Po zwycięstwie nad Polpharmą, Anwil miał wielkie nadzieje na drugie ligowe zwycięstwo z rzędu. Mający przed niedzielnym meczem taki sam bilans, jak włocławianie, Trefl Sopot wyrwał jednak Rottweilery z błogiego snu. Włocławianie przegrali aż 56:87 i zajmują 13. miejsce w tabeli.
Pierwszy listopadowy mecz Anwilu we Włocławku miał duży ciężar gatunkowy. Choć jesteśmy dopiero nieco za progiem sezonu i do rozegrania pozostało jeszcze mnóstwo spotkań, to jednak zarówno dla gospodarzy, jak dla Trefla, czas zaczął płynąć nieubłaganie szybko. Wszystko za sprawą sumy kiepskiego początku rozgrywek i dużych aspiracji obydwu klubów. W efekcie zarówno przy ławce gości, jak i po stronie Anwilu, dawało się wyczuć zdecydowaną presję. Obydwaj trenerzy - Predrag Krunić i Darius Maskoliunas - starali się ją przekuć w motywację, ale Rottweilery przekonały się boleśnie, że samymi chęciami wygrać się nie da.
Od początku spotkania w ekipie Anwilu szwankowała gra pod tablicami. Włocławianie nie znajdowali miejsca do walki o zbiórki i w efekcie po pierwszej połowie mieli ich na koncie tylko siedem. Sytuacji nie poprawiał fakt, że podczas jednego z ostatnich treningów mięsień naciągnął Seid Hajrić i jego gra była wykluczona. Nie pomógł też Mikołaj Witliński, który dotąd imponował zbiórką, a w niedzielny wieczór nie zaliczył ani jednej.
Na wyciągnięte do bloku, długie ręce Anderi Crosariola Trefl znalazł receptę w postaci kontrataków. Sopocianie narażali się co prawda na straty, ale szybka gra do przodu przynosiła im więcej korzyści. Po dziesięciu minutach prowadzili 16:12, a po upływie kolejnej kwarty 38:30. Rozmiary ich zaliczki byłyby większe, gdyby nie jedyna celna trójka pierwszej połowy, autorstwa Konrada Wysockiego.
Niestety, po przerwie okazało się, że trafienie tymczasowego kapitana nie pociągnęło za sobą kolejnych. Anwil, co prawda, mozolnie kolekcjonował punkty, ale w porównaniu z żywiołowo grającymi gośćmi, wyglądał dużo słabiej. Wysocy dawali się wyprzedzać Marcinowi Stefańskiemu i Tautvydasowi Lydece, a na domiar złego słabo komunikowali się z graczami obwodowymi. W efekcie bardzo skuteczne szarże mogli przeprowadzać Michał Michalak i Sarunas Vasiliauskas. Tak grający Trefl zgromadził 56 punktów spod kosza, przy zaledwie 18 Anwilu.
Tracący coraz więcej do gości włocławianie w czwartej kwarcie zupełnie zeszli w cień. Trener Predrag Krunić ratował się desygnowaniem na parkiet koszykarzy z rezerwy. Zagrali Maciej Raczyński, Bartosz Jankowski, a nawet powracający do zdrowia Piotr Pamuła. I ten ostatni akcent był właściwie największym pozytywem, bo dał nadzieję na lepszą rotację w najbliższej przyszłości. Póki co jednak, Anwil grając nad wyraz słabo, na oczach licznie zgromadzonej i głośno dopingującej publiczności, przegrał w sposób wyraźny 56:87. Taka niska zdobycz punktowa Rottweilerów we własnej hali przytrafiła im się ostatnio w kwietniu 2012 roku, a rywalem był nie kto inny jak Trefl Sopot.
Anwil Włocławek - Trefl Sopot 56:87 (12:16, 18:22, 13:23, 13:26)
Anwil: Vaughn 14, Crosariol 11, Wysocki 10, Eitutavicius 8, Simon 4, Surmacz 4, Pamuła 3, Witliński 2, Jankowski 0, Krajniewski 0, Raczyński 0
Trefl: Vasiliauskas 19, Michalak 18, Lydeka 14, Leoczyk 9, Stefański 8, Bendzius 6, Kemp 6, Dutkiewicz 5, Włodarczyk 0