Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Tommy Adams: Jesteśmy profesjonalistami

Poniedziałek, 27 Kwietnia 2009, 1:00, Michał Fałkowski

Ufam możliwościom zespołu i swoim. Myślę, że mogę to powiedzieć w imieniu całego zespołu: czujemy, że jesteśmy w stanie wygrać z Asseco - mówi  jeden z bohaterów rywalizacji półfinałowej, Tommy Adams.

Jak z perspektywy trzech miesięcy gry w Anwilu oceniasz decyzję o podpisaniu kontraktu z naszą drużyną?

 

To był znakomity ruch dla mnie. Wyobraź sobie, że grasz w słabszym zespole i ktoś z trójki Anwil, Asseco, Turów, proponuje ci kontrakt. Jeśli tylko twój klub dogaduje się z nowym pracodawcą, to nie ma najmniejszego problemu. To jest krok naprzód i marzysz, żeby go wykonać. Tak było ze mną. Najpierw grałem w Ostrowie, później zauważyła mnie Polonia, z którą bardzo dobrze nam szło w tym sezonie. Moje indywidualne umiejętności docenił wreszcie Anwil i byłem bardzo szczęśliwy, że zaproponował mi kontrakt. Teraz po kilku miesiącach wiem, że przyjazd do Włocławka był świetnym ruchem. Wciąż jesteśmy w grze, wciąż walczymy i wciąż liczymy się w walce o medale.

 

...podczas gdy koszykarze Polonii są już na wakacjach. Nie zazdrościsz im?

 

(śmiech) Tak, oni już się mogą opalać. Ja jednak zdecydowanie wolę grać. Jestem bardzo szczęśliwy we Włocławku i każdy z meczów, które pozostały, traktuję jak dar od losu.

 

Jesteś bardzo rozmownym, miłym, zabawnym człowiekiem. Chyba nie miałeś problemów z aklimatyzacją w zespole?

 

Mój charakter był tutaj pomocny (śmiech). A tak naprawdę, to znałem wcześniej Andrzeja Plutę, Łukasza Koszarka i Paula Millera. To bardzo mi ułatwiło dostosowanie się do zespołu, choć przyznam, że nie jest to łatwe, gdy kilka dni wcześniej stoi się po drugiej stronie barykady.

 

Czy coś cię zaskoczyło w Anwilu?

 

Największa różnica między Warszawą a Włocławkiem jest oczywiście taka, że tutaj jest dużo mniej fajnych miejsc, gdzie można zjeść coś dobrego. Jeśli chodzi o klub, to w Anwilu trenuje się dużo bardziej intensywnie. Bez porównania z Polonią, nie mówiąc już o Ostrowie. Poza tym jest większa presja wyniku.

 

Chyba nie powinieneś aż tak bardzo narzekać na Włocławek, bo wiem, że wielu miejsc jeszcze nie widziałeś. Do niedawna nie wiedziałeś nawet, co to jest „Bravo”…

 

Wcześniej słyszałem tylko o takiej gazecie dla młodzieży, ale już wiem, że to włocławska dyskoteka. Czas na imprezy z zespołem będzie po zakończeniu sezonu.

 

Pytam, bo kilka polskich klubów miało w tym roku kłopoty z amerykańskimi imprezowiczami.

 

Ja jestem bardzo spokojnym człowiekiem. Zamiast chodzić na dyskoteki, wolę spędzać czas z żoną. To prawda, że wielu Amerykanów podchodzi bardzo lekko do życia, ale ta ekipa, która spotkała się w Anwilu, jest akurat inna. Paul, Ian i ja jesteśmy profesjonalistami. Chcemy jak najlepiej reprezentować klub i grać. To nie idzie w parze z rozrywkowym trybem życia.

Na „Youtube” można jednak obejrzeć film, w którym wyglądasz na podejrzanie wyluzowanego…

 

O nie, to nie tak! Przyznam ci się do czegoś. W ogóle nie piję alkoholu i nigdy nie próbowałem żadnych narkotyków. Podkreślam – nigdy w życiu.

 

Mówi się, że problemem Asseco Prokomu są trudne relacje między Amerykanami a Polakami. Słyszałeś coś o tym i jak to jest w Anwilu?

 

Osobiście nigdy nie miałem problemów z porozumieniem się z jakąkolwiek nacją. W Anwilu też spotkało się kilka narodowości, a przecież świetnie się rozumiemy. Jesteśmy zespołem i nieważne, z jakich krajów pochodzimy. Tak samo było, gdy grałem w Niemczech. Dlatego trudno mi uwierzyć, że w Sopocie może być z tym problem. To chyba nieprawda, chociaż podstawą jest, żeby każdego zawodnika obejmowały te same zasady. Nie może być równych i równiejszych, bo stąd mogą brać się konflikty. Igor Griszczuk doskonale to czuje i dlatego traktuje nas jednakowo.

 

Co uważasz za lepsze dla siebie: bycie czołową postacią w słabszym zespole czy jednym z ogniw w lepszym?

 

Nawiązujesz zapewne do mojej gry w Polonii i w Anwilu. Uważam zatem, że najlepiej jest grać dla zespołu, który wygrywa. Nie liczy się, że zdobyłeś 30 punktów, jeśli twoja drużyna przegrała. W Anwilu mam gorsze statystyki niż w Polonii, a mimo to jestem bardziej zadowolony. Tutaj mogę zdobyć 2 punkty, a Anwil mimo to wygrywa i wszyscy jesteśmy szczęśliwi. Gdybym te same 2 punkty zdobył dla Polonii, to pewnie byśmy przegrali. Dlatego odnajduję się znakomicie we Włocławku. Czuję, że granie 20-25 minut bardzo mi odpowiada, bo mogę robić wszystko o wiele bardziej intensywnie. Nawet Michael Jordan, gdy zostawał królem strzelców, mówił „najważniejsze, żebyśmy wygrywali”.

 

Czy czujesz większą presję wyniku niż w innych klubach?

 

Poza boiskiem wszyscy ją czujemy. Jednak, gdy wychodzimy na parkiet, to wszystko wokół przestaje się liczyć. Myślimy tylko o tym, żeby dobrze grać. Tak samo jest ze mną, od pierwszego gwizdka myślę tylko o meczu.

 

Towarzyszy ci jednak świadomość, której nie miałeś w poprzednich klubach, że jeśli chybisz dwa rzuty, to usiądziesz na ławce. Czy to nie jest paraliżujące uczucie?

 

Mamy mnóstwo zawodników, którzy potrafią znakomicie rzucać, jak Andrzej, Łukasz, ostatnio Ian. Dlatego zrozumiałe jest, że gdy trener widzi, że komuś nie idzie, to sadza go na ławce. To nie jest łatwe dla zawodnika, ale taka jest logika.

 

W ćwierćfinale daleki byłeś od swojej normalnej skuteczności. Czy to właśnie za sprawą presji?

 

Z punktu widzenia trenera, jak zawodnik nie trafia, to trzeba go posadzić na ławce i zastąpić kimś innym. Z kolei z punktu widzenia zawodnika, trudno jest dobrze wejść w mecz, gdy na początku pudłuje się dwa rzuty i siada na ławce. Traci się rytm i trudno z powrotem wejść w grę. W ćwierćfinale tak się właśnie ułożyło, ale najważniejsze, że wygraliśmy. Mimo że nie zdobywałem tylu punktów, co w sezonie zasadniczym, to czuję, że pomogłem zespołowi. Myślę, że grałem mądrze i zespołowo. Polpharmie trzeba oddać, że świetnie broniła. Nie pozwalała mi na łatwe rzuty i na to „wejście w mecz”, o którym mówiłem.

Może twój czas nadejdzie w półfinale?

 

Tak, mam nadzieję, że przeciw Asseco będzie lepiej. Nie straciłem pewności siebie, nie jestem sfrustrowany, więc wszystko zapowiada się optymistycznie. Ufam możliwościom zespołu i swoim. Myślę, że mogę to powiedzieć w imieniu całego zespołu: czujemy, że jesteśmy w stanie wygrać z Asseco.

 

Zwłaszcza, że wobec kontuzji Miloša Paravinji i Stipe Modricia w zespole pojawiają się nowi liderzy. Czy zgodzisz się, że Ian Boylan był najlepszym zawodnikiem Anwilu w ćwierćfinale?

 

Myślę, że nawet zespół nie spodziewał się tak dobrej gry Iana. Gdy graliśmy z Anwilem sparing przed sezonem, on trafiał niesamowite rzuty. Później Zmago Sagadin chyba go zablokował i w lidze Ian po prostu zniknął. Gdy przyszedłem do Anwilu pytałem go więc, „Ian, czemu ty nie rzucasz?”, i nie potrafiłem tego zrozumieć. Gdy rozmawialiśmy przed meczami z Polpharmą znów starałem się go przekonać, że gdy obrona koncentruje się na Andrzeju, Łukaszu i mnie, to on musi wykorzystywać takie sytuacje. „Przecież potrafisz grać skutecznie” – mówiłem. No i to się sprawdziło. Ian był czołową postacią ćwierćfinału i bohaterem najważniejszego, czwartego meczu. Do niesamowitej obrony dołożył super rzuty i poprowadził zespół do zwycięstwa.

 

Czy fakt, że Anwilowi brakuje graczy podkoszowych może mieć decydujące znaczenie w półfinale?

 

To nasza największa słabość i nie ma co tego ukrywać. Przez cały sezon za Anwilem ciągną się jakieś kontuzje, ale to, co się stało teraz jest najgorszym ciosem. Dwóch wysokich koszykarzy jest wyeliminowanych z gry i musimy sobie radzić bez nich. Nie jest jednak powiedziane, że nie możemy wygrywać kolejnych meczów. Nawet bez tej dwójki jest to możliwe.

 

Duże zainteresowanie wzbudza osoba Wojciecha Glabasa – juniora, który dołączył do Anwilu w miejsce kontuzjowanych wysokich graczy. Czy uważasz, że jest on w stanie pomóc Anwilowi w meczach przeciw Asseco?

 

Oczywiście, że tak. To jest młody chłopak, ale już na treningach udowodnił, że nie boi się walki i potrafi skutecznie rzucać. Prawda jest taka, że on nie musi być gwiazdą tych półfinałów. Nie wiem, ile minut dostanie od Igora Griszczuka, ale jego zadaniem będzie odciążenie Paula i Marko, a nie ciągnięcie wyniku. Ważne, żeby wszedł na parkiet bez kompleksów. Nawet nie musi zdobywać punktów. Wystarczy, że w odpowiednim momencie da zasłonę, sfauluje lub wymusi faul. Wydaje mi się, że stać go na to.

 

Wobec braków pod koszem, większa odpowiedzialność będzie ciążyć na graczach obwodowych. Czy można wygrać mecz wyłącznie rzutami za trzy?

 

Nie zapominajmy, że wspaniale gra Paul Miller. Gdy on będzie na boisku, to na pewno da nam wiele pod tablicą. Sam, gdy jestem na obwodzie, często najpierw wypatruję Paula, a dopiero, gdy widzę, że nie ma pozycji do rzutu, sam decyduję się spróbować trafić. Na pewno będziemy się starali zbalansować grę. Nie będzie tak, że tylko obwód będzie rzucał.

Co zatem zdecyduje o zwycięstwie w parze Anwil Włocławek – Asseco Prokom Sopot?

 

Decydująca będzie nasza twarda obrona. Oczywiście, musimy również trafiać rzuty. Jednak tym, czym wygrywa się w play-off, jest zawsze obrona. Musimy być silniejsi mentalnie i nastawieni na zwycięstwo.

 

Czy to wystarczy? Asseco również będzie nastawione na sukces…

 

Z pewnością i dlatego czeka nas wielka walka. W Sopocie zebrano grupę znanych, świetnych zawodników. Ich możliwości są ogromne i nie zmieni tego nawet to, że męczyli się z Atlasem. Tak to już jest z tymi najlepszymi, również w NBA, że czasem lekko odpuszczają, żeby wypocząć i nabrać sił na kolejne pojedynki. Myślę, że nastawiają się na Anwil, bo to przecież najważniejsza rywalizacja ostatnich lat. Ewing, Logan i Woods są tymi koszykarzami, którzy mogą przesądzić o losach półfinału. Sopot to jednak nie tylko oni. Jest przynajmniej dziewięciu koszykarzy, których umiejętności pozwalają patrzeć na nich jak na faworytów. Ale jeśli Asseco już myśli, że ma nas w kieszeni, to się grubo myli. My zamierzamy wygrać.

 

W takim razie, kto i dlaczego wygra rywalizację w parze Turów Zgorzelec – Czarni Słupsk?

 

Czarni to szalenie trudny przeciwnik i jestem gotowy postawić na nich. Nie mają jakiejś wielkiej przewagi, ale wygrany mecz w Zgorzelcu może dodać im sił na cały półfinał. Myślę, że te zespoły czeka długa rywalizacja. 4:3 dla Czarnych to najpewniejszy wynik, choć jak wiadomo, takie typowanie to tylko zabawa.

 

Sądzisz, że szóstym zawodnikiem Anwilu może być włocławska publiczność?

 

Po tym, co wydarzyło się na ostatnim meczu z Asseco, jestem nawet tego pewien. Pamiętam, że widziałem na twarzach sopocian ogromne zdziwienie tym, co się działo w naszej hali. Zanim zdążyli ochłonąć, było już po meczu. Kibice byli niesamowici i jestem im za to bardzo wdzięczny. Nie wiesz, czy przygotowali też coś specjalnego na półfinały?

 

Z pewnością cię nie zawiodą. A czy ty chciałbyś grać dla nich nie tylko do końca tego sezonu, ale i w następnym?

 

Po pierwsze, mam nadzieję, że klub i trener będą mnie widzieć w składzie nowej drużyny. Jeśli tak się stanie, to na pewno chętnie rozważę taką propozycję. Klub jest świetnie zorganizowany i granie tutaj to czysta przyjemność. Duża w tym zasługa naszego menedżera, Huberta Hejmana, który ma świetne umiejętności organizatorskie. Dzięki niemu i całemu personelowi klubu zespołowi niczego nie brakuje. Chciałbym mieć taki spokój również w przyszłym sezonie.

 

Wywiad ukazał się w ostatnim numerze "Naszego Anwilu".