Osłabiony brakiem Krzysztofa Szubargi Anwil Włocławek twardo walczył z PGE Turowem Zgorzelec w pierwszym meczu półfinału i jeszcze trzy minuty przed końcem mógł realnie myśleć o sprawieniu niespodzianki. Niestety, przewagi wypracowanej w drugiej odsłonie przez Ivana Opacaka nie udało się odrobić i Rottweilery przegrały 79:68.
Osłabiony brakiem Krzysztofa Szubargi Anwil Włocławek twardo walczył z PGE Turowem Zgorzelec w pierwszym meczu półfinału i jeszcze trzy minuty przed końcem mógł realnie myśleć o sprawieniu niespodzianki. Niestety, przewagi wypracowanej w drugiej odsłonie przez Ivana Opacaka nie udało się odrobić i Rottweilery przegrały 79:68.
Pojedynek piątego zespołu sezonu zasadniczego z pierwszym wcale nie przypominał walki Dawida z Goliatem. Wszystko za sprawą uważnej gry z obu stron i ambicji każdego z zawodników, by wnieść coś pozytywnego na boisko. Swoje zrobiła również częsta rotacja w składach, która umożliwiła dodatkowo utrzymanie wysokiej intensywności gry.
Aż do 16. minuty Anwil Włocławek dotrzymywał kroku gospodarzom, a trzykrotnie wychodził nawet na niewielkie prowadzenie. Dobrze spisywali się zwłaszcza Marcus Ginyard i Ruben Boykin. Ten drugi, podobnie jak w ćwierćfinale, znów zaskoczył rywali z dystansu. W jednej z akcji Przemysław Frasunkiewicz znakomicie ściągnął na siebie dwóch rywali i po krótkiej próbie sił oddał na obwód do niepilnowanego Boykina, a ten trafił za trzy. Udane wejście ofensywne Amerykanina mocno go podbudowało i pozwoliło nabrać rozpędu na całą pierwszą połowę.
Kłopoty włocławian zaczęły się wraz z pierwszym trafieniem ich etatowego kata, Ivana Opacaka. We wspomnianej wcześniej 16. minucie, przy stanie 28:27, skrzydłowy przymierzył za dwa i rozpoczął ucieczkę gospodarzy. Od tego momentu, aż do przerwy zdobył 11 punktów i to mimo prób zaciekłej obrony Michała Sokołowskiego. To właśnie dzięki Opacakowi, który miał ogromny wkład w wyśrubowanie statystyk rzutowych PGE Turowa (14/16 x 2 pkt.) gospodarze zeszli na przerwę przy prowadzeniu 43:31.
Na całe szczęście, Anwil nie zraził się popisami bałkańskiego skrzydłowego i mimo straty, która w połowie trzeciej odsłony sięgnęła 17 punktów, wciąż wierzył w możliwość wygranej. Odrabianie start rozpoczął od poprawy gry w obronie. Kilkukrotnie nie pozwolił zgorzelczanom na skończenie akcji rzutami, zaliczył dwa ważne przechwyty i przeprowadził skuteczne kontrataki. Po zdobyciu 7 punktów z rzędu zrobiło się 52:42 i gra znów się wyrównała. Sygnał do decydującej szarży dał Przemysław Frasunkiewicz, rzucając za trzy w 32. minucie (63:55). Po kilku chwilach po przeciwnej stronie boiska nowego ducha w defensywę wlał Seid Hajrić spektakularnie blokując Russella Robinsona.
Anwil momentalnie złapał wiatr w żagle i wielkim wysiłkiem wypracował sobie kolejne dobre pozycje do rzutów. Niestety, tym razem zawiodła skuteczność i straty zmniejszały się bardzo mozolnie. Dopiero wejście Tonego Weedena ożywiło atak. Amerykanin najpierw trafił zza linii 6,75, a później świetnie asystował do Seida Hajricia. W kolejnej akcji wymusił faul Michała Chylińskiego i dwukrotnie wykorzystał rzuty wolne (69:65 dla PGE Turowa na 3:15 do końca). Włocławianie byliby jeszcze bliżej rywala, gdyby (jak się wydaje decydującej) trójki nie trafił świetnie dysponowany Russell Robinson. Rzut Amerykanina pozwolił nabrać pewności siebie zagubionym gospodarzom, a Anwil zmusił do coraz bardziej rozpaczliwych ataków.
Gdy PGE Turów najbardziej tego potrzebował, na miejscu był jego lider, Michał Chyliński. Polak trafił z dystansu i było 73:65 na 2 minuty do końca. Niestety, wśród włocławian zabrakło ich przywódcy, Krzysztofa Szubargi (ze złamanym palcem oglądał mecz z ławki). To osłabienie sprawiło, że w końcówce ciężar gry musieli wziąć na siebie zawodnicy, którzy wcześniej robili to rzadko, a w dodatku byli już wyraźnie zmęczeni. To sprawiło, że ostatecznie, po walce, Anwil przegrał 79:68.
Drugi mecz półfinału rozegrany zostanie w poniedziałek, 13 maja, o godz. 18:00. Włocławianie udowodnili, że są w stanie go wygrać, pod warunkiem, że utrzymają waleczność z sobotniego starcia i dołożą do niej lepszą skuteczność. Póki co jednak jest 1:0 dla PGE Turowa Zgorzelec.
PGE Turów Zgorzelec – Anwil Włocławek 79:68 (21:20, 22:11, 17:19, 19:16)
PGE Turów: Opacak 19, Robinson 15, Chyliński 13, Zigeranović 12, Cel 6, Micić 5, Jackson 5, Kulig 4, Stelmach 0, Leszczyński 0
Anwil: Ginyard 14, Hajrić 11, Boykin 11, Jovanović 9, Frasunkiewicz 8, Weeden 8, Vasojević 5, Eitutavicius 2, Sokołowski 0, Bartosz 0.
SZCZEGÓŁOWE STATYSTYKI
Aż do 16. minuty Anwil Włocławek dotrzymywał kroku gospodarzom, a trzykrotnie wychodził nawet na niewielkie prowadzenie. Dobrze spisywali się zwłaszcza Marcus Ginyard i Ruben Boykin. Ten drugi, podobnie jak w ćwierćfinale, znów zaskoczył rywali z dystansu. W jednej z akcji Przemysław Frasunkiewicz znakomicie ściągnął na siebie dwóch rywali i po krótkiej próbie sił oddał na obwód do niepilnowanego Boykina, a ten trafił za trzy. Udane wejście ofensywne Amerykanina mocno go podbudowało i pozwoliło nabrać rozpędu na całą pierwszą połowę.
Kłopoty włocławian zaczęły się wraz z pierwszym trafieniem ich etatowego kata, Ivana Opacaka. We wspomnianej wcześniej 16. minucie, przy stanie 28:27, skrzydłowy przymierzył za dwa i rozpoczął ucieczkę gospodarzy. Od tego momentu, aż do przerwy zdobył 11 punktów i to mimo prób zaciekłej obrony Michała Sokołowskiego. To właśnie dzięki Opacakowi, który miał ogromny wkład w wyśrubowanie statystyk rzutowych PGE Turowa (14/16 x 2 pkt.) gospodarze zeszli na przerwę przy prowadzeniu 43:31.
Na całe szczęście, Anwil nie zraził się popisami bałkańskiego skrzydłowego i mimo straty, która w połowie trzeciej odsłony sięgnęła 17 punktów, wciąż wierzył w możliwość wygranej. Odrabianie start rozpoczął od poprawy gry w obronie. Kilkukrotnie nie pozwolił zgorzelczanom na skończenie akcji rzutami, zaliczył dwa ważne przechwyty i przeprowadził skuteczne kontrataki. Po zdobyciu 7 punktów z rzędu zrobiło się 52:42 i gra znów się wyrównała. Sygnał do decydującej szarży dał Przemysław Frasunkiewicz, rzucając za trzy w 32. minucie (63:55). Po kilku chwilach po przeciwnej stronie boiska nowego ducha w defensywę wlał Seid Hajrić spektakularnie blokując Russella Robinsona.
Anwil momentalnie złapał wiatr w żagle i wielkim wysiłkiem wypracował sobie kolejne dobre pozycje do rzutów. Niestety, tym razem zawiodła skuteczność i straty zmniejszały się bardzo mozolnie. Dopiero wejście Tonego Weedena ożywiło atak. Amerykanin najpierw trafił zza linii 6,75, a później świetnie asystował do Seida Hajricia. W kolejnej akcji wymusił faul Michała Chylińskiego i dwukrotnie wykorzystał rzuty wolne (69:65 dla PGE Turowa na 3:15 do końca). Włocławianie byliby jeszcze bliżej rywala, gdyby (jak się wydaje decydującej) trójki nie trafił świetnie dysponowany Russell Robinson. Rzut Amerykanina pozwolił nabrać pewności siebie zagubionym gospodarzom, a Anwil zmusił do coraz bardziej rozpaczliwych ataków.
Gdy PGE Turów najbardziej tego potrzebował, na miejscu był jego lider, Michał Chyliński. Polak trafił z dystansu i było 73:65 na 2 minuty do końca. Niestety, wśród włocławian zabrakło ich przywódcy, Krzysztofa Szubargi (ze złamanym palcem oglądał mecz z ławki). To osłabienie sprawiło, że w końcówce ciężar gry musieli wziąć na siebie zawodnicy, którzy wcześniej robili to rzadko, a w dodatku byli już wyraźnie zmęczeni. To sprawiło, że ostatecznie, po walce, Anwil przegrał 79:68.
Drugi mecz półfinału rozegrany zostanie w poniedziałek, 13 maja, o godz. 18:00. Włocławianie udowodnili, że są w stanie go wygrać, pod warunkiem, że utrzymają waleczność z sobotniego starcia i dołożą do niej lepszą skuteczność. Póki co jednak jest 1:0 dla PGE Turowa Zgorzelec.
PGE Turów Zgorzelec – Anwil Włocławek 79:68 (21:20, 22:11, 17:19, 19:16)
PGE Turów: Opacak 19, Robinson 15, Chyliński 13, Zigeranović 12, Cel 6, Micić 5, Jackson 5, Kulig 4, Stelmach 0, Leszczyński 0
Anwil: Ginyard 14, Hajrić 11, Boykin 11, Jovanović 9, Frasunkiewicz 8, Weeden 8, Vasojević 5, Eitutavicius 2, Sokołowski 0, Bartosz 0.
SZCZEGÓŁOWE STATYSTYKI