Seid Hajrić był jednym z najlepszych obrońców Anwilu w ostatnich meczach. Nie uchronił on jednak swojego zespołu od porażki w ćwierćfinale play-off z Treflem. - Przez dwa mecze w Hali Mistrzów, w których Filip Dylewicz szalał na parkiecie rzucił mi zero punktów! Aťałuję, że to nie ja pilnowałem go od początku dogrywki - mówi po porażce z Treflem Sopot skrzydłowy Anwilu Seid Hajrić.
Seid Hajrić był jednym z najlepszych obrońców Anwilu w ostatnich meczach. Nie uchronił on jednak swojego zespołu od porażki w ćwierćfinale play-off z Treflem. - Przez dwa mecze w Hali Mistrzów, w których Filip Dylewicz szalał na parkiecie rzucił mi zero punktów! Aťałuję, że to nie ja pilnowałem go od początku dogrywki - mówi po porażce z Treflem Sopot skrzydłowy Anwilu Seid Hajrić.
Jacek Seklecki: Po tym zwycięstwie w Sopocie na pewno nie tak wyobrażaliście sobie te dwa mecze we własnej hali.
Seid Hajrić: Wszyscy podchodziliśmy do tego tak, że to nie Trefl zakończy całą ćwierćfinałową serię w Hali Mistrzów, tylko my. Obie drużyny walczyły o te wygrane z całych sił i tak naprawdę o tym wyniku zadecydowało w dużej mierze szczęście.
Z czego wynikała wasza słaba postawa w dogrywkach? Obie wyraźnie przegraliście.
- Na pewno naszym dużym błędem było to, że nie wykorzystaliśmy faktu czterech przewinień u kilku zawodników Trefla. Był moment, że gdybyśmy ich wyeliminowali to mieliby problem. Tego jednak nie dokonaliśmy. Dodatkowo, a co wiąże się z powyższym, nie graliśmy na faul. Po każdym przewinieniu przeciwnika zyskalibyśmy także rzuty wolne. Każdy próbował rzucać, a nie zawsze wpadało. Nie trzymaliśmy się wytycznych trenera i to miało spory wpływ na porażkę.
Nie żałował Pan, że nie mógł od początku dogrywki pilnować Filipa Dylewicza? Paulowi Millerowi skrzydłowy Trefla rzucił osiem punktów. Gdy zmienił Pan Amerykanina Dylewicz już nie punktował.
- Przez dwa mecze w Hali Mistrzów, w których Filip Dylewicz szalał na parkiecie rzucił mi zero punktów! Aťałuję, że to nie ja pilnowałem go od początku dogrywki. Była to oczywiście decyzja trenera i z nią się nie dyskutuje, szkoda jednak, że punkty Dylewicza pozwoliły Treflowi zbudować przewagę, której nie daliśmy już rady odrobić.
Znów pudłowaliście rzuty za trzy. We wtorek trafiliście dwa na 20, dziś do przerwy jeden na 10, a skończyło się na skuteczności 30 procent.
- Ciężko o tym teraz dyskutować. To już jest gra w play-off, tutaj nie ma łatwych pozycji, że stajesz sobie i rzucasz. To jest zupełnie coś innego. Wiesz, że każdy mecz jest o wielką stawkę, co dodatkowo powoduje większą adrenalinę i większą presję. Było nerwowo, wiedzieliśmy, że przegrywamy w serii 1-2 i że Trefl już raz w tej rywalizacji pokonał nas w naszej hali i staliśmy pod ścianą. Zrobili to, co do nich należało. Tak samo jak my w Sopocie.
W szatni wszyscy na pewno załamani, bowiem sezon właśnie się dla was skończył.
- Pewnie, że szkoda. Zamiast dalej bić się o najwyższe cele właściwie z dnia na dzień kończy się to wszystko. Ciężko będzie zapomnieć, ale w tej chwili chyba tylko to musimy zrobić. Powoli zapominać już o tym co się stało i za kilka tygodni, po odpoczynku, wrócić do trenowania i zacząć przygotowywać się do kolejnych rozgrywek.
Seid Hajrić: Wszyscy podchodziliśmy do tego tak, że to nie Trefl zakończy całą ćwierćfinałową serię w Hali Mistrzów, tylko my. Obie drużyny walczyły o te wygrane z całych sił i tak naprawdę o tym wyniku zadecydowało w dużej mierze szczęście.
Z czego wynikała wasza słaba postawa w dogrywkach? Obie wyraźnie przegraliście.
- Na pewno naszym dużym błędem było to, że nie wykorzystaliśmy faktu czterech przewinień u kilku zawodników Trefla. Był moment, że gdybyśmy ich wyeliminowali to mieliby problem. Tego jednak nie dokonaliśmy. Dodatkowo, a co wiąże się z powyższym, nie graliśmy na faul. Po każdym przewinieniu przeciwnika zyskalibyśmy także rzuty wolne. Każdy próbował rzucać, a nie zawsze wpadało. Nie trzymaliśmy się wytycznych trenera i to miało spory wpływ na porażkę.
Nie żałował Pan, że nie mógł od początku dogrywki pilnować Filipa Dylewicza? Paulowi Millerowi skrzydłowy Trefla rzucił osiem punktów. Gdy zmienił Pan Amerykanina Dylewicz już nie punktował.
- Przez dwa mecze w Hali Mistrzów, w których Filip Dylewicz szalał na parkiecie rzucił mi zero punktów! Aťałuję, że to nie ja pilnowałem go od początku dogrywki. Była to oczywiście decyzja trenera i z nią się nie dyskutuje, szkoda jednak, że punkty Dylewicza pozwoliły Treflowi zbudować przewagę, której nie daliśmy już rady odrobić.
Znów pudłowaliście rzuty za trzy. We wtorek trafiliście dwa na 20, dziś do przerwy jeden na 10, a skończyło się na skuteczności 30 procent.
- Ciężko o tym teraz dyskutować. To już jest gra w play-off, tutaj nie ma łatwych pozycji, że stajesz sobie i rzucasz. To jest zupełnie coś innego. Wiesz, że każdy mecz jest o wielką stawkę, co dodatkowo powoduje większą adrenalinę i większą presję. Było nerwowo, wiedzieliśmy, że przegrywamy w serii 1-2 i że Trefl już raz w tej rywalizacji pokonał nas w naszej hali i staliśmy pod ścianą. Zrobili to, co do nich należało. Tak samo jak my w Sopocie.
W szatni wszyscy na pewno załamani, bowiem sezon właśnie się dla was skończył.
- Pewnie, że szkoda. Zamiast dalej bić się o najwyższe cele właściwie z dnia na dzień kończy się to wszystko. Ciężko będzie zapomnieć, ale w tej chwili chyba tylko to musimy zrobić. Powoli zapominać już o tym co się stało i za kilka tygodni, po odpoczynku, wrócić do trenowania i zacząć przygotowywać się do kolejnych rozgrywek.