Już dziś o godz. 17.00 czasu polskiego Anwil Włocławek zmierzy się w wyjazdowym meczu z Krasnye Krylia Samara. Zanim jednak koszykarze wybiegną na parkiet, zapraszamy do lektury wywiadu z Wojciechem Krajewskim, pierwszym szkoleniowcem, z którym włocławianie świętowali dobre wyniki w europejskich pucharach.
Już dziś o godz. 17.00 czasu polskiego Anwil Włocławek zmierzy się w wyjazdowym meczu z Krasnye Krylia Samara. Zanim jednak koszykarze wybiegną na parkiet, zapraszamy do lektury wywiadu z Wojciechem Krajewskim, pierwszym szkoleniowcem, z którym włocławianie świętowali dobre wyniki w europejskich pucharach.
Na początek, panie trenerze, jak pan wspomina czas spędzony we Włocławku?
Wspaniale! To przecież były aż trzy lata. Wcześniej przez dziewięć sezonów pracowałem w Lechu, by stamtąd właśnie przenieść się do Nobilesu. Zdobyliśmy srebrny i brązowy medal, no i – przede wszystkim – notowaliśmy sukcesy w europejskich pucharach.
No właśnie, pierwsze poważne pucharowe granie to sezon 1994/95. Z ekip, które pan sobie wymarzył, trafił się tylko Hapoel. Czy zatem w przypadku szczęśliwego losowania można było ugrać więcej?
Trudno powiedzieć. Aż tak dobrej pamięci nie mam. Przypominam sobie natomiast, że gdy przyjechałem do Włocławka, to od razu musieliśmy jechać do Zadaru. Dodatkowo kontuzjowany był Mirek Kabała. W Chorwacji przegraliśmy, a w domu udało się minimalnie wygrać. To był początek. Później zaś przyszły sukcesy, największe, jeśli chodzi o polskie zespoły w tamtych czasach. Był też przecież dramatyczny mecz z Węgrami, kiedy to wyjazd przegraliśmy różnicą 22 punktów, a we Włocławku wygraliśmy po dwóch dogrywkach. To były niesamowite przeżycia. Wyeliminowaliśmy przecież wielki Aťalgiris Kowno. Był i mecz z Portugalczykami z Ovaru, kiedy do przerwy prowadziliśmy 41:14. Naprawdę jest co wspominać…
Dokładnie, spotkanie z Koermend zostało chyba w pamięci wszystkich. Sam mówił pan przed meczem, że odrobienie tych strat i awans będą graniczyć z cudem.
To zdecydowanie był mecz Mirka Kabały, który z półobrotu, z narożnika boiska trafił za trzy punkty i doprowadził do drugiej dogrywki. Wciąż mam to przed oczyma. To było coś fantastycznego.
Mirosław Kabała, Henryk Wardach, Wojciech Kobielski i pan to czwórka, która podróże na kolejne mecze umilała sobie grą w kierki. Kto był najlepszy?
(śmiech) Różnie. Zależy, jak szła karta. Ja akurat należę do hazardzistów, ale to była fajna sprawa. To był jakiś rodzaj konsolidacji drużyny. Zresztą, to były zupełnie inne czasy. Jeden, dwóch koszykarzy zagranicznych, a reszta – skład krajowy. Dziś jest odwrotnie.
Nie sposób nie zapytać o słynną czerwoną marynarkę. Pamięta pan może, kiedy miała swój debiut? I jak rodziło się jej znaczenie?
Oj, nie pamiętam. Mogę tylko powiedzieć, że ta marynarka wisi u mnie na poddaszu i cały czas czeka na moment, kiedy będę mógł ją założyć i zawitać do Włocławka, by podziękować kibicom za tamte lata. A znaczenie? Parę razy włożyłem na zwycięskie mecze. Tak się złożyło, że nie miałem jej na sobie, gdy kilka razy przegraliśmy. No i potem już wszyscy prosili, żebym zakładał ją na spotkania. Z tego co pamiętam, to chyba redaktor Janik z katowickiego „Sportu” tak ją wypromował.
Czy jest coś, co Wojciech Krajewski chciałby przekazać włocławskim kibicom?
Przede wszystkim chcę podziękować za trzy wspaniałe lata. Ja jestem już na emeryturze, ale to bardzo miłe, że wciąż ktoś pamięta o tym, co zrobiło się w koszykówce. Aťyczę wszystkim kibicom we Włocławku sukcesów jeszcze większych niż dotychczasowe. Jest przecież dobrze, jest mocny sponsor i nowa hala, pozostaje więc tylko trzymać za Anwil kciuki. Pozdrawiam serdecznie Igora Griszczuka – bo te sukcesy, które ja osiągałem, nie byłyby możliwe bez jego wkładu. Trzymam kciuki za jego pracę trenerską i żałuję, że nie udało mu się z kadrą. Ale to już musielibyśmy usiąść sobie we dwójkę i porozmawiać, co tam nie wypaliło.
Wspaniale! To przecież były aż trzy lata. Wcześniej przez dziewięć sezonów pracowałem w Lechu, by stamtąd właśnie przenieść się do Nobilesu. Zdobyliśmy srebrny i brązowy medal, no i – przede wszystkim – notowaliśmy sukcesy w europejskich pucharach.
No właśnie, pierwsze poważne pucharowe granie to sezon 1994/95. Z ekip, które pan sobie wymarzył, trafił się tylko Hapoel. Czy zatem w przypadku szczęśliwego losowania można było ugrać więcej?
Trudno powiedzieć. Aż tak dobrej pamięci nie mam. Przypominam sobie natomiast, że gdy przyjechałem do Włocławka, to od razu musieliśmy jechać do Zadaru. Dodatkowo kontuzjowany był Mirek Kabała. W Chorwacji przegraliśmy, a w domu udało się minimalnie wygrać. To był początek. Później zaś przyszły sukcesy, największe, jeśli chodzi o polskie zespoły w tamtych czasach. Był też przecież dramatyczny mecz z Węgrami, kiedy to wyjazd przegraliśmy różnicą 22 punktów, a we Włocławku wygraliśmy po dwóch dogrywkach. To były niesamowite przeżycia. Wyeliminowaliśmy przecież wielki Aťalgiris Kowno. Był i mecz z Portugalczykami z Ovaru, kiedy do przerwy prowadziliśmy 41:14. Naprawdę jest co wspominać…
Dokładnie, spotkanie z Koermend zostało chyba w pamięci wszystkich. Sam mówił pan przed meczem, że odrobienie tych strat i awans będą graniczyć z cudem.
To zdecydowanie był mecz Mirka Kabały, który z półobrotu, z narożnika boiska trafił za trzy punkty i doprowadził do drugiej dogrywki. Wciąż mam to przed oczyma. To było coś fantastycznego.
Mirosław Kabała, Henryk Wardach, Wojciech Kobielski i pan to czwórka, która podróże na kolejne mecze umilała sobie grą w kierki. Kto był najlepszy?
(śmiech) Różnie. Zależy, jak szła karta. Ja akurat należę do hazardzistów, ale to była fajna sprawa. To był jakiś rodzaj konsolidacji drużyny. Zresztą, to były zupełnie inne czasy. Jeden, dwóch koszykarzy zagranicznych, a reszta – skład krajowy. Dziś jest odwrotnie.
Nie sposób nie zapytać o słynną czerwoną marynarkę. Pamięta pan może, kiedy miała swój debiut? I jak rodziło się jej znaczenie?
Oj, nie pamiętam. Mogę tylko powiedzieć, że ta marynarka wisi u mnie na poddaszu i cały czas czeka na moment, kiedy będę mógł ją założyć i zawitać do Włocławka, by podziękować kibicom za tamte lata. A znaczenie? Parę razy włożyłem na zwycięskie mecze. Tak się złożyło, że nie miałem jej na sobie, gdy kilka razy przegraliśmy. No i potem już wszyscy prosili, żebym zakładał ją na spotkania. Z tego co pamiętam, to chyba redaktor Janik z katowickiego „Sportu” tak ją wypromował.
Czy jest coś, co Wojciech Krajewski chciałby przekazać włocławskim kibicom?
Przede wszystkim chcę podziękować za trzy wspaniałe lata. Ja jestem już na emeryturze, ale to bardzo miłe, że wciąż ktoś pamięta o tym, co zrobiło się w koszykówce. Aťyczę wszystkim kibicom we Włocławku sukcesów jeszcze większych niż dotychczasowe. Jest przecież dobrze, jest mocny sponsor i nowa hala, pozostaje więc tylko trzymać za Anwil kciuki. Pozdrawiam serdecznie Igora Griszczuka – bo te sukcesy, które ja osiągałem, nie byłyby możliwe bez jego wkładu. Trzymam kciuki za jego pracę trenerską i żałuję, że nie udało mu się z kadrą. Ale to już musielibyśmy usiąść sobie we dwójkę i porozmawiać, co tam nie wypaliło.
Wywiad ukazał się w magazynie "Nasz Anwil".