Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

R. Skibniewski: Potrzebuję impulsu

Wtorek, 13 Lipca 2010, 1:00, Michał Fałkowski

- Znam go z parkietu i wspominam jako wspaniałego koszykarza. Jeśli taki sam jest jako trener, to na pewno nasza współpraca będzie się świetnie układała. Już nie mogę się doczekać rozpoczęcia sezonu – tak o Igorze Griszczuku mówi najnowszy nabytek Anwilu, Robert Sibniewski. Zapraszamy do lektury wywiadu z polskim rozgrywającym.

- Znam go z parkietu i wspominam jako wspaniałego koszykarza. Jeśli taki sam jest jako trener, to na pewno nasza współpraca będzie się świetnie układała. Już nie mogę się doczekać rozpoczęcia sezonu – tak o Igorze Griszczuku mówi najnowszy nabytek Anwilu, Robert Sibniewski. Zapraszamy do lektury wywiadu z polskim rozgrywającym.
Witamy w Anwilu. Czy jako wychowanek Śląska Wrocław kiedykolwiek pomyślałeś, że przywdziejesz koszulkę włocławskiego klubu?

Robert Skibniewski – Szczerze mówiąc nigdy bym nie przypuszczał, że zagram w Anwilu. Dodam jednak od razu, że nigdy też nie przeszłoby mi przez myśl, że na koszykarskiej mapie Polski nie będzie Śląska. Aťycie pokazuje jednak, że wszystkie scenariusze są możliwe.

Z kim konsultowałeś swój wybór? Rozmawiałeś np. z Kamilem Chanasem?

- O Anwilu rozmawiałem z Radkiem Hyżym i Andrzejem Plutą. Oni mają duże doświadczenie i reklamowali mi klub z Włocławka, jako świetne miejsce do gry. Oczywiście o radę pytałem również rodzinę i tu również spotkałem się z samymi pozytywami.

Czy przełomowym sezonem w twojej karierze był 2002/2003, kiedy to na dobre wszedłeś do składu Śląska Wrocław, doświadczając nawet Euroligi?

- Ważny był też sezon 2001/2002, gdy trafiłem pod opiekę Andreja Urlepa. A tak w ogóle, to za moment przełomowy uważam czas, gdy stawiałem pierwsze kroki w Eurolidze przeciw Maccabi Tel Aviv. Tamten czas był rzeczywiście ważny dla mojego koszykarskiego rozwoju. W 2003 roku moja kariera koszykarska nabrała tempa.

Jeśli chodzi o wyniki nie był to jednak udany sezon, a wszystko przez Anwil Włocławek… Nasi juniorzy pokonali was w finale Mistrzostw Polski, a seniorzy odprawili 3:0 w półfinale. Jako młody, krewki chłopak pewnie pomyślałeś wtedy „nigdy nie zagram w Anwilu”!?

- Absolutnie nie. Nigdy nie miałem takich postanowień. W tym czasie mieliśmy już schyłek „świętej wojny” między Włocławkiem a Wrocławiem. Przynajmniej z mojego punktu widzenia tak to wyglądało. Najwięcej pikanterii miały pojedynki w małej hali OSiR, gdzie kibice wręcz przebywali na parkiecie. A w nowoczesnej Hali Mistrzów przegraliśmy po prostu z dobrym przeciwnikiem i nie mogłem mieć do nikogo żalu ani pretensji.

Uważasz, że umiejętnie pokierowałeś swoją karierą? Mimo, że nie notujesz oszałamiających statystyk, to zawsze okazujesz się ważnym ogniwem drużyn walczących o najwyższe ligowe cele…

- To bardzo trudne pytanie… [chwila zastanowienia – red.] Staram się nie rozmyślać nad tym co było, ale mogę powiedzieć, że w gruncie rzeczy każdą swoją decyzję uważam za słuszną. Nawet przejście do Turowa Zgorzelec, w którym nie dostawałem zbyt dużo grania wspominam bardzo dobrze. Przede wszystkim za sprawą Saso Filipovskiego, którego uważam za najlepszego trenera u jakiego do tej pory grałem. Przebija nawet Andreja Urlepa i dlatego tamten czas też wspominam pozytywnie. Zawsze walczyłem o wysokie cele, bo jeśli miałoby być inaczej, to lepiej grać na podwórku i nie zawracać głowy sobie i innym. Dlatego cieszę się z kontraktu z Anwilem, bo znów zapowiada się ciekawy sezon z walką o medale.

Gdy Śląsk Wrocław wycofał się z ligi przeniosłeś się do Prostejova i jak wielokrotnie podkreślałeś, uważasz ten ruch za bardzo udany. Naprawdę nie ma różnicy w poziomie sportowym między rozgrywkami w Polsce i u naszych południowych sąsiadów?

- Czeska liga ewoluuje w dobrym kierunku i pod pewnymi względami jest już lepsza od polskiej. Myślę na przykład o promocji rozgrywek. Chodzi o pokazywanie spotkań w telewizji i programy koszykarskie, których nie brakuje. W górę idzie również jej poziom sportowy. Przypomnę tylko, że na turnieju przedsezonowym w Poznaniu w minionym roku Prostejov pokonał Anwil. Oczywiście to był tylko sparing, ale pokazujący na pewno, że z koszykówką u Czechów nie jest źle.
W minionym sezonie zagrałeś 56 meczów. Jak wygląda system rozgrywek w Czechach, że mając 12 zespołów można tak dużo grać?

- Gra się cztery razy z każdym zespołem. Do tego dochodzą różne puchary. My na przykład graliśmy w pucharze, który skupiał zespoły z centralnej Europy. To dawało trzy mecze w tygodniu. Niestety, od nowego sezonu przepisy zostaną zmienione i liga grać będzie tylko jeden mecz na tydzień. Wszystko przez to, że Nymburg mierzyć się będzie w Lidze Adriatyckiej. Wracając jednak do mojej gry, to licząc puchary wystąpiłem w większej niż 56 liczbie meczów.

Tak duże obciążenie meczowe sprawia, że w pewnym momencie koszykarz marzy już tylko o końcu sezonu, czy wręcz przeciwnie – cały czas jest w gazie i nie ma dużych wahań formy?

- Chyba każdy koszykarz przyzna mi rację, że lepiej grać mecze niż trenować. Dlatego liga czeska była wymarzona do tego, by zdobywać boiskowe doświadczenia. Teraz będę je mógł przenieść na polski grunt.

Z Prostejova miałeś do domu bliżej niż z Włocławka. Nie żal ci opuszczać Czech?

- Oczywiście, że żal. To jednak zasługa przepisu mówiącego o tym, że w drużynie musi być sześciu Czechów. Dla obcokrajowców jest więc ograniczona liczba miejsc. W Prostejovie dwóch Litwinów ma ważne kontrakty, a po odejściu czeskiego środkowego, mówi się o zastąpieniu go Czarkiem Trybańskim. Jest jeszcze Kyle Landry i automatycznie brakuje miejsca dla kolejnych zagranicznych koszykarzy.

Anwil jest jedną z dziesięciu drużyn pewnych występu w Euro Cup. Ty masz świetne wspomnienia z gry w poprzedniku tych rozgrywek – ULEB Cup – oraz doświadczenie z Euroligi. To zupełnie inna bajka niż polska, czy czeska liga…

- Przede wszystkim odpowiedzialność jest większa. Każdy zawodnik nosi więcej na barkach, bo wie, że od każdego błędu może zależeć wynik meczu. Do tego tych meczów nie ma wiele i każda wygrana i porażka ma wielki wpływ na losy drużyny. O zwycięstwach decydują detale i dlatego ja zawsze porównuję europejskie puchary do szachów. Pokazują one kunszt trenerów i pracę zawodników. Dlatego cieszę się bardzo, że znów będę miał okazję spróbować w nich swoich sił.

Stawiasz sobie jakieś sportowe cele przed każdym sezonem i czy teraz też wyznaczyłeś sobie jakiś wynik?

- Chciałbym sam sobie udowodnić, że potrafię grać na najwyższym poziomie w Polsce i w Europie. Ważniejsze są jednak cele drużynowe, a tutaj myślę wyłącznie o finale i mistrzostwie kraju. Jak zauważyłeś wcześniej, nigdy moje statystyki nie były oszałamiające, a to dlatego, że ponad swoje cyferki przedkładam dobro zespołu. Lubię grać dla innych, pomagać kolegom, podpowiadać trenerom i młodszym zawodnikom. Mam nadzieję, że będę pomocny szkoleniowcowi w realizacji jego taktyki.

Igora Griszczuka pamiętasz raczej jako przeciwnika z boiska. Teraz ten trener postara się wyciągnąć z ciebie to co najlepsze. Uważasz, że masz jeszcze jakieś rezerwy i w jakim elemencie gry?

- Zdecydowanie czuję, że mogę dać z siebie więcej niż do tej pory. Najłatwiej powiedzieć, że mogę się poprawić w każdym elemencie, bo przecież nikt nie jest perfekcyjny. Przyznam jednak, że potrzebuję impulsu, pozytywnego kopa od otoczenia.

To chyba dobrze się składa, bo Igor Griszczuk jest niezwykle energetycznym człowiekiem…

- Znam go z parkietu i wspominam jako wspaniałego koszykarza. Jeśli taki sam jest jako trener, to na pewno nasza współpraca będzie się świetnie układała. Już nie mogę się doczekać rozpoczęcia sezonu. Jestem gotowy do ciężkiej pracy i z niecierpliwością wyczekuję pierwszych treningów i meczów.

To już za miesiąc, bo Anwil przygotowania do sezonu rozpocznie w połowie sierpnia. Jak będziesz do tego czasu wypoczywał?

- Tak właściwie, to wakacje już za mną. Właśnie wróciłem z Hiszpanii, gdzie wypoczywałem z grupą przyjaciół i m.in. obserwowałem reakcję miejscowych na wynik Mundialu. To było szaleństwo, euforia, której nie da się opisać. Ludzie tracili nad sobą kontrolę i zupełnie beztrosko cieszyli się sukcesem swoich piłkarzy. To były moje pierwsze wakacje od sześciu lat i tym bardziej się cieszę, że okazały się bogate w takie doświadczenia. To już jednak za mną, a teraz ruszam pełną parą. Od dziś przygotowuję się do przygotowań! (śmiech)