Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Quinton Hosley: W finale ze Stelmetem

Piątek, 20 Kwietnia 2018, 11:38, Michał Fałkowski

- Drużyna, z którą zdobywałem mistrzostwo Polski przeciwko drużynie, dla której obecnie chcę zrobić wszystko, by to mistrzostwo zdobyć. To byłoby coś - mówi Quinton Hosley w długim wywiadzie.

Michał Fałkowski: Zacznijmy od twojej ksywki. Nie wszyscy wiedzą skąd się wzięła. Mówię oczywiście o „T2”. Tak funkcjonujesz w mediach społecznościowych, dodając do tego jeszcze nazwę miejsca, z którego pochodzisz – Harlem.

Quinton Hosley: Tak, jestem z Harlemu i to w pewnym sensie mnie definiuje. Natomiast pseudonim „T2” jest po moim tacie, który niegdyś grał w koszykówkę na asfaltowych boiskach Nowego Jorku i był znany jako „Terminator”. Więc ja, jako syn, szybko otrzymałem ksywkę „T2”, czyli po prostu „Terminator 2”. Jak w filmie. Zbitka „T2 Harlem” to po prostu moja tożsamość. Pokazuje skąd jestem i kim jestem.

Wychowałeś się na meczach ojca, na streetballu…

- Tak, mój tata był legendą steetballa. Ale nie tylko on, moja mama także. I tak po prawdzie, to ona pierwsza wychowywała mnie po koszykarsku, to ona pokazała mi koszykówkę. Chodziła na asfaltowe boiska grać mecze, rywalizować i zabierała mnie ze sobą. I wiesz jak to jest, nie zawsze była możliwość zagrać pięciu na pięciu. Któregoś razu, miałem zaledwie kilka lat, brakowało im jednej osoby i moja mama powiedziała: „Mój syn, Quinton, umie grać. Niech zagra z nami”. I tak to się zaczęło.

A kiedy pojawił się tata w twoim koszykarskim życiu?

- Trochę później, ale wciąż mam w pamięci jego mecze, które oglądałem jako dzieciak. To było niesamowite. Gdy Ron „The Terminator” Mathias grał na Rucker Parku (najsłynniejsze boisko do streetballa w Nowym Jorku – przyp. M.F.), wokół gromadziły się tłumy. Wyobraź sobie sytuację. Jesteś kilkuletnim dzieckiem i stoisz w tłumie osób, które przyszły oglądać twojego ojca. To było wyjątkowe uczucie. Ludzie stali przy metalowych siatkach, bo przy samym boisku nie było miejsca. Siedzieli na drzewach, skąd widzą skrawek boiska. Mnie mama najczęściej sadzała sobie na ramionach, żebym cokolwiek mógł dojrzeć.

Byłeś dumny z taty?

- Tak, oczywiście. I z taty, ale i z mamy też. Tak jak oni dzisiaj są dumni ze mnie, że gram w koszykówkę profesjonalnie.

Trochę chyba nie miałeś wyboru z tym sportem…

- Oczywiście, że miałem. To nie jest tak, że musiałem wybrać koszykówkę, bo tak życzyli sobie moi rodzice. Tak naprawdę, oni nigdy mnie do niczego nie zmuszali. Mówili mi: „Chcesz grać, to graj, nie, to nie”.

Ale jednak to było środowisko, które dobrze znałeś.

- To prawda i mówiąc szczerze: dobrze się stało. W Harlemie było wiele różnych sytuacji, czy też, jak to ująłeś, środowisk, które mogły zwieść mnie na złą drogę i dzisiaj już pewnie nie grałbym w koszykówkę. Streetball był z kolei bardzo pozytywnym miejscem. Niemniej – moi rodzice niczego nie forsowali. Dopiero w momencie, w którym ja sam postawiłem na koszykówkę i zacząłem traktować ją na serio, oni zrobili to samo.

Gdy masz siedem czy osiem lat, to koszykówka jest dla ciebie przede wszystkim zabawą. Chcesz rzucać do kosza i czerpać radość, że umiesz tak jak mama czy tata. Dopiero później wszystko się zmienia, kiedy rozumiesz, że koszykówka nie tylko może być spędzaniem wolnego czasu, ale drogą przez życie. I u mnie coś takiego miało miejsce jak miałem 11 lat.

Wtedy wiedziałeś już, że będziesz grał zawodowo?

- Nigdy nie możesz czegoś wiedzieć na 100 procent. Chodzi raczej o pewność siebie. Gdy patrzę w przeszłości, to wiem, że byłem pewny, że chcę dwóch rzeczy: grać zawodowo w koszykówkę i zwiedzać świat. I choć nie wiedziałem czy mi się uda, mówiłem sobie, że właśnie tego chcę. Grać i podróżować. I powtarzałem sobie, że jeśli tego bardzo chcę, to znajdę sposób, aby to robić.

Dzisiaj musisz być bardzo szczęśliwym człowiekiem.

- Nie tylko dzisiaj. Od wielu, wielu lat, odkąd właśnie gram w koszykówkę i zwiedzam świat. Ale to wszystko zaczęło się dużo wcześniej, niż zacząłem grać profesjonalnie w koszykówkę. Właśnie jak miałem 11 czy 12 lat, wyprowadziliśmy się z Nowego Jorku do Denver na rok. Także, już jako dziecko doświadczałem tego, co doświadczam do dziś. Małe miasteczka, duże metropolie, nie ma dla mnie w tej chwili żadnego znaczenie gdzie gram mieszkam , bo byłem już wszędzie.

Skąd taka ciekawość świata u ciebie?

- Moja babcia, mama mojej mamy, mieszkała w Charleston w Karolinie Południowej, więc siłą rzeczy podróżowałem już od małego. I babcia zawsze mi mówiła, że prawdziwą wartością jest znajomość świata oraz umiejętność dostrzegania różnic kulturowych. Mówiła bym zwiedzał świat, poznawał nowe miejsca i nawiązywał relacje z ludźmi. Dodatkowo, jej mąż, czyli mój dziadek, był żołnierzem marynarki wojennej. I do dziś mam przed oczami taki obrazek: włączony jakiś kanał historyczny w telewizji, ja siadam koło dziadka, a on opowiada mi o różnych wydarzeniach z przeszłości takich jak II Wojna Światowa.

Jako pierwsze miejsce w swojej profesjonalnej karierze wybrałeś Turcję. Konkretnie – zespół Pinaru Karsiyaka.

- To był dobry wybór. Byłem młody, razem ze mną w drużynie grało jeszcze dwóch rookies ze Stanów Zjednoczonych. I oczywiście taka zmiana wywoływała na początku pewne problemy. Przede wszystkim związane z brakiem płynnej komunikacją z rodziną. Tak sobie teraz przypominam, że Skype właściwie dopiero chyba co powstał i nie był jeszcze popularny, a Facebook nie oferował możliwości połączenia wideo. To, że nie widziałeś swojej rodziny miesiącami było frustrujące. Nic mnie tak nie denerwowało jak właśnie to. Jedzenie było świetne, klub bardzo się starał, trochę przeszkadzała bariera językowa, ale brak komunikacji z rodziną – to mnie naprawdę frustrowało. Dlatego dzisiaj powtarzam wszystkim rookies – nie macie na co narzekać (śmiech).

Po Pinarze przeniosłeś się do Realu Madryt. Wielkiego Realu… Taki był plan? Zacząć przygodę w słabszym, nieco peryferyjnym w koszykarskim sensie, klubie, po to aby stał się trampoliną? Chyba jednak nie spodziewałeś się, że od razu trafisz tak wysoko?

- Od początku… Ja jestem Amerykaninem, więc dla mnie podział wtedy był jasny. NBA albo Europa, ale jak Europa, to wszystkie kluby są mniej więcej takie same. Nie myślałem w takich kategoriach, że Real to absolutny top Europy. Może gdybym wtedy miał inne podejście i taką wiedzę jak dziś, nie zdecydowałbym się pójść od razu do Madrytu, ale budował swoją karierę stopniowo. A tak… rzeczywiście, z małego Pinaru poszedłem do wielkiego Realu, ale grałem tam tylko do lutego. Potem wróciłem do Turcji, do Galatasaray Stambuł.

Gdy grałeś w Realu Madryt, ja pracowałem jako dziennikarz. I raz zrobiliśmy wywiad. Zapytałem cię w nim jak widzisz siebie za 10 lat, chodziło o 2018 rok. Powiedziałeś, że będziesz szczęśliwym, rodzinnym człowiekiem.

- I to wszystko prawda. Jestem nim. Tak naprawdę jednak – ja w ogóle nie żyję przeszłością. To znaczy – oczywiście wspominam czasem jak to było w tym czy tamtym klubie, albo jak to było na wakacjach. Nie żyję jednak przeszłością w tym sensie, że nie przeżywam, że coś mogłem zrobić tak lub inaczej. Przykład: transfer do Realu. Oczywiście, że mogłem inaczej zbudować swoją karierę w tamtym momencie, ale ze względu na jakieś sytuacje wybrałem inaczej. Robienie błędów to element dojrzewania, więc nie ma co się nad tym zbytnio koncentrować. Trzeba myśleć o przyszłości i o tym, by wybierać mądrze na przyszłość. Mam 34 lata, nigdy nie miałem żadnej – odpukać w niemalowane – kontuzji, nadal gram w koszykówkę i nadal mam o co grać! Jestem w zespole, który walczy o najwyższe cele, a nie w takim, który miota się bez celu w dole tabeli. To dla mnie dziś bardzo ważne.

Gdybyś miał wybrać jedno miejsce spośród wszystkich, w których byłeś, gdzie czułeś się najlepiej?

- Bardzo dobrze czułem się we Włoszech, w Rzymie. Gdy powiem ci, że chodzi o klimat, atmosferę miejsca czy jedzenie, to na pewno powiesz, że słyszałeś to już milion razy, ale… tak jest. Po prostu. Tak naprawdę jednak dobrze czułem się wszędzie. Zapytałeś o jedno konkretne miejsce, więc odpowiedziałem. Gdybyś zapytał o dwa, powiedziałbym był Rzym i Barcelona (Hosley grał w Joventucie Badalona, czyli mieście „po sąsiedzku” – przyp. M.F.), a trzy – Rzym, Barcelona oraz Stambuł. Olbrzymie miasto, tygiel kulturowy. Gdybyś jednak chciał się dowiedzieć dlaczego podobało mi się w innych miastach tureckich albo w Iranie, czy w Zielonej Górze – również znalazłbym coś, co sprawia, że chętnie sięgam pamięcią do tamtych miejsc.

Słowem: kariera niczym z bajki.

- Nie. Pytasz mnie o miejsca do życia, miasta, nie pytasz o karierę sportową. Ze sportem bywało różnie. Chociażby mój ostatni klub – Yesilgiresun. To zdecydowanie nie była idealna sytuacja. Trzy lata temu podpisałem także kontrakt z rosyjskim Krasny Oktyabr. Przez miesiąc przed sezonem trenowaliśmy na Litwie, ostatecznie nigdy nie dotarłem do Rosji, bo zerwaliśmy kontrakt. To nie jest tak, że podejmowałem same dobre decyzje.

Przejdźmy do Zielonej Góry. W Stelmecie grałeś dwa lata z roczną przerwą.

- Dzisiaj oba sezony wspominam bardzo dobrze, ale… początki nie były łatwe. Nie zdradzę żadnej tajemnicy, gdy powiem, że fani nie do końca za mną przepadali. Graliśmy momentami chwiejnie, nie wszyscy byli zadowoleni z mojej postawy. Ale im bliżej było końca sezonu, tym było coraz lepiej, a po zdobyciu mistrzostwa to już wiadomo. Sielanka. Dlatego bardzo dobrze wspominam zwłaszcza drugi sezon. Zresztą fakt, że wróciłem do Stelmetu mówił sam za siebie. W tamtym momencie kariery nie zdarzyło się bowiem, aby grał gdzieś dłużej, niż rok.

W obu sezonach zdobywaliście mistrzostwo, a ty byłeś wybierany MVP Finałów Play-Off. Jesteś w stanie porównać rozgrywki 2012/2013 z tymi 2014/2015?

- Tak, ale więcej jest różnic, niż podobieństw. Podobne jest właściwie tylko zwieńczenie. Pamiętam, że podczas pierwszego sezonu było wiadome, że dotychczasowy mistrz – Asseco Prokom Gdynia – pożegna się z tytułem. Oni mieli jakieś swoje problemy organizacyjne, nie pamiętam już dokładnie, ale było jasne, że ktoś inny zgarnie złoto. Ale kto? W grze był nie tylko Stelmet. Także PGE Turów Zgorzelec, także Anwil Włocławek i jeszcze kilka innych zespołów z drugiego szeregu. Graliśmy więc bez presji. Bez tej presji, którą mieliśmy dwa lata później, gdy podchodziliśmy do finału jako wicemistrz chcący pokonać mistrza, czyli PGE Turów.

Ale nie broniliście tytułu…

- To prawda, ale to już był ten Stelmet, który rok rocznie kolekcjonuje medale i chce brać tylko złoto. A tymczasem sezon zaczął się dla nas nieciekawie, doszło przecież do zmiany trenerskiej. Andrzeja Adamka zastąpił Saso Filipovski. Trochę to trwało zanim wszystko poukładał, ale ostatecznie jego metody przyniosły efekt.

Najpierw prowadził cię Mihailo Uvalin, potem Saso Filipovski. Dwa diametralnie różne spojrzenia na relacje trener-zawodnik.

- Jeśli rozmawiałeś z innymi koszykarzami, których prowadził Saso Filipovski, na pewno słyszałeś wiele razy to, co teraz powiem. To nie tylko znakomity trener, ale psycholog i człowiek. Chce poznać cię nie tylko jako zawodnika, ale też jako osobę, bo wie, że to co jest na parkiecie, to tylko ułamek tego, kim naprawdę jesteśmy. Napędzał nas bardzo mocno. Uvalin z kolei to trener, który wydaje polecenia. Podczas gdy Saso tłumaczył cierpliwie każdy ruch, odpowiadał na każdą wątpliwość, o tyle Mihailo był w Stelmecie trenerem na zasadzie „zrób tak, bo ja tak chcę”. Jednak żebyś mnie nie zrozumiał – czasem właśnie tacy trenerzy, jak Uvalin, są potrzebni. Wszystko zależy od tego, jacy graczy są w zespole. Przeszłość w Zielonej Górze pokazuje, że i Uvalin, i Filipovski byli skuteczni.

W obu przypadkach unosiłeś na koniec sezonu puchar za mistrzostwo. Które uczucie było lepsze, jeśli w ogóle można tak powiedzieć?

- W drugim przypadku przeżywałem to nieco mocniej. Po pierwszym mistrzostwie mogłem powiedzieć: „Wow, zrobiliśmy to”, ale w kolejnej sekundzie zaczynałem myśleć: „Co dalej?”. Już byłem myślami przy tym, gdzie zagram za rok, bo – jak każdy koszykarz – chcę piąć się nieustannie w górę. Tymczasem po drugim mistrzostwie, uświadomienie sobie faktu, że odebraliśmy złoto PGE Turowowi i wróciło ono do Zielonej Góry, sprawiło, że mogliśmy poczuć się wyjątkowo. „Znowu to zrobiliśmy” – taką myślą mogliśmy się delektować wiele dni.

A co z tytułami MVP Finałów? Słyszałem, że wcale nie są dla ciebie jakoś wyjątkowo istotne?

- Są ważne, bo są wyrazem uznania, ale… rzeczywiście na mojej gablocie inne statuetki mają dla mnie większe znaczenie. Zawsze najbardziej zależało mi na nagrodzie dla Najlepszego Obrońcy. I przecież właśnie taką nagrodę – głosami ligowych trenerów – otrzymałem w sezonie 2014/2015. I przyznam, to było właśnie to uznanie, które sprawiło, że czułem dumę i wiedziałem, że naprawdę na nie zasłużyłem.

Masz łatkę gracza zorientowanego przede wszystkim defensywie, wiesz o tym?

- Tak. Każdy dziennikarz czy kibic chce cię zaszufladkować i… OK! Jego prawo. Ja nie mam jakiegoś świetnego rzutu, nie jestem jakimś shooterem, scorerem. Ale jestem po prostu gościem, który potrafi być pożyteczny. Na parkiecie nie ma rzeczy, której bym nie umiał. Wiem, że umiem grać w obronie, zastawić tablicę, przechwycić, podwoić, zrotować, a w ataku rzucić punkty i otworzyć partnera. Wiem to i nie interesuje mnie czy ktoś myśli tak samo, czy inaczej. Moja gra zawsze brała się przede wszystkim z agresywności w obronie. Mam atletyzm, długie ramiona, przez lata uczyłem się robić z tego użytek. Więc jeśli dobrze mi idzie w obronie, automatycznie lepiej czuję się w ataku.

Wszyscy do dziś wspominają twoją grę z Walterem Hodgem, a kibice Anwilu liczą, że podobnie będzie z Ivanem Almeidą.

- Duet Ho-Ho… Kibice muszą zrozumieć jedną rzecz. Jestem tutaj nieco ponad dwa miesiące, czyli gdybym był od początku sezonu, mielibyśmy właśnie październik-listopad. Zespół byłby na etapie zgrywania poszczególnych postaci. Z Walterem zgrywaliśmy się cały sezon, a zaczęliśmy rozumieć się bez słów pod koniec rozgrywek, by w finale nasze forma wybuchła. To wszystko trwało, a przecież to była – z mojego punktu odniesienia – tylko jedna relacja. A gdzie relacje z innymi koszykarzami? W zespole jest dwunastu ludzi i każdy musi złapać nić porozumienia z innym.

W USA mamy takie powiedzenie: „If you buy a house today, it is not a home tomorrow” (“house” i “home” oznaczają “dom” w różnym sensie. To pierwsze słowo to “budynek”, a drugie odnosi się do atmosfery miejsca. Tłumaczenie powiedzenia może być więc następujące: „Jeśli dziś kupisz budynek, on nie stanie się twoim domem jutro” – przyp. M.F.). Na wszystko potrzeba czasu. Wszyscy pracujemy ciężko, żeby złapać właściwy rytm, ale nic nie dzieje się z dnia na dzień, a nawet z tygodnia z tydzień.

Grasz już na poziomie, na którym byś chciał?

- Nie. Wiem, co mogę grać i jak chcę grać, ale to jeszcze nie jest to. Nadal uczę się gry moich kolegów, oni uczą się mnie. Czas pracuje na naszą korzyść.

Chciałbyś zmierzyć się ze Stelmetem Eneą BC Zielona Góra w play-off?

- Tak, dlaczego nie? Najlepiej w finale! To byłoby coś wyjątkowego dla mnie. Drużyna, z którą zdobywałem mistrzostwo Polski przeciwko drużynie, dla której obecnie chcę zrobić wszystko, by to mistrzostwo zdobyć. Po to przecież ściągnął mnie tutaj trener Igor Milicić. Gdy rozmawialiśmy przez telefon zanim podpisałem kontrakt, dużo rozmawialiśmy o sytuacji w zespole. Wiedziałem, że klub odbija się po zeszłorocznych play-off, które nieoczekiwanie zakończyły się przedwcześnie. Wiem, że to był szok dla klubu i jestem tutaj po to, aby pomóc zespołowi w uniknięciu podobnej sytuacji.

Gdy przypominam sobie siebie z czasów w Zielonej Górze, dziś jestem dużo bardziej spokojny, opanowany, po prostu dojrzały. Nie reaguję emocjonalnie, bo wiem, że to niczemu nie pomaga. Robię, co mam robić i nie podniecam się tym, co dookoła. Ale na radość i emocje – mam nadzieję – przyjdzie czas po sezonie.

Na początku wywiadu rozmawialiśmy o podróżowaniu i tak też skończymy. Podczas niedawnego dnia wolnego po jednym z meczów poleciałeś do Londynu. Ot, nic nadzwyczajnego. Wszyscy chcą zobaczyć Londyn. Natomiast, kilka tygodni wcześniej razem z żoną pojechaliście zobaczyć niemiecki obóz koncentracyjny Auschwitz… Skąd taka decyzja?

- Pamiętasz jak mówiłem, że dziadek opowiadał mi o II Wojnie Światowej? No właśnie. Babcia zaszczepiła we mnie miłość do geografii, a dziadek do historii. Auschwitz chciałem zobaczyć już wcześniej, gdy grałem w Zielonej Górze. Nigdy jakoś się jednak nie złożyło, więc kiedy podpisałem kontrakt z Anwilem, wiedziałem, że to jest ten czas. I gdy przyleciała do mnie żona, właśnie tak postanowiliśmy spędzić czas wolny po jakiś meczu. Pojechaliśmy i… przeżyliśmy szok.

Jak każdy kto tam był…

- Tylu ludzi straciło swoje życie… Nigdy nie przypuszczałem, że to tak wielki obszar, taka machina śmierci… Wiem, że dobrze zrobiłem. Nie zrozum mniej źle – cieszę, że widziałem to miejsce, a nie dlatego, że je odhaczyłem na swojej liście. Ten obóz to kawałek strasznej historii, ale jednak historii tego kraju, integralna część. Poza tym, ja odebrałem to bardzo osobiście, bo jako Afro-Amerykanin wiem co to znaczy zniewolenie ludzi przez ludzi. Wierzę więc, że każdy człowiek powinien zobaczyć takie miejsca po to, aby zacząć myśleć. Historia jest bardzo ważna, bo jeśli o niej zapomnimy, będziemy powielać błędy naszych przodków.