- Dla mnie Anwil jest jak walec, który po prostu się toczy. Ma równą prędkość przez cały czas i tylko trzeba uważać żeby pod niego nie wpaść – mówi w wywiadzie dla naszego serwisu Tomasz Cielebąk, nowy silny skrzydłowy Anwilu Włocławek.
- Dla mnie Anwil jest jak walec, który po prostu się toczy. Ma równą prędkość przez cały czas i tylko trzeba uważać żeby pod niego nie wpaść – mówi w wywiadzie dla naszego serwisu Tomasz Cielebąk, nowy silny skrzydłowy Anwilu Włocławek.
Twoja obecność podczas sobotniej prezentacji drużyny była dużą niespodzianką. Planowałeś podpisanie kontraktu właśnie w takim momencie, czy to zbieg okoliczności?
Tomasz Cielebąk: Taki scenariusz ułożyło życie. Aťeby było ciekawiej ujawnię, że moje negocjacje z Anwilem trwały dość długo i to przyznaję, z mojej winy. Natomiast sam finisz rozmów był superszybki. Przyjechałem do Włocławka podpisać kontrakt w chwili, gdy cała drużyna zjeżdżała się do klubu. Jeszcze tusz na kontrakcie dobrze nie wyschnął, a ja jako zawodnik Anwilu poszedłem przywitać się z kibicami.
I jakie są twoje pierwsze wrażenia z tego spotkania?
- To było coś niesamowitego. Przyjechałem do klubu po południu, odbyłem rozmowę z trenerem Emirem Mutapciciem, następnie z prezesem Zbigniewem Polatowskim, podpisałem kontrakt i już mogłem poczuć się jak koszykarz Anwilu. Tym bardziej, że otrzymałem wcześniej przygotowaną koszulkę i z resztą chłopaków wyszliśmy do włocławian. Spotkaliśmy się z dużą sympatią z ich strony. Wrażenie zrobiła na mnie zarówno liczba fanów, jak i ich entuzjazm. Cieszę się, że wszystko tak się świetnie złożyło, że mogłem być na prezentacji.
Jesteś już bardzo doświadczonym zawodnikiem, więc pewnie nie raz brałeś udział w tego typu wydarzeniach…
- Właściwie to tylko w Bundeslidze spotkałem się z podobnymi imprezami. Anwil jest świetny organizacyjnie, a do tego ma gorącą publiczność, więc przebija wszystkie wcześniejsze doświadczenia. W sobotę, dzięki spontanicznej i sympatycznej reakcji fanów od razu poczułem się częścią drużyny. Było to dla mnie bardzo ważne, bo przyjechałem tu jako osoba obca, która do tej pory grała tylko przeciw Anwilowi. Za tą reakcję dziękuję w imieniu swoim i pozostałych chłopaków. Rozmawiałem z Johnem Allenem, którego poznałem już wcześniej i też mówił mi, że jest w szoku po tym co zobaczył. On grał już przy wielkiej publiczności, ale nigdy przy tak spontanicznej.
We wspomnianej przez ciebie Bundeslidze grałeś w klubie z Braunschweigu, którego podwaliny stworzył trener Emir Mutapcić. Czy wspomina się tam jeszcze naszego szkoleniowca?
- Oczywiście. Trener Mutapcić jest tam bardzo szanowany, bo z ligowego słabeusza stworzył dobrze funkcjonujący klub. Wprowadził standardy, które sprawiły, że Braunschweig stał się jedną z czołowych niemieckich ekip. Poświęcił kilka lat życia, żeby wprowadzić go na taki poziom. Wspomina się go jako świetnego trenera i organizatora.
W Braunschweigu grałeś z Johnem Allenem. Myślisz, że uda mu się spełnić wysokie wymagania polskich kibiców?
- Z pewnością sobie poradzi. Jest koszykarzem silnym, atletycznym, obdarzonym bardzo dobrym rzutem. John to facet, który w trudnym momencie nie boi się wziąć odpowiedzialności na siebie. W dzisiejszej, bardzo zespołowej koszykówce trudno kogoś nazwać „samograjem”, ale on naprawdę potrafi w pojedynkę wiele wykreować.
Przenieśmy się z obwodu bliżej kosza. Zamiary trenera Emira Mutapcicia związane z obsadą pozycji silnego skrzydłowego są chyba oczywiste. Chce mieć do dyspozycji dwóch kompletnie różnych zawodników – ciebie i Marshalla Mosesa.
- Mogę tylko przypuszczać, że zamiarem trenera było pozyskania graczy o zdecydowanie różniących się profilach. Nie widziałem jeszcze jak gra Marshall, ale sam jego atletyzm wskazuje, że jest predysponowany do nieco innych zadań niż ja. Moim zdaniem, to świetny pomysł i jeśli taka będzie wola trenera, to wymieniając się na boisku będziemy też uzupełniać grę drużyny o nasze najlepsze atuty. Jeśli nie można mieć wszystkiego w jednym zawodniku, to trzeba mieć dwóch różnych. (śmiech)
Tomasz Cielebąk: Taki scenariusz ułożyło życie. Aťeby było ciekawiej ujawnię, że moje negocjacje z Anwilem trwały dość długo i to przyznaję, z mojej winy. Natomiast sam finisz rozmów był superszybki. Przyjechałem do Włocławka podpisać kontrakt w chwili, gdy cała drużyna zjeżdżała się do klubu. Jeszcze tusz na kontrakcie dobrze nie wyschnął, a ja jako zawodnik Anwilu poszedłem przywitać się z kibicami.
I jakie są twoje pierwsze wrażenia z tego spotkania?
- To było coś niesamowitego. Przyjechałem do klubu po południu, odbyłem rozmowę z trenerem Emirem Mutapciciem, następnie z prezesem Zbigniewem Polatowskim, podpisałem kontrakt i już mogłem poczuć się jak koszykarz Anwilu. Tym bardziej, że otrzymałem wcześniej przygotowaną koszulkę i z resztą chłopaków wyszliśmy do włocławian. Spotkaliśmy się z dużą sympatią z ich strony. Wrażenie zrobiła na mnie zarówno liczba fanów, jak i ich entuzjazm. Cieszę się, że wszystko tak się świetnie złożyło, że mogłem być na prezentacji.
Jesteś już bardzo doświadczonym zawodnikiem, więc pewnie nie raz brałeś udział w tego typu wydarzeniach…
- Właściwie to tylko w Bundeslidze spotkałem się z podobnymi imprezami. Anwil jest świetny organizacyjnie, a do tego ma gorącą publiczność, więc przebija wszystkie wcześniejsze doświadczenia. W sobotę, dzięki spontanicznej i sympatycznej reakcji fanów od razu poczułem się częścią drużyny. Było to dla mnie bardzo ważne, bo przyjechałem tu jako osoba obca, która do tej pory grała tylko przeciw Anwilowi. Za tą reakcję dziękuję w imieniu swoim i pozostałych chłopaków. Rozmawiałem z Johnem Allenem, którego poznałem już wcześniej i też mówił mi, że jest w szoku po tym co zobaczył. On grał już przy wielkiej publiczności, ale nigdy przy tak spontanicznej.
We wspomnianej przez ciebie Bundeslidze grałeś w klubie z Braunschweigu, którego podwaliny stworzył trener Emir Mutapcić. Czy wspomina się tam jeszcze naszego szkoleniowca?
- Oczywiście. Trener Mutapcić jest tam bardzo szanowany, bo z ligowego słabeusza stworzył dobrze funkcjonujący klub. Wprowadził standardy, które sprawiły, że Braunschweig stał się jedną z czołowych niemieckich ekip. Poświęcił kilka lat życia, żeby wprowadzić go na taki poziom. Wspomina się go jako świetnego trenera i organizatora.
W Braunschweigu grałeś z Johnem Allenem. Myślisz, że uda mu się spełnić wysokie wymagania polskich kibiców?
- Z pewnością sobie poradzi. Jest koszykarzem silnym, atletycznym, obdarzonym bardzo dobrym rzutem. John to facet, który w trudnym momencie nie boi się wziąć odpowiedzialności na siebie. W dzisiejszej, bardzo zespołowej koszykówce trudno kogoś nazwać „samograjem”, ale on naprawdę potrafi w pojedynkę wiele wykreować.
Przenieśmy się z obwodu bliżej kosza. Zamiary trenera Emira Mutapcicia związane z obsadą pozycji silnego skrzydłowego są chyba oczywiste. Chce mieć do dyspozycji dwóch kompletnie różnych zawodników – ciebie i Marshalla Mosesa.
- Mogę tylko przypuszczać, że zamiarem trenera było pozyskania graczy o zdecydowanie różniących się profilach. Nie widziałem jeszcze jak gra Marshall, ale sam jego atletyzm wskazuje, że jest predysponowany do nieco innych zadań niż ja. Moim zdaniem, to świetny pomysł i jeśli taka będzie wola trenera, to wymieniając się na boisku będziemy też uzupełniać grę drużyny o nasze najlepsze atuty. Jeśli nie można mieć wszystkiego w jednym zawodniku, to trzeba mieć dwóch różnych. (śmiech)
Grając przez tyle lat w Polsce na pewno masz wiele wspomnień łączących się z Anwilem. Mógłbyś o nich opowiedzieć?
- Jeśli chodzi o stronę sportową, to najczęściej wspominam czasy, gdy grałem w Śląsku i toczyliśmy naszą „świętą wojnę”. Cała otoczka tych meczów jest czymś, co każdy koszykarz powinien poczuć, żeby mógł powiedzieć, że czuje się spełniony. Historii związanych z Anwilem pamiętam tak dużo, że nie sposób ich tu teraz wymienić. Powiem natomiast, że zawsze patrzyłem na ten klub jak na wzór stabilności, profesjonalizmu i świetnej organizacji. W sobotę miałem okazję przekonać się, że w ogóle się nie myliłem. Pozostaje się tylko cieszyć, że trafiam do Włocławka.
Miło to słyszeć. A czy przez grzeczność nie zapomniałeś wspomnieć o tym, że rywalizacja z Anwilem może też kojarzyć ci się ze zwycięstwem Polpharmy w ostatnim finale Pucharu Polski?
- Tak się złożyło, że w tamtym momencie sezonu byliśmy w szczytowej formie. Pokonaliśmy Asseco Prokom na ich terenie, a następnie wygraliśmy z Anwilem. Jeśli chodzi jednak o całokształt, to nikt i nic Anwilu nie przebije. Dla mnie Anwil jest jak walec, który po prostu się toczy. Ma równą prędkość przez cały czas i tylko trzeba uważać żeby pod niego nie wpaść.
O rok starszy od ciebie Andrzej Pluta zakończył niedawno karierę i jak tłumaczył wpływ na tę decyzję miało nie tyle obciążenie meczowe, ile treningowe. Czy wiesz na co się piszesz przychodząc do Anwilu, w którym zawsze trenuje się na 100% i nawet trening jest jedną wielką rywalizacją?
- Decydując się na podpisanie kontraktu w Anwilu trzeba mieć świadomość, że nie uniknie się ciężkiej pracy na treningach. Tym bardziej, że trenerem jest Emir Mutapcić, a w szeregach drużyny znalazło się kilku młodych, pełnych energii zawodników. Dobrą formę można uzyskać tylko ciężką pracą i nie zamierzam jej unikać. Jestem z jednej strony koszykarzem ukształtowanym, ale z drugiej napędza mnie możliwość nauczenia się czegoś nowego. Wiem, że w Anwilu mam na to największą szansę, dlatego gotowy jestem się poświęcić zarówno w meczach, jak i podczas ćwiczeń.
Pozyskując ciebie Anwil zamknął budowę składu na sezon 2011/2012. Czy wobec tego, z perspektywy tak doświadczonego zawodnika, jesteś w stanie określić możliwości tego zespołu?
- Liczę na grę w półfinałach, a później w finałach mistrzostw Polski. Nawet nie myślę o niczym innym, bo przychodząc do Włocławka takie cele stają się po prostu obowiązkiem. Na pewno droga na szczyt nie będzie łatwa, bo mamy zupełnie nowy zespół stanowiący mieszankę doświadczenia i młodości. Poza tym inne zespoły również nie śpią. Myślę jednak, że nie musimy się nikogo obawiać, tylko robić swoje, bo mamy wszelkie predyspozycje ku temu, żeby rządzić w tej lidze. Anwil to firma, której inni muszą się obawiać, a nie odwrotnie.
Na koniec powiedz jak będzie wyglądał dla ciebie długi, sierpniowy weekend, bo chyba nie będzie stał pod znakiem lenistwa?
- O tym, że nie będzie to leniwy weekend przesądziły sobotnie wydarzenia. Przyjechałem do Włocławka podpisać kontrakt, poznałem się ze sztabem szkoleniowym i drużyną, a później uczestniczyłem we wszystkich wydarzeniach związanych z prezentacją zespołu. Nocą wróciłem do Ostrowa Wielkopolskiego, żeby szybko się spakować i wracać do Włocławka. Przyjeżdżam z żoną, która jest moim największym kibicem i wsparciem. Już w poniedziałek z całą drużyną jedziemy do Łodzi na szczegółowe badania medyczne. Widać, że we Włocławku od początku pracuje się na pełnych obrotach, a ja bardzo to lubię.
- Jeśli chodzi o stronę sportową, to najczęściej wspominam czasy, gdy grałem w Śląsku i toczyliśmy naszą „świętą wojnę”. Cała otoczka tych meczów jest czymś, co każdy koszykarz powinien poczuć, żeby mógł powiedzieć, że czuje się spełniony. Historii związanych z Anwilem pamiętam tak dużo, że nie sposób ich tu teraz wymienić. Powiem natomiast, że zawsze patrzyłem na ten klub jak na wzór stabilności, profesjonalizmu i świetnej organizacji. W sobotę miałem okazję przekonać się, że w ogóle się nie myliłem. Pozostaje się tylko cieszyć, że trafiam do Włocławka.
Miło to słyszeć. A czy przez grzeczność nie zapomniałeś wspomnieć o tym, że rywalizacja z Anwilem może też kojarzyć ci się ze zwycięstwem Polpharmy w ostatnim finale Pucharu Polski?
- Tak się złożyło, że w tamtym momencie sezonu byliśmy w szczytowej formie. Pokonaliśmy Asseco Prokom na ich terenie, a następnie wygraliśmy z Anwilem. Jeśli chodzi jednak o całokształt, to nikt i nic Anwilu nie przebije. Dla mnie Anwil jest jak walec, który po prostu się toczy. Ma równą prędkość przez cały czas i tylko trzeba uważać żeby pod niego nie wpaść.
O rok starszy od ciebie Andrzej Pluta zakończył niedawno karierę i jak tłumaczył wpływ na tę decyzję miało nie tyle obciążenie meczowe, ile treningowe. Czy wiesz na co się piszesz przychodząc do Anwilu, w którym zawsze trenuje się na 100% i nawet trening jest jedną wielką rywalizacją?
- Decydując się na podpisanie kontraktu w Anwilu trzeba mieć świadomość, że nie uniknie się ciężkiej pracy na treningach. Tym bardziej, że trenerem jest Emir Mutapcić, a w szeregach drużyny znalazło się kilku młodych, pełnych energii zawodników. Dobrą formę można uzyskać tylko ciężką pracą i nie zamierzam jej unikać. Jestem z jednej strony koszykarzem ukształtowanym, ale z drugiej napędza mnie możliwość nauczenia się czegoś nowego. Wiem, że w Anwilu mam na to największą szansę, dlatego gotowy jestem się poświęcić zarówno w meczach, jak i podczas ćwiczeń.
Pozyskując ciebie Anwil zamknął budowę składu na sezon 2011/2012. Czy wobec tego, z perspektywy tak doświadczonego zawodnika, jesteś w stanie określić możliwości tego zespołu?
- Liczę na grę w półfinałach, a później w finałach mistrzostw Polski. Nawet nie myślę o niczym innym, bo przychodząc do Włocławka takie cele stają się po prostu obowiązkiem. Na pewno droga na szczyt nie będzie łatwa, bo mamy zupełnie nowy zespół stanowiący mieszankę doświadczenia i młodości. Poza tym inne zespoły również nie śpią. Myślę jednak, że nie musimy się nikogo obawiać, tylko robić swoje, bo mamy wszelkie predyspozycje ku temu, żeby rządzić w tej lidze. Anwil to firma, której inni muszą się obawiać, a nie odwrotnie.
Na koniec powiedz jak będzie wyglądał dla ciebie długi, sierpniowy weekend, bo chyba nie będzie stał pod znakiem lenistwa?
- O tym, że nie będzie to leniwy weekend przesądziły sobotnie wydarzenia. Przyjechałem do Włocławka podpisać kontrakt, poznałem się ze sztabem szkoleniowym i drużyną, a później uczestniczyłem we wszystkich wydarzeniach związanych z prezentacją zespołu. Nocą wróciłem do Ostrowa Wielkopolskiego, żeby szybko się spakować i wracać do Włocławka. Przyjeżdżam z żoną, która jest moim największym kibicem i wsparciem. Już w poniedziałek z całą drużyną jedziemy do Łodzi na szczegółowe badania medyczne. Widać, że we Włocławku od początku pracuje się na pełnych obrotach, a ja bardzo to lubię.