- Wiem, jak koszykówka jest ważna dla włocławian i jak mocno oczekują oni zwycięstw. Dlatego tym bardziej jestem im zobowiązany za to, że po tym trudnym sezonie ocenili mnie pozytywnie – powiedział Paul Miller po odebraniu statuetki „MVP Anwilu Włocławek w sezonie 2010/2011”.
- Wiem, jak koszykówka jest ważna dla włocławian i jak mocno oczekują oni zwycięstw. Dlatego tym bardziej jestem im zobowiązany za to, że po tym trudnym sezonie ocenili mnie pozytywnie – powiedział Paul Miller po odebraniu statuetki „MVP Anwilu Włocławek w sezonie 2010/2011”.
Gratuluję, kibice wybrali cię najlepszym zawodnikiem Anwilu w przekroju całego sezonu. Jak oceniasz tego typu przychylne oceny?
Paul Miller: Jestem im za ten wybór bardzo wdzięczny i dziękuję za wszystkie głosy oddane na mnie. Wiem, jak koszykówka jest ważna dla włocławian i jak mocno oczekują oni zwycięstw. Dlatego tym bardziej jestem im zobowiązany za to, że po tym trudnym sezonie ocenili mnie pozytywnie. Już gdy grałem tu pierwszy raz odczułem wielką presję, ale i wielką sympatię kibiców. Teraz potwierdzili wszystkie swoje atuty głosując w tej sondzie, a przede wszystkim przychodząc licznie przez cały sezon do Hali Mistrzów.
Szczególnie chętnie głosowano na ciebie w styczniu i lutym. Czy i ty uważasz te miesiąca za najlepsze w twoim wykonaniu?
- Statystycznie to z pewnością był mój najlepszy czas. Mam natomiast nadzieję, że ocena mojej gry w całym sezonie może być stała i utrzymywać się na dobrym poziomie. Zawsze staram się grać równomiernie, solidnie, bez jakichś dużych wahań. Nie jestem typem koszykarza, który ceni sobie jeden spektakularny występ ponad solidną grę w serii meczów.
Ty wykonywałeś swoją robotę na boisku, a czy miałeś kogoś, kto szczególnie chętnie nagradzał cię za to głosami w comiesięcznych ankietach?
- Moja mama często odwiedzała stronę internetową Anwilu, żeby sprawdzić, czy akurat można głosować na MVP. Sam na siebie nie głosowałem, ale kilka kliknięć zawdzięczam właśnie mamie.
Nie sposób dziś nie poprosić cię o komentarz do zakończonego wyjątkowo wcześnie sezonu.
- Zacznę od banalnego, ale bardzo ważnego stwierdzenia, że koszykówka to sport, a w sport wliczone są zarówno zwycięstwa jak i porażki. Gdybyśmy znali wynik meczu przed jego rozpoczęciem, to nawet gdyby miał on być pozytywny, to nie zainteresowałby nas tak, jak rezultat pozostający tajemnicą do końca. To część piękna koszykówki. I tak się czasem dzieje, że na to piękno składają się również porażki.
Ale w tak ogólny sposób nie wytłumaczysz mi tego konkretnego przypadku. Chcę wiedzieć, czemu nasz sezon skończył się w ćwierćfinale?
- O tym zadecydowały naprawdę drobne elementy. Jedna akcja, jedno ustawienie, jeden rzut – takie szczegóły sprawiły, że nie ma nas w półfinale. Od pewnego momentu sezonu graliśmy coraz lepiej. Zwłaszcza w obronie prezentowaliśmy się solidniej z meczu na mecz. W ćwierćfinale byliśmy w naprawdę niezłej dyspozycji, ale trafiliśmy na bardzo dobrego rywala, który okazał się minimalnie lepszy. Jeden z moich trenerów mówił kiedyś, że różnica między zwycięstwem a porażką jest bardzo mała. Boleśnie przypomniałem to sobie teraz, gdy dwa razy przegraliśmy z Treflem po dogrywkach. I podkreślę: nie zadecydowały personalia, albo wyraźna przewaga rywala. Fatalne w skutkach okazały się małe szczególiki.
Paul Miller: Jestem im za ten wybór bardzo wdzięczny i dziękuję za wszystkie głosy oddane na mnie. Wiem, jak koszykówka jest ważna dla włocławian i jak mocno oczekują oni zwycięstw. Dlatego tym bardziej jestem im zobowiązany za to, że po tym trudnym sezonie ocenili mnie pozytywnie. Już gdy grałem tu pierwszy raz odczułem wielką presję, ale i wielką sympatię kibiców. Teraz potwierdzili wszystkie swoje atuty głosując w tej sondzie, a przede wszystkim przychodząc licznie przez cały sezon do Hali Mistrzów.
Szczególnie chętnie głosowano na ciebie w styczniu i lutym. Czy i ty uważasz te miesiąca za najlepsze w twoim wykonaniu?
- Statystycznie to z pewnością był mój najlepszy czas. Mam natomiast nadzieję, że ocena mojej gry w całym sezonie może być stała i utrzymywać się na dobrym poziomie. Zawsze staram się grać równomiernie, solidnie, bez jakichś dużych wahań. Nie jestem typem koszykarza, który ceni sobie jeden spektakularny występ ponad solidną grę w serii meczów.
Ty wykonywałeś swoją robotę na boisku, a czy miałeś kogoś, kto szczególnie chętnie nagradzał cię za to głosami w comiesięcznych ankietach?
- Moja mama często odwiedzała stronę internetową Anwilu, żeby sprawdzić, czy akurat można głosować na MVP. Sam na siebie nie głosowałem, ale kilka kliknięć zawdzięczam właśnie mamie.
Nie sposób dziś nie poprosić cię o komentarz do zakończonego wyjątkowo wcześnie sezonu.
- Zacznę od banalnego, ale bardzo ważnego stwierdzenia, że koszykówka to sport, a w sport wliczone są zarówno zwycięstwa jak i porażki. Gdybyśmy znali wynik meczu przed jego rozpoczęciem, to nawet gdyby miał on być pozytywny, to nie zainteresowałby nas tak, jak rezultat pozostający tajemnicą do końca. To część piękna koszykówki. I tak się czasem dzieje, że na to piękno składają się również porażki.
Ale w tak ogólny sposób nie wytłumaczysz mi tego konkretnego przypadku. Chcę wiedzieć, czemu nasz sezon skończył się w ćwierćfinale?
- O tym zadecydowały naprawdę drobne elementy. Jedna akcja, jedno ustawienie, jeden rzut – takie szczegóły sprawiły, że nie ma nas w półfinale. Od pewnego momentu sezonu graliśmy coraz lepiej. Zwłaszcza w obronie prezentowaliśmy się solidniej z meczu na mecz. W ćwierćfinale byliśmy w naprawdę niezłej dyspozycji, ale trafiliśmy na bardzo dobrego rywala, który okazał się minimalnie lepszy. Jeden z moich trenerów mówił kiedyś, że różnica między zwycięstwem a porażką jest bardzo mała. Boleśnie przypomniałem to sobie teraz, gdy dwa razy przegraliśmy z Treflem po dogrywkach. I podkreślę: nie zadecydowały personalia, albo wyraźna przewaga rywala. Fatalne w skutkach okazały się małe szczególiki.
Tym bardziej możemy czuć niedosyt.
- Tak, to bardzo frustrujące. Cały sezon pracowaliśmy ciężko, bo wierzyliśmy, że w efekcie da to dobre rezultaty. Musisz zrozumieć, że towarzyszyła nam nie tylko presja otoczenia, ale również wewnętrzne poczucie, że musimy czegoś dokonać. Trenowaliśmy dwa razy dziennie z myślą, że nasz trud zostanie nagrodzony. Tak się nie stało i ciężko się teraz z tym pogodzić, ale może zdołamy wyciągnąć wnioski na przyszłość…
Jakie na przykład?
- My koszykarze musimy przeanalizować naszą grę i długo bym mógł o tym opowiadać. Z tego sezonu wnioski muszą jednak wyciągnąć wszyscy i tutaj zwracam się do kibiców. Zawsze szanujcie zespół, który przynosi wam radość. Szanujcie każde pojedyncze zwycięstwo i cieszcie się nim, jakby było najważniejsze w historii. Bo później przychodzą trudne momenty i dopiero wtedy docenia się wartość tamtych niby błahych wydarzeń. Sukcesy nie są nikomu dane na zawsze i zazwyczaj trzeba o nie mocno walczyć, a i to może nie przynieść efektu. Każdy wynik osiągnięty po walce ma swoją wartość.
Czy z tego sezonu pozostaną ci również jakieś dobre wspomnienia?
- Świetnym doświadczeniem była gra w europejskich pucharach. Wyjazdy do Rosji, Niemiec, Włoch były okazją do poznania zupełnie nowej koszykówki, a zarazem promocji Anwilu. Miło było również spotkać ciekawych ludzi, z którymi grałem. Każdy jest inny, każdy ma inne poczucie humoru, inną osobowość i kulturę – z tego będę czerpał radość po sezonie.
A przed tobą zapewne najdłuższe wakacje w życiu?
- To wcale nie takie pewne. Co prawda sezon kończymy wcześnie, ale nie wiadomo, kiedy podpiszę nowy kontrakt. Po pierwszym sezonie w Anwilu skończonym w maju kolejny kontrakt podpisałem dopiero w październiku, więc też miałem bardzo długie wakacje. Miniony sezon zakończyłem w kwietniu, ale z kolei do Włocławka przyjechałem już w sierpniu. Nigdy więc nie wiadomo…
Co będziesz robił w wakacje?
- Najpierw pojadę do dziewczyny, za którą bardzo się stęskniłem. Później wracam do rodziców razem z którymi planujemy wziąć udział w ceremonii ukończenia studiów przez moją siostrę. Postaram się też wystąpić w kilku campach koszykarskich, a później odpocząć i nabrać sił przed kolejnym sezonem.
Jest szansa na to, że zobaczymy cię jeszcze we Włocławku?
- Czemu nie? Zobaczymy gdzie rzuci mnie los, ale wcale nie powiedziane, że to nie może być znowu Włocławek. Jestem człowiekiem, który nie boi się wyzwań i mogę zarówno wyjechać na drugi koniec świata, jak i wrócić do Anwilu. Za tą drugą opcją przemawia oczywiście dwuletnie doświadczenie z życia tutaj. Oczywiście te sezony wyglądały bardzo różnie, ale świetni fani, idealnie zorganizowany klub, profesjonalni trenerzy i przychylne otoczenie sprawiają, że o Włocławku mogę myśleć wyłącznie pozytywnie. To miejsce do którego zawsze chętnie wrócę.
Czy już wiesz, gdzie stanie nagroda, którą dziś odebrałeś?
- Nie mam swojego własnego domu, więc wszystkie trofea, które zdobywam znajdują się w domu moich rodziców w Missouri. Ta statuetka dołączy do poprzedniej, którą otrzymałem za MVP play off 2009. Raz jeszcze serdecznie za nią dziękuję.
- Tak, to bardzo frustrujące. Cały sezon pracowaliśmy ciężko, bo wierzyliśmy, że w efekcie da to dobre rezultaty. Musisz zrozumieć, że towarzyszyła nam nie tylko presja otoczenia, ale również wewnętrzne poczucie, że musimy czegoś dokonać. Trenowaliśmy dwa razy dziennie z myślą, że nasz trud zostanie nagrodzony. Tak się nie stało i ciężko się teraz z tym pogodzić, ale może zdołamy wyciągnąć wnioski na przyszłość…
Jakie na przykład?
- My koszykarze musimy przeanalizować naszą grę i długo bym mógł o tym opowiadać. Z tego sezonu wnioski muszą jednak wyciągnąć wszyscy i tutaj zwracam się do kibiców. Zawsze szanujcie zespół, który przynosi wam radość. Szanujcie każde pojedyncze zwycięstwo i cieszcie się nim, jakby było najważniejsze w historii. Bo później przychodzą trudne momenty i dopiero wtedy docenia się wartość tamtych niby błahych wydarzeń. Sukcesy nie są nikomu dane na zawsze i zazwyczaj trzeba o nie mocno walczyć, a i to może nie przynieść efektu. Każdy wynik osiągnięty po walce ma swoją wartość.
Czy z tego sezonu pozostaną ci również jakieś dobre wspomnienia?
- Świetnym doświadczeniem była gra w europejskich pucharach. Wyjazdy do Rosji, Niemiec, Włoch były okazją do poznania zupełnie nowej koszykówki, a zarazem promocji Anwilu. Miło było również spotkać ciekawych ludzi, z którymi grałem. Każdy jest inny, każdy ma inne poczucie humoru, inną osobowość i kulturę – z tego będę czerpał radość po sezonie.
A przed tobą zapewne najdłuższe wakacje w życiu?
- To wcale nie takie pewne. Co prawda sezon kończymy wcześnie, ale nie wiadomo, kiedy podpiszę nowy kontrakt. Po pierwszym sezonie w Anwilu skończonym w maju kolejny kontrakt podpisałem dopiero w październiku, więc też miałem bardzo długie wakacje. Miniony sezon zakończyłem w kwietniu, ale z kolei do Włocławka przyjechałem już w sierpniu. Nigdy więc nie wiadomo…
Co będziesz robił w wakacje?
- Najpierw pojadę do dziewczyny, za którą bardzo się stęskniłem. Później wracam do rodziców razem z którymi planujemy wziąć udział w ceremonii ukończenia studiów przez moją siostrę. Postaram się też wystąpić w kilku campach koszykarskich, a później odpocząć i nabrać sił przed kolejnym sezonem.
Jest szansa na to, że zobaczymy cię jeszcze we Włocławku?
- Czemu nie? Zobaczymy gdzie rzuci mnie los, ale wcale nie powiedziane, że to nie może być znowu Włocławek. Jestem człowiekiem, który nie boi się wyzwań i mogę zarówno wyjechać na drugi koniec świata, jak i wrócić do Anwilu. Za tą drugą opcją przemawia oczywiście dwuletnie doświadczenie z życia tutaj. Oczywiście te sezony wyglądały bardzo różnie, ale świetni fani, idealnie zorganizowany klub, profesjonalni trenerzy i przychylne otoczenie sprawiają, że o Włocławku mogę myśleć wyłącznie pozytywnie. To miejsce do którego zawsze chętnie wrócę.
Czy już wiesz, gdzie stanie nagroda, którą dziś odebrałeś?
- Nie mam swojego własnego domu, więc wszystkie trofea, które zdobywam znajdują się w domu moich rodziców w Missouri. Ta statuetka dołączy do poprzedniej, którą otrzymałem za MVP play off 2009. Raz jeszcze serdecznie za nią dziękuję.