Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Seid Hajrić: Widzę wielkie zaangażowanie

Wtorek, 18 Stycznia 2011, 1:00, Michał Fałkowski

Seid Hajrić był zawodnikiem Anwilu Włocławek w latach 2004 – 2007. Teraz wrócił, by wzmocnić siłę podkoszową drużyny Emira Mutapcicia. W rozmowie z naszym portalem opowiada o tym, jak rozwinęły się jego umiejętności koszykarskie, jak ocenia atmosferę w zespole i jak traktuje polskie obywatelstwo.

Seid Hajrić był zawodnikiem Anwilu Włocławek w latach 2004 – 2007. Teraz wrócił, by wzmocnić siłę podkoszową drużyny Emira Mutapcicia. W rozmowie z naszym portalem opowiada o tym, jak rozwinęły się jego umiejętności koszykarskie, jak ocenia atmosferę w zespole i jak traktuje polskie obywatelstwo.
Czy Włocławek zmienił się w trakcie twojej czteroletniej nieobecności?

- Jasne, Włocławek bardzo się rozwinął i ożywił. Oczywiście najbardziej rzuca się w oczy nowe centrum handlowe.  Co bardzo ważne dla nas koszykarzy, którzy nie zawsze mają czas sobie coś ugotować, teraz jest też dużo więcej restauracji. Nie trzeba już wyjeżdżać do innych miast, żeby miło spędzić popołudnie.

A ludzie? Czy jakieś przyjaźnie przetrwały?

- Powiem, że generalnie włocławianie są bardzo mili i rozpoznają mnie na ulicy. Na przykład jedna z firm taksówkarskich, która woziła mnie, gdy jeszcze nie miałem prawa jazdy, potraktowała mnie jakbym nigdy stąd nie wyjeżdżał. Starzy znajomi znów przywożą mnie na treningi, jest okazja do rozmów i wspominania. Jak dotąd spotykam się wyłącznie z pozytywnymi komentarzami. Ja też jestem szczęśliwy, że tu wróciłem. Bardzo się z tego cieszę.

Pamiętamy cię we Włocławku jako koszykarza zadaniowego, skupiającego się na wykonaniu ważnej, ale często mało widocznej pracy dla drużyny.  Czy coś się w tej kwestii zmieniło?

- Dobrze to ująłeś, byłem tu zadaniowcem. Gdy przyjechałem do Polski miałem 21 lat i dopiero uczyłem się, jak mogę najlepiej wykorzystać moje warunki fizyczne. Wychodziłem na boisko, żeby kogoś zablokować lub postawić dobrą zasłonę. Później zebrałem kolejną szkołę od bałkańskich trenerów i myślę, że teraz jestem koszykarzem kompletnym. Mogę wyjść na parkiet, żeby nie tylko pracować w defensywie, ale również wspomagać zespół atakiem. Dodam jeszcze, że koszykarsko najlepiej wspominam właśnie sezony spędzone w Anwilu. Tutaj bardzo się rozwinąłem i wiele nauczyłem. Wszystko dzięki dobrze zorganizowanej pracy klubu i drużyny. Tutaj wszystko było tak jak trzeba.

Jednak aktualne wyniki odstają od oczekiwanych. Masz swoje zdanie, dlaczego tak się dzieje?

- Oglądałem ostatni mecz z Asseco Prokomem i jak na dłoni widać było, że Anwilowi czegoś brakuje, żeby złapać właściwy rytm.  Być może chodzi o zasłony, których niemal nie było. To moja specjalność i tym elementem na pewno nie raz otworzę chłopakom drogę do kosza. Lubię też walkę podkoszową i to będzie kolejny element, który dołożę do gry Anwilu. Jestem po pierwszych treningach z zespołem i widzę, że atmosfera jest dokładnie taka, jaka powinna być. Nikt się nie wywyższa, nikt nie czuje się lepszy ani gorszy. Zostałem dobrze przyjęty i teraz już myślę tylko o tym, żeby zgrać się z chłopakami na boisku. Drugi dzień trenuję z drużyną i widzę u wszystkich wielkie zaangażowanie.  Umiejętności tej drużyny są wielkie, tylko postawę z treningów trzeba przełożyć na mecz. Nic więcej. To chyba oznacza, że problem leży w naszych głowach. Jeśli przyjdzie jakiś dobry mecz, który nas odblokuje, to wszystko dobrze się ułoży.
Pamiętamy, że we Włocławku spełniałeś się na pozycjach silnego skrzydłowego i centra. Czy nadal jesteś takim uniwersalnym zawodnikiem?

- Nic się w tej kwestii nie zmieniło. W ostatnich sezonach również ustawiany byłem na tych dwóch pozycjach, w zależności od tego, czego potrzebował trener. Jeśli chciał grać niską piątką, to wychodziłem jako środkowy, gdy potrzebował centymetrów, to wybiegałem jako skrzydłowy.

Ostatni mecz zagrałeś pod koniec grudnia. W lutym będziesz więc głodny gry…

- Ten sezon rozpocząłem w drużynie Mostar Zrinjski, z którą podpisałem trzymiesięczny kontrakt. Zrobiłem to z myślą, że otrzymam polski paszport i dostanę szansę gry o wysoką stawkę w innym klubie. Nie chciałem bezczynnie czekać na ten moment, więc grałem najlepiej jak potrafię. Efekt był chyba dobry, bo dla przykładu w ostatnim meczu rzuciłem 21 punktów i zebrałem 8 piłek. Teraz mam czas na aklimatyzację w Anwilu i takie treningi, które pozwolą mi pozostać w formie. Na pewno po przerwie będę chciał dać z siebie wszystko.

Czy uważasz, że polski paszport nada jeszcze tempa twojej karierze?

- Dla mnie to nie tylko dokument. Fakt, że mogę grać jako Polak dodaje mi pozytywnej energii. Teraz mam w sobie jeszcze więcej zapału, żeby pokazać się z dobrej strony.

A czujesz się Polakiem?

- Spędziłem w Polsce kilka lat i od początku starałem się uczyć polskiej kultury i języka. Są zawodnicy, którzy przyjeżdżają do klubu tylko po to, żeby zarobić pieniądze i nic poza tym ich nie interesuje. Ja do nich nie należę. Czuję się prawie jak Polak i utożsamiam się z Anwilem.

A jak to się stało, że mimo długiej nieobecności w naszym kraju nie zapomniałeś naszego języka? Mówisz świetnie po polsku.

- Dziękuję. Zabrałem do Bośni słownik polsko – chorwacki i często do niego zaglądałem, żeby wszystko sobie przypomnieć. Poza tym w telewizji satelitarnej oglądałem polskie programy, głównie „W11”. To była niezła szkoła…

Czego sobie życzysz na początku swojej drugiej przygody z Anwilem?

- Szczęścia na boisku i unikania kontuzji. Reszta się ułoży.