in. właśnie w Pistoi, ale zdecydowałem się na ofertę z Hiszpanii.

Idąc do Tecnyconty Saragossa, nie wiedziałeś z kim będziesz walczył o minuty i pozycję w zespole…

- Gdy podpisałem kontrakt i zaczęliśmy okres przygotowawczy, w drużynie był inny układ personalny. Mieliśmy wyrównany układ obwodowych i rzeczywiście, szło mi nieźle, w sparingach rzucałem po kilkanaście punktów, więc wydawało mi się, że wszystko idzie zgodnie z oczekiwaniami. Jednak po zwolnieniu jednego z amerykanów i podpisaniu Gary’ego Neala koncepcja drużyny zmieniła się i nastąpiło podporządkowanie systemu gry pod jednego lidera.

Gary Neal, 34 lata, kilka sezonów w NBA, ponad 350 meczów… Nie miałeś szans na minuty od samego początku.

- Klub ściągając takie nazwisko chciał pozyskać strzelca, który będzie liderem ofensywy. Gary ostatecznie został królem strzelców ligi rzucając ponad 20 punktów na mecz. Ja zostałem wówczas przesunięty na pozycję nr 3, gdzie miałem na pewno mniej okazji, aby się wykazać, także znacząco spadła moja liczba minut. Miałem w sezonie kilka spotkań, w których w ograniczonym czasie grałem dobrze, zdobywając po kilka lub kilkanaście punktów, jednak nie przekładało się to na moją sytuację pod względem długoterminowym.

Podpatrywałeś Neala na treningach?

- Tak. Gdy oglądasz tej klasy zawodnika na żywo, codziennie, wszystko wydaje się takie proste. Biegnie, robi zwód, zmienia tempo, wychodzi w górę, trafia… Niby nic. Jednak różnica jest taka, że on wychodzi na mecz i zdobywa regularnie 20 punktów w najlepszej lidze Europy, będąc krytym przez najlepszych obrońców przeciwnika. Na pewno ten sezon był więc dla mnie cennym doświadczeniem. Myślę, że Gary był pierwszym zawodnikiem w mojej karierze, kiedy ciężko było mieć pretensję, że gra moim kosztem.

Co to znaczy?

- To znaczy, że jako ambitny i pewny swoich umiejętności zawodnik chcę grać jak najwięcej. Myślę, że to często spotykana sytuacja kiedy zawodnik siedzący na ławce zastanawia się dlaczego nie jest na boisku, kiedy może zrobić to samo albo i nawet więcej niż osoba, która w danym momencie gra. W tym przypadku ciężko było mieć o to pretensję, ponieważ Gary był faktycznie tak dobry.

W Hiszpanii posmakowałeś jak to jest być cudzoziemcem. Czy jest tak samo jak w Polsce, że nad obcokrajowcem trochę się „skacze”, pomaga przy różnych sytuacjach?

- Oczywiście jest to sytuacja często spotykana, że obcokrajowcom pomaga się w różnych sytuacjach pozakoszykarskich bardziej niż rodzimym zawodnikom. W Hiszpanii klub stał organizacyjnie na bardzo wysokim poziomie, zawsze można było liczyć na pomoc ze strony pracowników… Jednak weźmy na przykład kontekst językowy. W Hiszpanii w wielu klubach jest tak, że mówi się po hiszpańsku i… koniec. Nikt nie szczypie się z tobą. Jak nie rozumiesz, to jest to w twoim interesie zacząć uczyć się języka. Gdy nie znasz hiszpańskiego, w wielu miejscach jest bardzo ciężko się dogadać. Ja uczyłem się we własnym zakresie z różnych materiałów, które przywiozłem z Polski. Pamiętam, że w listopadzie poszedłem na konferencję prasową i media manager zaproponował, abym wypowiedział się po hiszpańsku. Nie wiem czy żartował, czy nie, ale podjąłem wyzwanie.

Zaskoczyłeś wszystkich?

- Tak, byli lekko zszokowani, jednak ludzie bardzo doceniają takie zaangażowanie i starają się pomóc nawet jeżeli popełniasz błędy. Na pewno jest to bardzo pozytywnie odbierane.

A jaka jest największa różnica między ligą hiszpańską, a polską pod względem sportowym?

- Gdybym miał wskazać jedną, konkretną to powiedziałbym, że chodzi o intensywność. Drużyny mają w większości szerokie składy, jest duża rotacja, przez co tempo gry jest szybkie. Grając w ACB masz możliwość mierzyć się na codzień z najlepszymi graczami w Europie. W ubiegłym sezonie Hiszpanie mieli przecież pięć drużyn w Eurolidze, a i te teoretycznie słabsze zespoły potrafią sprawić niespodzianki. Chociażby tak jak my w ubiegłym sezonie potrafiliśmy wygrać na wyjeździe z Baskonią. Do każdego meczu musisz podejść w pełni skupionym i zaangażowanym.

To doświadczenie ma zaprocentować we Włocławku. Można powiedzieć: „w końcu”, bo przecież w poprzednich latach również miałeś oferty od Igora Milicicia.

- Trener Milicić kontaktował się ze mną w poprzednich latach w sprawie trasnferu do Włocławka. Jednak w ubiegłych latach, z wcześniej wymienionego już powodu - chęci wyjazdu, nie byłem w stanie zadeklarować się w czerwcu czy lipcu.

Co dla ciebie było kluczowe? Osoba trenera, walka o obronę mistrzostwa czy europejskie puchary?

- Osoba trenera była kluczowa. Gdy trener dzwoni do ciebie drugi, trzeci, czwarty raz i za każdym razem tłumaczy, kreśli ci szczegółową wizję wykorzystania twojego potencjału, to znaczy, że warto się zastanowić nad takim ruchem.

W Anwilu Włocławek znalazłeś wszystko: i ważną rolę, i wysokie cele w postaci obrony mistrzostwa, i możliwość zaprezentowania się w Europie. Można powiedzieć: to pierwsza taka twoja sytuacja w karierze.

- Tak. Do tej pory grałem tylko w pucharach w swoim pierwszym sezonie w Sopocie. Zdecydowałem się na ten krok bo wiem, że to duże wyzwanie. Igor Milicić jest wymagającym trenerem i jego drużyny zawsze grają poukładaną koszykówkę. Będziemy bronić mistrzostwa Polski i walczyć  w Europie. Oczekiwania więc są duże, mamy silną, zbilansowaną drużynę i tylko od nas zależy jak daleko zajdziemy.

Mocno wszedłeś w ten sezon. To efekt pewności siebie po roku spędzonym w Hiszpanii?

- Na pewno sezon w Hiszpanii dał mi wiele jeśli chodzi o pewność siebie. Wierzę w siebie i swoje umiejętności, mam możliwość wykazania się na boisku, dlatego staram się wykorzystać każdą minutę, żeby pomoc drużynie wygrywać mecze. Przed nami wiele spotkań, jako drużyna mamy wobec siebie duże oczekiwania. Dlatego ważne jest żeby utrzymać formę i koncentrację przez cały sezon i dawać z siebie maksimum w każdym kolejnym spotkaniu.