- Jestem zawodnikiem bardzo angażującym się w losy swojej drużyny. Jak jej nie idzie, albo na parkiecie ktoś używa przeciw niej nieczystych zagrań, to ja mu po prostu odpłacam tym samym, tylko że ze zdwojoną siłą mówi Robert Tomaszek, nowy środkowy Anwilu Włocławek. Zapraszamy do lektury wywiadu.
- Jestem zawodnikiem bardzo angażującym się w losy swojej drużyny. Jak jej nie idzie, albo na parkiecie ktoś używa przeciw niej nieczystych zagrań, to ja mu po prostu odpłacam tym samym, tylko że ze zdwojoną siłą – mówi Robert Tomaszek, nowy środkowy Anwilu Włocławek. Zapraszamy do lektury wywiadu.
Bolą cię już kości?
Robert Tomaszek: Nie, absolutnie. Po to mam takie mięśnie, żeby chroniły moje kości. A czemu pytasz?
Bo masz już 34-lata, kawał życia grasz w koszykówkę, w której - nie ukrywajmy – bazujesz na sile, a nie na wirtuozerii…
- W takim razie powiem ci, że jak na polską ligę mam w sobie wystarczająco dużo siły, żeby ją pokazać niejednemu młodemu! W tym sezonie i w następnym na pewno też. Nie zamierzam jeszcze odchodzić na emeryturę.
Tylko, że w ostatnio w Polsce z sezonu na sezon grasz coraz krócej. A co jeśli w Anwilu trener powie, że potrzebuje cię dłużej na parkiecie?
- Będę gotowy. Przyznam, że w to lato staram się przygotować lepiej kondycyjnie niż we wcześniejszych sezonach. To nie jest łatwe, bo ja wychodząc na parkiet gram na maksimum swojej mobilizacji, zapału i energii. Wypruwam sobie żyły dla zespołu, co może czasem jest mało widoczne w statystykach, ale bardzo ważne dla trenera. Rozmawiałem z naszym szkoleniowcem i obiecałem mu, że będę gotowy na każdą ilość minut, jakie da mi na parkiecie. Muszę dotrzymać słowa.
„Podkoszowy rębajło” – tak określił ciebie kiedyś dziennikarz Przeglądu Sportowego. Przybiłbyś mu za to piątkę, czy raczej złamał rękę?
- Na pewno nikomu nie zrobiłbym krzywdy, choć takie opinie są dla mnie trochę niesprawiedliwe. Jestem zawodnikiem bardzo angażującym się w losy swojej drużyny. Jak jej nie idzie, albo na parkiecie ktoś używa przeciw niej nieczystych zagrań, to ja mu po prostu odpłacam tym samym, tylko że ze zdwojoną siłą. Tego nauczył mnie Boby Knight, to mi weszło w krew i tego będę się trzymał do końca kariery [Bob Knight – legendarny trener NCAA, „wychowawca” m.in. Mikea Krzyzewskiego – przyp. ŁP].
Tę pasję i zaciętość widać w twojej grze. Jak się mobilizujesz?
- Nie muszę się mobilizować, mam to w sobie. Od małego musiałem walczyć o swoje. Nikt mi niczego nie podarował, nikt mi życia nie ułatwiał. A to w szkole w Niemczech musiałem się stawiać, bo mnie wyzywali od „Polaczków”, a to później w Ameryce byłem obcym – Niemcem. Takie sytuacje ciągnęły się za mną przez całe życie i sprawiły, że nie mam problemu z zaciśnięciem zębów i udowadnianiem po raz kolejny, że jestem wartościowym człowiekiem i koszykarzem. I jeszcze jedno: nie biorę sobie do serca złośliwości. Jak grałem w Śląsku Wrocław to niektórzy zaglądali w statystyki i kręcili głowami. Patrzyli na cyferki i nie pamiętali, że jak wszedłem na parkiet było minus piętnaście punktów, a jak schodziłem remis. Oni woleliby, gdybym miał na koncie dziesięć punktów, a ja wolałem oddać pod koszem piłkę koledze, żeby poczuł się pewniej i w następnej akcji też „przyłożył” rywalowi.
W ubiegłym sezonie przez długi czas grałeś z Robertem Skibniewskim, który będzie rozgrywał piłkę w Anwilu. Jak wam się współpracowało?
- Super. To jest zawodnik, który mądrze gra, „skanuje” boisko, widzi kto jest otwarty i potrafi mu dostarczyć piłkę. Takich playmakerów trzeba doceniać i układać zespół pod nich. Jak dobierze się im partnerów, to są nie do zatrzymania. Chyba tego właściwego doboru zabrakło nam troszkę w minionym sezonie…
Dla centra nie ma niczego ważniejszego niż dobra współpraca z rozgrywającym?
- Trafiłeś w samo sedno. Jak „jedynka” da przez cały mecz jedno albo dwa podania do środkowego, to jak tu robić punkty spod kosza…? Mogę powiedzieć, że ja chociaż dużo nie punktowałem, to jednak znacznie częściej robiłem to, gdy grałem na boisku z Robertem niż z innymi rozgrywającymi.
Przejdźmy do życia prywatnego. Jak spędzasz wakacje?
- Pierwsze tygodnie spędziłem odwiedzając rodzinę w Polsce i w Niemczech. Kiedy wróciłem z urlopu to już wiadomo – praca nad kondycją i dieta. Jestem typem gracza, który musi uważać na wagę.
Jak lubisz spędzać wolny czas?
- Lubię prosty relaks. Aťadnych obowiązków, terminów, rachunków, biznesów. Takie rzeczy są na co dzień w trakcie sezonu. Jak mam wolny czas w wakacje, to wszystkie te sprawy staram się odłożyć na bok.
Przez długi czas mieliśmy w Anwilu Seida Hajricia, o którym mówiło się, że jest wielkim siłaczem. Czy to prawda i czy jesteś gotowy wziąć na siebie tę jego rolę?
- Potwierdzam, że Seid jest jednym z najsilniejszych graczy w lidze, ale zawsze cieszyłem się na pojedynki z nim. Sędziowie zwykle pozwalali nam trochę się „pomasować” i wychodziła z tego fajna, męska gra. A czy potrafię go zastąpić? Na pewno nie boję się stawiania zasłon, rolowania, twardej gry dla dobra zespołu. Jeśli o taką rolę chodzi, to jestem gotowy, ale jak to wyjdzie kibice sami ocenią.
A tatuaż? Masz sporo miejsca na bicepsie, żeby zasiadł tam konkretny rottweiler.
- Wybacz, nie planuję…
Przychodzisz do Anwilu ze Śląska Wrocław, masz też za sobą żarty z rottweilerów. Będziesz musiał się podwójnie sprężyć, żeby zyskać sympatię kibiców.
- Nie walczę o sympatię kibiców, tylko o to, żeby moja drużyna wygrywała. Jak ktoś będzie potrafił docenić moje zaangażowanie to super, jak nie to trudno. Serce będę zostawiał na boisku bez względu na okoliczności.