Seid Hajrić należy do tych koszykarzy, którzy zasadami fair play kierują się nie tylko na boisku, ale i poza nim. W najnowszym wywiadzie zdradza nam, że uczynił wszystko, żeby negocjacje z Anwilem szybko zakończyły się podpisaniem kontraktu: - Od początku wiedziałem, że się dogadam z Anwilem. Nie widzę dla siebie żadnej innej drużyny.-
Seid Hajrić należy do tych koszykarzy, którzy zasadami fair play kierują się nie tylko na boisku, ale i poza nim. W najnowszym wywiadzie zdradza nam, że uczynił wszystko, żeby negocjacje z Anwilem szybko zakończyły się podpisaniem kontraktu: - Od początku wiedziałem, że się dogadam z Anwilem. Nie widzę dla siebie żadnej innej drużyny.-
Czy fakt, że jesteś pierwszym i jak na razie jedynym koszykarzem z ubiegłorocznego składu, który podpisał kolejny kontrakt z Anwilem sprawia ci jakąś szczególną satysfakcję?
Seid Hajrić: Jestem z tego dumny. Myślę, że jestem właściwym człowiekiem we właściwym miejscu. Grałem już w różnych klubach i nigdzie nie czułem się tak dobrze jak w Anwilu. Tutaj jest świetna atmosfera. Klub bardzo dba o koszykarzy, a basket jest najpopularniejszą, a właściwie jedyną, dyscypliną w mieście. Poza tym, granie w Anwilu to prestiż. Odkąd pamiętam, gdy występujemy na wyjeździe, to tamtejsi kibice chętnie przychodzą na mecz, bo rywalizacja z rottweilerami jest szczególna. Każdy chce nas pokonać i traktuje te mecze wyjątkowo. Tak było i nadal tak jest.
Miałeś jakieś wyjście awaryjne, gdyby Anwil nie był zainteresowany twoją osobą?
- Propozycje na pewno by się pojawiły, bo miałem sygnały o tym świadczące. Ja jednak w ogólne nie zwracałem na nie uwagi, bo od początku wiedziałem, że chcę zostać we Włocławku. Może źle robię, ale nie potrafię podejść do tego biznesowo. Nie mydlę nikomu oczu, że mam inne opcje. Gdy widzę, że chce mnie trener, prezes i że ja też chcę tu grać, to nie stosuję żadnych sztuczek. Od początku wiedziałem, że się dogadam z Anwilem. Nie widzę dla siebie żadnej innej drużyny.
No właśnie, już wcześniej wspomniałeś o tym, że najważniejsze dla ciebie jest to, że znalazłeś uznanie w oczach trenera…
- To podstawa. Jeżeli trener mnie chce, to dodaje mi pewności siebie. Chciałbym w tym miejscu obiecać mu, że odwdzięczę się za to zaufanie w trakcie sezonu. Może na mnie liczyć, nie zawiodę.
Najwyraźniej szybko podpisany kontrakt dodał ci pewności siebie.
- Trener Adomaitis wie, że mogę wiele dać drużynie. Zresztą, pokazałem to grając przeciw jego zespołowi w ubiegłym sezonie. Zawsze rzucałem mu sporo punktów i zbierałem ważne piłki. Dałem mu się we znaki… (śmiech)
Jak myślisz, które twoje atuty najbardziej przydadzą się trenerowi?
- Myślę, że ten szkoleniowiec doskonale mnie zna i sam będzie najlepiej wiedział jak mnie ustawiać. Najbardziej lubię grę blisko kosza, w kontakcie z rywalem. Nie boję się twardej walki na łokcie i mięśnie. Okej, potrafię zdobyć punkty z dystansu, ale uważam, że od tego są inni. Moim zadaniem jest zrobić im trochę miejsca.
Będziesz w pełni sił i zdrowia od początku przygotowań do sezonu?
- Można powiedzieć, że już jestem. Przechodzę ostatnie zabiegi rehabilitacyjne i już mógłbym trenować. Zresztą, chodzę na siłownię, ćwiczę. Trzy dni pracuję i jeden odpoczywam. Po kontuzji nie ma już śladu.
Czy z perspektywy czasu uważasz, że popełniłeś błąd prosząc o wpuszczenie cię z powrotem na parkiet w pierwszym meczu ćwierćfinałowym, mimo że czułeś ból? Czy gdyby nie twój pech Anwil awansowałby do półfinału?
- Byliśmy w trudnej sytuacji, a ja czułem się w gazie. Mimo, że wiedziałem, że z moją kostką jest coś nie tak, to postanowiłem pomóc drużynie. Udało się wygrać, ale stan mojego więzadła najdelikatniej mówiąc nie poprawił się. A jeśli chodzi o drugą część pytania, to przytoczę tylko to, co powiedział mi John Allen: „z tobą w składzie jesteśmy w stanie wygrać każdy mecz”. Rzeczywiście drużyna chyba lubiła grać ze mną, bo zawsze starałem się robić wszystko pod jej dyktando. Może gdyby nie ta kontuzja sezon trwałby dla nas dłużej…
Seid Hajrić: Jestem z tego dumny. Myślę, że jestem właściwym człowiekiem we właściwym miejscu. Grałem już w różnych klubach i nigdzie nie czułem się tak dobrze jak w Anwilu. Tutaj jest świetna atmosfera. Klub bardzo dba o koszykarzy, a basket jest najpopularniejszą, a właściwie jedyną, dyscypliną w mieście. Poza tym, granie w Anwilu to prestiż. Odkąd pamiętam, gdy występujemy na wyjeździe, to tamtejsi kibice chętnie przychodzą na mecz, bo rywalizacja z rottweilerami jest szczególna. Każdy chce nas pokonać i traktuje te mecze wyjątkowo. Tak było i nadal tak jest.
Miałeś jakieś wyjście awaryjne, gdyby Anwil nie był zainteresowany twoją osobą?
- Propozycje na pewno by się pojawiły, bo miałem sygnały o tym świadczące. Ja jednak w ogólne nie zwracałem na nie uwagi, bo od początku wiedziałem, że chcę zostać we Włocławku. Może źle robię, ale nie potrafię podejść do tego biznesowo. Nie mydlę nikomu oczu, że mam inne opcje. Gdy widzę, że chce mnie trener, prezes i że ja też chcę tu grać, to nie stosuję żadnych sztuczek. Od początku wiedziałem, że się dogadam z Anwilem. Nie widzę dla siebie żadnej innej drużyny.
No właśnie, już wcześniej wspomniałeś o tym, że najważniejsze dla ciebie jest to, że znalazłeś uznanie w oczach trenera…
- To podstawa. Jeżeli trener mnie chce, to dodaje mi pewności siebie. Chciałbym w tym miejscu obiecać mu, że odwdzięczę się za to zaufanie w trakcie sezonu. Może na mnie liczyć, nie zawiodę.
Najwyraźniej szybko podpisany kontrakt dodał ci pewności siebie.
- Trener Adomaitis wie, że mogę wiele dać drużynie. Zresztą, pokazałem to grając przeciw jego zespołowi w ubiegłym sezonie. Zawsze rzucałem mu sporo punktów i zbierałem ważne piłki. Dałem mu się we znaki… (śmiech)
Jak myślisz, które twoje atuty najbardziej przydadzą się trenerowi?
- Myślę, że ten szkoleniowiec doskonale mnie zna i sam będzie najlepiej wiedział jak mnie ustawiać. Najbardziej lubię grę blisko kosza, w kontakcie z rywalem. Nie boję się twardej walki na łokcie i mięśnie. Okej, potrafię zdobyć punkty z dystansu, ale uważam, że od tego są inni. Moim zadaniem jest zrobić im trochę miejsca.
Będziesz w pełni sił i zdrowia od początku przygotowań do sezonu?
- Można powiedzieć, że już jestem. Przechodzę ostatnie zabiegi rehabilitacyjne i już mógłbym trenować. Zresztą, chodzę na siłownię, ćwiczę. Trzy dni pracuję i jeden odpoczywam. Po kontuzji nie ma już śladu.
Czy z perspektywy czasu uważasz, że popełniłeś błąd prosząc o wpuszczenie cię z powrotem na parkiet w pierwszym meczu ćwierćfinałowym, mimo że czułeś ból? Czy gdyby nie twój pech Anwil awansowałby do półfinału?
- Byliśmy w trudnej sytuacji, a ja czułem się w gazie. Mimo, że wiedziałem, że z moją kostką jest coś nie tak, to postanowiłem pomóc drużynie. Udało się wygrać, ale stan mojego więzadła najdelikatniej mówiąc nie poprawił się. A jeśli chodzi o drugą część pytania, to przytoczę tylko to, co powiedział mi John Allen: „z tobą w składzie jesteśmy w stanie wygrać każdy mecz”. Rzeczywiście drużyna chyba lubiła grać ze mną, bo zawsze starałem się robić wszystko pod jej dyktando. Może gdyby nie ta kontuzja sezon trwałby dla nas dłużej…
A co słychać u twojego największego przyjaciela z ubiegłego sezonu, Dardana Berishy?
- Kompletnie straciłem z nim kontakt. Nie odzywa się, nie wiem gdzie teraz jest i co robi. Szkoda takich sytuacji, gdy przez 10 miesięcy spędzasz z kimś dużo czasu, a później nagle nie masz od niego żadnych wieści.
Jest coś, co chciałbyś poprawić w swojej grze, żeby być jeszcze bardziej kompletnym koszykarzem?
- Chciałbym na przykład mocniej uwierzyć w siebie i podejmować lepsze decyzje na boisku. W minionym sezonie zdarzało się, że powinienem sam kończyć akcje, a mimo to oddawałem piłki kolegom. Myślę, że mogłem w większej mierze brać ciężar gry na siebie. Jeśli trener też tak uzna, to właśnie to będę chciał poprawić.
Podczas swojej pierwszej przygody z Anwilem zdobyłeś dwa srebrne medale więc wiesz jak smakują sukcesy. Co zrobić, żeby przyszły kolejne?
- Zacznę od tego, że obydwa te trofea i Puchar Polski cały czas zajmują zaszczytne miejsce w moim domu. Gdy wracam do Bośni, to patrzę na nie z dumą. Jak nietrudno zauważyć, brakuje mi już tylko brązu i złota. Dlatego właśnie podpisałem kontrakt na trzy lata, żeby dać sobie szansę wywalczenia tych dwóch medali. Jak sobie pomyślę, jaka euforia by zapanowała we Włocławku gdybyśmy byli najlepsi w kraju, to aż ciarki przechodzą mi po plecach. Mam dwa mistrzostwa wywalczone z drużyną Bosna Sarajewo i wiem jak smakuje wygrana. Takie coś przydałoby się znów tutaj, na Kujawach. Byłoby pięknie…
Czy fakt, że zaproponowano ci trzyletni kontrakt miał duże znaczenie przy podejmowaniu decyzji o jego podpisaniu?
- Tak, to daje mi pewną stabilizację. Jestem z niej bardzo zadowolony i mam nadzieję, że wypełnię go do końca. Gdy już zdobędę wszystkie możliwe tytuły z Anwilem będę mógł iść na sportową emeryturę.
Trzy lata to też wystarczająco długo, by założyć rodzinę, zbudować dom…
- Mam taki charakter, że do spraw sercowych podchodzę spontanicznie. Na pewno nie będę planował, że muszę w tym czasie poznać kogoś, z kim zwiążę się na całe życie. A jeśli już tak się stanie, to będzie super. I wtedy na pewno wybudowałbym tu dom.
Za kilka dni wrócisz na miesiąc do rodzinnego domu w Bośni. Kto tam na ciebie czeka?
- Czekają mama i brat. Bart pracuje w Słowenii, ale teraz ma urlop i brakuje tylko mnie. Nie mogę się doczekać na to spotkanie, bo nie byłem w domu przez długi rok.
Jak będzie wyglądało to wasze spotkanie?
- Na początku na pewno popłyną łzy. Nie ma co ukrywać. Później będziemy rozmawiać godzinami, a nawet dniami i nocami. Każdy opowie co się u niego zmieniło, co przeżył przez ostatnich dwanaście miesięcy. Mama przygotuje tradycyjne bałkańskie potrawy i będziemy ucztować. Gdy już się sobą nacieszymy przyjedzie pora odgrzać stare znajomości. Wysłałem swoim przyjaciołom kalendarze Anwilu na 2012 rok i niektórzy mówią, że czerwiec wisi u nich od sześciu miesięcy. Teraz będą mieli okazję zobaczyć się ze mną na żywo. Ten miesiąc w Bośni na pewno minie mi niebywale szybko.
Czy spotykając się w rodzinnym gronie ty masz najwięcej do powiedzenia? Jesteś sportowcem, twoja profesja jest najciekawsza…
- Oj nie. Mama ma zawsze pierwszeństwo do opowiadania i wypytywania nas. Ona jest najważniejsza. A ja jestem najmłodszy w rodzinie i mimo, że bardzo mnie rozpieściła, to słucham się jej jak dziecko. Tak jak trenera w zespole.
- Kompletnie straciłem z nim kontakt. Nie odzywa się, nie wiem gdzie teraz jest i co robi. Szkoda takich sytuacji, gdy przez 10 miesięcy spędzasz z kimś dużo czasu, a później nagle nie masz od niego żadnych wieści.
Jest coś, co chciałbyś poprawić w swojej grze, żeby być jeszcze bardziej kompletnym koszykarzem?
- Chciałbym na przykład mocniej uwierzyć w siebie i podejmować lepsze decyzje na boisku. W minionym sezonie zdarzało się, że powinienem sam kończyć akcje, a mimo to oddawałem piłki kolegom. Myślę, że mogłem w większej mierze brać ciężar gry na siebie. Jeśli trener też tak uzna, to właśnie to będę chciał poprawić.
Podczas swojej pierwszej przygody z Anwilem zdobyłeś dwa srebrne medale więc wiesz jak smakują sukcesy. Co zrobić, żeby przyszły kolejne?
- Zacznę od tego, że obydwa te trofea i Puchar Polski cały czas zajmują zaszczytne miejsce w moim domu. Gdy wracam do Bośni, to patrzę na nie z dumą. Jak nietrudno zauważyć, brakuje mi już tylko brązu i złota. Dlatego właśnie podpisałem kontrakt na trzy lata, żeby dać sobie szansę wywalczenia tych dwóch medali. Jak sobie pomyślę, jaka euforia by zapanowała we Włocławku gdybyśmy byli najlepsi w kraju, to aż ciarki przechodzą mi po plecach. Mam dwa mistrzostwa wywalczone z drużyną Bosna Sarajewo i wiem jak smakuje wygrana. Takie coś przydałoby się znów tutaj, na Kujawach. Byłoby pięknie…
Czy fakt, że zaproponowano ci trzyletni kontrakt miał duże znaczenie przy podejmowaniu decyzji o jego podpisaniu?
- Tak, to daje mi pewną stabilizację. Jestem z niej bardzo zadowolony i mam nadzieję, że wypełnię go do końca. Gdy już zdobędę wszystkie możliwe tytuły z Anwilem będę mógł iść na sportową emeryturę.
Trzy lata to też wystarczająco długo, by założyć rodzinę, zbudować dom…
- Mam taki charakter, że do spraw sercowych podchodzę spontanicznie. Na pewno nie będę planował, że muszę w tym czasie poznać kogoś, z kim zwiążę się na całe życie. A jeśli już tak się stanie, to będzie super. I wtedy na pewno wybudowałbym tu dom.
Za kilka dni wrócisz na miesiąc do rodzinnego domu w Bośni. Kto tam na ciebie czeka?
- Czekają mama i brat. Bart pracuje w Słowenii, ale teraz ma urlop i brakuje tylko mnie. Nie mogę się doczekać na to spotkanie, bo nie byłem w domu przez długi rok.
Jak będzie wyglądało to wasze spotkanie?
- Na początku na pewno popłyną łzy. Nie ma co ukrywać. Później będziemy rozmawiać godzinami, a nawet dniami i nocami. Każdy opowie co się u niego zmieniło, co przeżył przez ostatnich dwanaście miesięcy. Mama przygotuje tradycyjne bałkańskie potrawy i będziemy ucztować. Gdy już się sobą nacieszymy przyjedzie pora odgrzać stare znajomości. Wysłałem swoim przyjaciołom kalendarze Anwilu na 2012 rok i niektórzy mówią, że czerwiec wisi u nich od sześciu miesięcy. Teraz będą mieli okazję zobaczyć się ze mną na żywo. Ten miesiąc w Bośni na pewno minie mi niebywale szybko.
Czy spotykając się w rodzinnym gronie ty masz najwięcej do powiedzenia? Jesteś sportowcem, twoja profesja jest najciekawsza…
- Oj nie. Mama ma zawsze pierwszeństwo do opowiadania i wypytywania nas. Ona jest najważniejsza. A ja jestem najmłodszy w rodzinie i mimo, że bardzo mnie rozpieściła, to słucham się jej jak dziecko. Tak jak trenera w zespole.