Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

W. Barycz: Dużo zawdzięczam Messinie

Środa, 05 Sierpnia 2009, 1:00, Michał Fałkowski

- Bardzo chciałem udowodnić, że jestem zdrowy, że nadal gram i nadal mam ambicję być dobrym zawodnikiem. Koszykarsko nie brakuje mi dużo do dawnej dyspozycji, a fizycznie jestem nawet mocniejszy niż kiedykolwiek - mówi w pierwszym wywiadzie dla naszego serwisu Wojciech Barycz.

- Bardzo chciałem udowodnić, że jestem zdrowy, że nadal gram i nadal mam ambicję być dobrym zawodnikiem. Koszykarsko nie brakuje mi dużo do dawnej dyspozycji, a fizycznie jestem nawet mocniejszy niż kiedykolwiek - mówi w pierwszym wywiadzie dla naszego serwisu Wojciech Barycz.

Wywiadu z zawodnikiem wracającym na parkiet po kłopotach z kontuzją nie sposób nie zacząć od przykrego pytania o historię choroby…

 

- Moje kłopoty z kontuzjami zaczęły się w 2006 roku. Po lidze letniej w Las Vegas wróciłem do Polski i przechodziłem testy w Turowie Zgorzelec. Niestety, podczas jednego z treningów pośliznąłem się na parkiecie i zerwałem krzyżowe więzadła w lewej nodze. Nie wiedząc, że nabawiłem się tej kontuzji pojechałem na testy do Hiszpanii, gdzie oczywiście ból dał o sobie znać. Przeszedłem operację we Włoszech i przed kolejnym sezonem brałem udział w campie w Treviso. Pokazałem się z dobrej strony i podpisałem kontrakt z Polpakiem Świecie. Tam jednak nie wszystko ułożyło się tak, jakbym sobie tego życzył…

 

Co masz na myśli?

 

- Początkowo byłem w bardzo dobrym kontakcie z trenerem, ale wszystko skończyło się na pierwszym meczu ze Śląskiem Wrocław, gdzie otrzymałem tylko półtorej minuty na parkiecie. W kolejnych spotkaniach trener już w ogóle mnie nie wystawiał, a ja bardzo chciałem grać. Zdecydowałem, że nie będę się z nikim kłócił, tylko udowodnię swoją wartość tam, gdzie jest to możliwe, czyli na treningach. Przychodziłem do hali przed wszystkimi i ostatni wychodziłem. Niestety, trener zdania nie zmienił, a ja z tego przetrenowania doznałem kontuzji. Później grałem jeszcze w Koszalinie, ale zginane na siłę przez rehabilitanta kolano ponownie nie wytrzymało i musiałem przejść kolejny (mam nadzieję, że już ostatni) zabieg.

 

Czujesz, że wyczerpałeś już limit pecha?

 

- Ten zabieg miałem w grudniu i od tego czasu wszystko wygląda bardzo obiecująco. Mogę powiedzieć, że moje kolano prezentuje się lepiej niż kiedykolwiek. Myślę, że to efekt dobrze przeprowadzonej rehabilitacji i treningów, które podjąłem kilka miesięcy temu.

 

A dlaczego swoją karierę zdecydowałeś się odbudowywać właśnie w Anwilu?

 

- Jest wiele powodów. Wspomnę tylko, że Anwil jest topowym polskim zespołem, który w dodatku ma doświadczenie w pracy z takimi zawodnikami jak ja. Podam przykład Zbyszka Białka, który również pochodzi z Tychów i który odbudował się koszykarsko we Włocławku. Zresztą, ze Śląska pochodzi wielu byłych i obecnych zawodników Anwilu, m.in. Andrzej Pluta, czy Marcin Sroka. Wiem, że panuje tu świetna atmosfera i dlatego przyjechałem pokazać się trenerowi.

 

Musisz być z siebie zadowolony, bo po tym co zaprezentowałeś trener wybrał właśnie ciebie.

 

- Bardzo chciałem udowodnić, że jestem zdrowy, że nadal gram i nadal mam ambicję być dobrym zawodnikiem. Koszykarsko nie brakuje mi dużo do dawnej dyspozycji, a fizycznie jestem nawet mocniejszy niż kiedykolwiek. Może na pełnię mojej formy będzie trzeba trochę poczekać, ale czuję, że wszystko pójdzie w dobrym kierunku.

To są twoje odczucia, a co jeśli będzie inaczej?

 

- Jeśli chodzi o kolano, to w kontrakcie jest taki zapis, że gdyby coś niedobrego się z nim działo, to klub może nie płacić za okres kontuzji i rozwiązać ze mną umowę.

 

W kontrakcie klub zapewnił sobie również prawo zatrzymania cię na sezon 2010/2011. Czy uważasz, że to dobry zapis dla ciebie?

 

- Doszliśmy do wniosku, że jeśli wszystko będzie dobrze z moim zdrowiem i będzie zainteresowanie moją osobą na sezon kolejny sezon, to zostanę we Włocławku. Myślę, że dla mnie to też dobre rozwiązanie, bo grą mogę zapracować sobie na stabilizację.

 

Poza Zbigniewem Białkiem, o którym wspominałeś, znasz też dobrze Łukasza Koszarka. Czy jego osoba również miała wpływ na to, że zobaczymy cię we Włocławku?

 

- Z Łukaszem Koszarkiem zaczynaliśmy przygodę z koszykówką w SMS-ie Warka, ale później nasz kontakt się urwał. Jego kariera potoczyła się inaczej niż moja, ale z tego co obserwowałem, znakomicie radził sobie we Włocławku. Zdecydowałem, że w Anwilu będę nosił koszulkę z numerem 15, czyli tym który miał Łukasz. Wspólnie rozpoczynaliśmy kariery i może to będzie jakaś kontynuacja (śmiech). Aťyczę Łukaszowi jak najlepiej. Niech na włoskich parkietach również pokazuje co potrafi

 

A co potrafi Wojciech Barycz?

 

- Jestem typem koszykarza, który może grać zarówno na „czwórce” jak i na „piątce”. Przyznam, że wolę występować nieco dalej od kosza, ale w razie potrzeby potrafię zagrać tyłem do tablicy. W ciągu ostatnich dwóch lat wzmocniłem się fizycznie i myślę, że spokojnie dam radę w przepychankach z centrami.

 

Co dały ci występy w ligach zagranicznych?

 

- Najcenniejszym doświadczeniem były z pewnością treningi z jednym z najlepszych szkoleniowców w Europie, Ettore Messiną. Jest to trener bardzo  wymagający, ale i doskonale rozumiejący zawodników. W trakcie zajęć z Messiną nie ma mowy o żartach, czy rozluźnieniu. Dopiero później się otwiera i jest sympatycznym człowiekiem. Wymagał ode mnie twardości i perfekcji w technice. Gdy złapałem kontuzję, to podchodził i obiecywał, że jeśli będę ciężko pracował, to będę miał miejsce w składzie. Messinie zawdzięczam bardzo dużo, jeśli chodzi o umiejętności koszykarskie.

 

Określiłeś sobie jakieś cele na ten sezon?

 

- Cel jest taki, żeby się odbudować i pokazać wszystkim z dobrej strony. Chciałbym udowodnić, że warto dać mi szansę gry w ekstraklasie. A z zespołem chciałbym walczyć o najwyższe cele w polskiej lidze.

 

A plany na najbliższe dni?

 

- Wracam w rodzinne strony. Razem z moim indywidualnym trenerem Remigiuszem Rzepką będziemy przygotowywać się do podjęcia treningów w Anwilu. Ten szkoleniowiec prowadzi zajęcia ze mną od grudniowego zabiegu. Przynoszą znakomity efekt, więc zamierzam je kontynuować aż do pierwszego treningu z Anwilem. Remigiusz Rzepka pisze właśnie doktorat u jednego z łódzkich lekarzy, profesora Jarosława Fabisia, który notabene współpracuje z Anwilem. Jest znakomitym fachowcem, któremu zawdzięczam poprawę mojej motoryki i powrót do zdrowia. Do ligi powinienem być zatem dobrze przygotowany.