- Na boisku nie ma miejsca dla bezmyślnego mięsa, trzeba się skoncentrować. Recepta jest prosta: graj agresywnie, ale też mądrze i rozsądnie, szczególnie w obronie - wyjawia tajemnicę swojej niespożytej energii pod koszem, Rashard Sullivan.
- Na boisku nie ma miejsca dla bezmyślnego mięsa, trzeba się skoncentrować. Recepta jest prosta: graj agresywnie, ale też mądrze i rozsądnie, szczególnie w obronie - wyjawia tajemnicę swojej niespożytej energii pod koszem, Rashard Sullivan.
Po pięciu kolejkach Polskiej Ligi Koszykówki można już chyba pokusić się o pierwsze oceny jej poziomu?
Styl gry w polskiej lidze właściwie mnie nie zaskoczył. To są typowe, europejskie rozgrywki. Pewnie wszyscy wiedzą, że wcześniej grałem w Niemczech i Francji, więc miałem okazję przyzwyczaić się do tego, że w Europie gra się bardzo agresywnie. Nazywamy to „grą zorientowaną na wynik”, czyli polegającą na tym, że wkładamy wszystkie siły w to, żeby na koniec meczu mieć choćby jedno oczko więcej.
Ale to jest chyba styl, który lubisz. Trener Igor Griszczuk mówił, że na campie, na którym cię wypatrzył, grało się tak, że aż trzeszczały kości, a ty w tej walce brylowałeś…
Lubię twardą, fizyczną grę, ale pamiętam też, że nigdy nie należy przesadzać. Jak stracisz głowę i bazujesz tylko na agresji i sile, to szybko łapiesz faule i siadasz na ławkę. Oczywiście, chciałbym i mógłbym grać agresywniej, ale sędziowie na to nie pozwalają. Na boisku nie ma miejsca dla bezmyślnego mięsa, trzeba się skoncentrować. Recepta jest więc prosta: graj agresywnie, ale też mądrze i rozsądnie, szczególnie w obronie.
Która liga jest silniejsza: druga francuska czy polska ekstraklasa?
Trudno powiedzieć. We Francji dużo więcej zależało ode mnie. Spędzałem na boisku więcej minut i bardziej decydowałem o wyniku. Wyrobiłem więc sobie dobre zdanie o tamtych rozgrywkach. Jeszcze do końca nie poznałem polskiej ligi, więc nie chcę jej porównywać. Jednak, nie mam wątpliwości, że Polacy mogą być zadowoleni ze swoich rozgrywek. Ich poziom jest całkiem niezły.
Rezultat 5:0 na starcie zmagań ligowych to najlepszy wynik Anwilu od pięciu lat. Spodziewaliście się, że tak dobrze wejdziecie w sezon?
Powiem szczerze, że nie. Zwłaszcza po turnieju rozgrywanym w naszej hali. Przegraliśmy wtedy dwa pierwsze mecze i wydawało nam się, że będziemy mieli większe problemy w lidze. Przecież pokonał nas wtedy zespół z Sopotu, z którym mieliśmy grać już w drugiej kolejce, a także z Poznania, do którego jechaliśmy po kolejnych kilku dniach. Obawialiśmy się tych meczów, ale, na szczęście, wszystko dobrze się skończyło.
Uważasz, że jest szansa, żeby dalej śrubować ten wynik?
Mam taką nadzieję. Jeśli będziemy grali mądrze i zespołowo, to czemu nie mielibyśmy odnosić kolejnych zwycięstw? To jest nasze pragnienie. Myślę, że mamy powody do optymizmu, ale oczywiście nie zakładamy, że ktokolwiek położy się przed nami tylko dlatego, że mamy bilans 5:0.
W takim razie, co sprawia, że wygrywacie?
Trudno powiedzieć. Zanotowaliśmy kilka meczów, w których osiągaliśmy dużą przewagę i po chwili ją niweczyliśmy. Mieliśmy plus dziesięć oczek i zamiast dobić przeciwnika, pozwalaliśmy mu wrócić do gry. Dlatego chyba jeszcze nie można powiedzieć, że jesteśmy bardzo dobrzy w jakimś elemencie. Gdyby tak było, to, wykorzystując go konsekwentnie, dowozilibyśmy bezpieczną przewagę do końca. Z drugiej strony, chyba jesteśmy nieźli, jeśli chodzi o momenty, kiedy przeciwnik nas dogania. Szybciej układamy grę i mamy mocniejsze nerwy. To jest plus.
Styl gry w polskiej lidze właściwie mnie nie zaskoczył. To są typowe, europejskie rozgrywki. Pewnie wszyscy wiedzą, że wcześniej grałem w Niemczech i Francji, więc miałem okazję przyzwyczaić się do tego, że w Europie gra się bardzo agresywnie. Nazywamy to „grą zorientowaną na wynik”, czyli polegającą na tym, że wkładamy wszystkie siły w to, żeby na koniec meczu mieć choćby jedno oczko więcej.
Ale to jest chyba styl, który lubisz. Trener Igor Griszczuk mówił, że na campie, na którym cię wypatrzył, grało się tak, że aż trzeszczały kości, a ty w tej walce brylowałeś…
Lubię twardą, fizyczną grę, ale pamiętam też, że nigdy nie należy przesadzać. Jak stracisz głowę i bazujesz tylko na agresji i sile, to szybko łapiesz faule i siadasz na ławkę. Oczywiście, chciałbym i mógłbym grać agresywniej, ale sędziowie na to nie pozwalają. Na boisku nie ma miejsca dla bezmyślnego mięsa, trzeba się skoncentrować. Recepta jest więc prosta: graj agresywnie, ale też mądrze i rozsądnie, szczególnie w obronie.
Która liga jest silniejsza: druga francuska czy polska ekstraklasa?
Trudno powiedzieć. We Francji dużo więcej zależało ode mnie. Spędzałem na boisku więcej minut i bardziej decydowałem o wyniku. Wyrobiłem więc sobie dobre zdanie o tamtych rozgrywkach. Jeszcze do końca nie poznałem polskiej ligi, więc nie chcę jej porównywać. Jednak, nie mam wątpliwości, że Polacy mogą być zadowoleni ze swoich rozgrywek. Ich poziom jest całkiem niezły.
Rezultat 5:0 na starcie zmagań ligowych to najlepszy wynik Anwilu od pięciu lat. Spodziewaliście się, że tak dobrze wejdziecie w sezon?
Powiem szczerze, że nie. Zwłaszcza po turnieju rozgrywanym w naszej hali. Przegraliśmy wtedy dwa pierwsze mecze i wydawało nam się, że będziemy mieli większe problemy w lidze. Przecież pokonał nas wtedy zespół z Sopotu, z którym mieliśmy grać już w drugiej kolejce, a także z Poznania, do którego jechaliśmy po kolejnych kilku dniach. Obawialiśmy się tych meczów, ale, na szczęście, wszystko dobrze się skończyło.
Uważasz, że jest szansa, żeby dalej śrubować ten wynik?
Mam taką nadzieję. Jeśli będziemy grali mądrze i zespołowo, to czemu nie mielibyśmy odnosić kolejnych zwycięstw? To jest nasze pragnienie. Myślę, że mamy powody do optymizmu, ale oczywiście nie zakładamy, że ktokolwiek położy się przed nami tylko dlatego, że mamy bilans 5:0.
W takim razie, co sprawia, że wygrywacie?
Trudno powiedzieć. Zanotowaliśmy kilka meczów, w których osiągaliśmy dużą przewagę i po chwili ją niweczyliśmy. Mieliśmy plus dziesięć oczek i zamiast dobić przeciwnika, pozwalaliśmy mu wrócić do gry. Dlatego chyba jeszcze nie można powiedzieć, że jesteśmy bardzo dobrzy w jakimś elemencie. Gdyby tak było, to, wykorzystując go konsekwentnie, dowozilibyśmy bezpieczną przewagę do końca. Z drugiej strony, chyba jesteśmy nieźli, jeśli chodzi o momenty, kiedy przeciwnik nas dogania. Szybciej układamy grę i mamy mocniejsze nerwy. To jest plus.
Rzuca się w oczy, że w każdy z dotychczasowych meczów wkładacie maksimum zaangażowania. Nie boicie się, że sił może wam starczyć tylko na pierwszą część sezonu?
Większość z nas gra profesjonalnie w koszykówkę co najmniej od kilku lat. Ja, Andrzej, Mujo, Alex, Nikola wiemy, jak należy się przygotować, żeby właściwie przejść cały sezon. Nie ma szans, żeby zabrakło nam sił. Poza tym, tak to już jest, że wygrywają tylko te zespoły, które dają z siebie wszystko w każdym kolejnym meczu. Turów Zgorzelec był wielkim faworytem, a ma już na swoim koncie dwie porażki. Być może zabrakło mu właśnie większego zaangażowania. Przecież teoretycznie ten zespół powinien być bardzo mocny.
A czy jesteś zadowolony z własnej postawy?
Hm, sam nie wiem…
Innymi słowy, czy po meczu wracasz do domu, siadasz w fotelu i myślisz: stary, odwaliłeś kawał dobrej roboty?
Właściwie, to tak. Mam świadomość, że w tym czasie, gdy jestem na boisku, daję z siebie wszystko. Wychodzę z ławki, a i tak jestem w najlepszej dziesiątce zbierających w lidze. W tej chwili najważniejsze jest jednak, że wygrywa zespół. Ja mogę dawać kilka punktów albo zbiórek, a i tak będę szczęśliwy, że Anwil pokonuje kolejnych rywali. Chociaż nie ukrywam, że dążę do tego, żeby grać jak najwięcej i jak najlepiej dla drużyny.
A jaki jest powód tego, że w jednym meczu nie trafiasz ani razu do kosza, a w następnym jesteś najskuteczniejszym zawodnikiem Anwilu?
Każdy mecz jest inny. Przeciw Sportino nie zdobyłem ani jednego punktu, ale pozostali chłopacy spisali się świetnie w tym elemencie. Ja nawet nie miałem zbyt wielu okazji do rzutów. Z kolei, w ostatnim meczu kłopoty z faulami miał Alex i szybko musiał usiąść na ławce. Ja postarałem się go dobrze zastąpić i chyba mi się udało. Grałem skutecznie, a do tego byłem często faulowany. Trafiałem rzuty osobiste i w ten sposób moje konto punktowe szybko się powiększało. Zagrałem tak, jak tego oczekiwał ode mnie trener.
Fani uwielbiają akcje, które kończysz wsadami. Jest szansa, że pokażesz ich więcej w Hali Mistrzów?
Rzeczywiście, do tej pory częściej miałem okazję do wsadów w meczach wyjazdowych. Ja zawsze staram się kończyć akcje „z góry”. Jednak pięciu przeciwników nie przeskoczę. Jeśli są dobrze ustawieni w obronie, to nie ma szans…
Większość z nas gra profesjonalnie w koszykówkę co najmniej od kilku lat. Ja, Andrzej, Mujo, Alex, Nikola wiemy, jak należy się przygotować, żeby właściwie przejść cały sezon. Nie ma szans, żeby zabrakło nam sił. Poza tym, tak to już jest, że wygrywają tylko te zespoły, które dają z siebie wszystko w każdym kolejnym meczu. Turów Zgorzelec był wielkim faworytem, a ma już na swoim koncie dwie porażki. Być może zabrakło mu właśnie większego zaangażowania. Przecież teoretycznie ten zespół powinien być bardzo mocny.
A czy jesteś zadowolony z własnej postawy?
Hm, sam nie wiem…
Innymi słowy, czy po meczu wracasz do domu, siadasz w fotelu i myślisz: stary, odwaliłeś kawał dobrej roboty?
Właściwie, to tak. Mam świadomość, że w tym czasie, gdy jestem na boisku, daję z siebie wszystko. Wychodzę z ławki, a i tak jestem w najlepszej dziesiątce zbierających w lidze. W tej chwili najważniejsze jest jednak, że wygrywa zespół. Ja mogę dawać kilka punktów albo zbiórek, a i tak będę szczęśliwy, że Anwil pokonuje kolejnych rywali. Chociaż nie ukrywam, że dążę do tego, żeby grać jak najwięcej i jak najlepiej dla drużyny.
A jaki jest powód tego, że w jednym meczu nie trafiasz ani razu do kosza, a w następnym jesteś najskuteczniejszym zawodnikiem Anwilu?
Każdy mecz jest inny. Przeciw Sportino nie zdobyłem ani jednego punktu, ale pozostali chłopacy spisali się świetnie w tym elemencie. Ja nawet nie miałem zbyt wielu okazji do rzutów. Z kolei, w ostatnim meczu kłopoty z faulami miał Alex i szybko musiał usiąść na ławce. Ja postarałem się go dobrze zastąpić i chyba mi się udało. Grałem skutecznie, a do tego byłem często faulowany. Trafiałem rzuty osobiste i w ten sposób moje konto punktowe szybko się powiększało. Zagrałem tak, jak tego oczekiwał ode mnie trener.
Fani uwielbiają akcje, które kończysz wsadami. Jest szansa, że pokażesz ich więcej w Hali Mistrzów?
Rzeczywiście, do tej pory częściej miałem okazję do wsadów w meczach wyjazdowych. Ja zawsze staram się kończyć akcje „z góry”. Jednak pięciu przeciwników nie przeskoczę. Jeśli są dobrze ustawieni w obronie, to nie ma szans…
A co z dietą, do której przykładasz dużą wagę? Czy po wyszukanej francuskiej kuchni polubiłeś proste, polskie jedzenie?
Zarówno we Francji, jak i w Polsce gotowałem i gotuję sobie sam, więc jakiejś ogromnej różnicy nie widzę. Pizza Hut i KFC również nie różnią się na całym świecie, choć ja jadam tam dość rzadko. Staram się utrzymać wagę i nie mogę sobie pozwolić na obżarstwo. Jeśli chcę skakać tak samo wysoko i biegać tak samo szybko przez cały sezon, to niestety muszę stosować dietę. We Francji podobał mi się zwyczaj częstego jedzenia wspólnych posiłków z drużyną. Jedliśmy jeden duży obiad i kilka lżejszych dań w ciągu dnia. Liczyło się nie tylko jedzenie, ale również to, że była to okazja do wspólnego spędzania czasu.
Zauważyłeś jeszcze jakieś różnice między życiem we Francji i w Polsce?
Tak naprawdę, to we Włocławku nie mam zbyt wielu rzeczy do robienia poza koszykówką. Gdy wracam do domu po treningu, to mam czas tylko na jedzenie, odpoczynek i sen. Aťycie w Savoie było ciekawsze. Wszędzie miałem bardzo blisko i nawet kilka minut wolnego czasu mogłem wykorzystać, na przykład, na pójście do restauracji. Nie znaczy to jednak, że coś mi się we Włocławku nie podoba. Po prostu jest inaczej.
Interesujesz się NBA? Masz swoich faworytów na starcie jej rozgrywek?
Oczywiście, że się interesuję. Nie mam co prawda ulubionej drużyny, ale za to kibicuję Kevinowi Garnettowi. Dlatego, odkąd przeszedł do Boston Celtics, mam nadzieję, że ten zespół będzie wygrywał. Myślę, że w tym sezonie mają szansę na powrót do finału i mistrzostwo NBA. Zresztą, początek mają taki sam, jak Anwil!
A wiesz kto jest polskim rodzynkiem w NBA?
Wiem, Marcin Gortat. Widziałem kilka jego meczów w ubiegłym sezonie i tegoroczne mecze przedsezonowe, w których radził sobie nieźle. Ma talent i jest bardzo pracowity. Tacy zawodnicy robią karierę. Niestety, gra w jednej drużynie z Dwightem Howardem, a to sprawia, że nie ma szans na więcej minut na parkiecie. Może w przyszłości, w innym zespole, będzie miał więcej okazji do pokazania, co potrafi.
W NBA liczysz na mistrzostwo dla Boston Celtics, więc powiedz na koniec, kto będzie mistrzem Polski?
Oczywiście Anwil. To trudny cel, ale takie trzeba sobie wyznaczać.
Zarówno we Francji, jak i w Polsce gotowałem i gotuję sobie sam, więc jakiejś ogromnej różnicy nie widzę. Pizza Hut i KFC również nie różnią się na całym świecie, choć ja jadam tam dość rzadko. Staram się utrzymać wagę i nie mogę sobie pozwolić na obżarstwo. Jeśli chcę skakać tak samo wysoko i biegać tak samo szybko przez cały sezon, to niestety muszę stosować dietę. We Francji podobał mi się zwyczaj częstego jedzenia wspólnych posiłków z drużyną. Jedliśmy jeden duży obiad i kilka lżejszych dań w ciągu dnia. Liczyło się nie tylko jedzenie, ale również to, że była to okazja do wspólnego spędzania czasu.
Zauważyłeś jeszcze jakieś różnice między życiem we Francji i w Polsce?
Tak naprawdę, to we Włocławku nie mam zbyt wielu rzeczy do robienia poza koszykówką. Gdy wracam do domu po treningu, to mam czas tylko na jedzenie, odpoczynek i sen. Aťycie w Savoie było ciekawsze. Wszędzie miałem bardzo blisko i nawet kilka minut wolnego czasu mogłem wykorzystać, na przykład, na pójście do restauracji. Nie znaczy to jednak, że coś mi się we Włocławku nie podoba. Po prostu jest inaczej.
Interesujesz się NBA? Masz swoich faworytów na starcie jej rozgrywek?
Oczywiście, że się interesuję. Nie mam co prawda ulubionej drużyny, ale za to kibicuję Kevinowi Garnettowi. Dlatego, odkąd przeszedł do Boston Celtics, mam nadzieję, że ten zespół będzie wygrywał. Myślę, że w tym sezonie mają szansę na powrót do finału i mistrzostwo NBA. Zresztą, początek mają taki sam, jak Anwil!
A wiesz kto jest polskim rodzynkiem w NBA?
Wiem, Marcin Gortat. Widziałem kilka jego meczów w ubiegłym sezonie i tegoroczne mecze przedsezonowe, w których radził sobie nieźle. Ma talent i jest bardzo pracowity. Tacy zawodnicy robią karierę. Niestety, gra w jednej drużynie z Dwightem Howardem, a to sprawia, że nie ma szans na więcej minut na parkiecie. Może w przyszłości, w innym zespole, będzie miał więcej okazji do pokazania, co potrafi.
W NBA liczysz na mistrzostwo dla Boston Celtics, więc powiedz na koniec, kto będzie mistrzem Polski?
Oczywiście Anwil. To trudny cel, ale takie trzeba sobie wyznaczać.
Wywiad ukazał się w ostatnim numerze czasopisma "Nasz Anwil".