Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Nick Lewis: Rozciągnę obronę

Poniedziałek, 03 Października 2011, 1:00, Michał Fałkowski

Nick Lewis jest już po pierwszym treningu z drużyną Anwilu. Zapoznał się też z historią klubu, której nieodłącznym elementem jest oddany dokładnie 13 lat temu „rzut Krzykały”. O tym, czy na swoim koncie ma takie zagrania, oraz o wielu innych sportowych i prywatnych tematach rozmawialiśmy z nim tuż po pierwszej wizycie w Hali Mistrzów.

Nick Lewis jest już po pierwszym treningu z drużyną Anwilu. Zapoznał się też z historią klubu, której nieodłącznym elementem jest oddany dokładnie 13 lat temu „rzut Krzykały”. O tym, czy na swoim koncie ma takie zagrania, oraz o wielu innych sportowych i prywatnych tematach rozmawialiśmy z nim tuż po pierwszej wizycie w Hali Mistrzów.
[Rozmowę zaczynamy od obejrzenia na youtube.com „rzutu Krzykały” – red.].  To co widzimy wydarzyło się dokładnie 13 lat temu. Ty też potrafisz trafiać z dystansu, więc może data twojego debiutu w drużynie jest znamienna…

Nick Lewis: (śmiech) Być może, bo takie rzeczy , choć przyznam, że naprawdę rzadko, ale się zdarzają. Pamiętam, w ubiegłym roku we Francji oglądałem w telewizji rozgrywki drugiej ligi i miała miejsce identyczna sytuacja. Najpierw jeden z zespołów trafił za trzy na sekundę przed końcem, a następnie koszykarz drugiej drużyny odpowiedział jakimś dziwnym rzutem z półobrotu przez całe boisko odwracając losy meczu. To było niesamowite, bo stawką meczu był awans do Pro A. Ja nie miałem jeszcze okazji oddać takiego rzutu, ale kto wie, może taka nadarzy się we Włocławku…

Pierwszy dzień w naszym klubie zwiastuje, że to będzie dobry sezon, czy może masz jakieś obawy?

- Pierwsze wrażenia są wyłącznie pozytywne. Macie świetną halę, z dobrze wyposażonym zapleczem medycznym i nowoczesnymi, komfortowymi szatniami. Jest dobre boisko, doświadczony trener i mili ludzie wokół. Jestem dobrej myśli.

Jednak na twój podpis pod kontraktem musieliśmy długo czekać. Miałeś jakieś wątpliwości?

- Nie sądzę, żeby ktokolwiek odpowiadał za to, że sprawy trochę się przeciągnęły. Tak to już jest w negocjacjach, zwłaszcza gdy prowadzone są między dwiema stronami z różnych stref czasowych. Są odmienne propozycje i trochę trwa, żeby je przedyskutować. Najważniejsze, że już tu jestem, zapoznałem się z programem trenera i mam mnóstwo zapału, żeby pomóc go zrealizować.

Jednak w czasie, gdy trwały negocjacje Anwil grał w turnieju eliminacyjnym VTB i bardzo brakowało mu zawodnika podkoszowego…

- Cóż, oglądałem ten turniej w Internecie i przyznam, że byłem zmieszany tym, że jeszcze nie załatwiłem wszystkich formalności wymaganych, żebym mógł być z zespołem. Chłopaki grali bardzo ambitnie, ale na tak renomowanych rywali to nie wystarczyło. Mamy silnych obrońców (o Johnie Allenie wiele słyszałem grając w Strasburgu) i to na pewno nasz duży atut. Centrzy i skrzydłowi lepiej spisują się bliżej kosza i tutaj są naprawdę rewelacyjni. Myślę, że moje przyjście uzupełni tę stawkę, bo potrafię rzucić z dystansu, a więc rozciągnę obronę i zrobię im więcej miejsca. Wszyscy jesteśmy słusznego wzrostu, więc rywale nie będą mieli z nami łatwo, zwłaszcza w play-off, gdzie gra się szczególnie twardo i siłowo.

To co ty wolisz: przepychanki pod koszem, czy szukanie miejsca na dystansie?

- Moją najmocniejszą stroną jest złudzenie, jakie robię. Jestem wielki i silny, więc rywale często myślą, że nie potrafię nic więcej, jak tylko zaatakować spod samego kosza. Tymczasem, gdy się zagapią, wybiegam na obwód i trafiam za trzy. Potrafię też kozłować, panować nad piłką i szybko przemieszczać się po parkiecie. Wnoszę na parkiet energię, bo zawsze gram z determinacją i koledzy wiedzą, że mogą na mnie liczyć.

Jesteś centrem, czy silnym skrzydłowym?

- Wolę grać jako silny skrzydłowy. Oczywiście dlatego, że to daje możliwość lepszego wykorzystania szerokiego repertuaru zagrań. Na tej pozycji grałem najczęściej i ją najbardziej lubię. Rozmawiałem już z trenerem Emirem Mutapciciem i wytłumaczył mi, że właśnie tego ode mnie oczekuje, co mnie bardzo cieszy.

Ale nie było od początku pewne, że w ogóle zajmiesz się koszykówką?

- W szkole średniej była moda na siatkówkę i z racji mojego wzrostu dobrze odnajdowałem się w tym sporcie. Niestety, nie było jeszcze tylu profesjonalnych lig siatkarskich w Stanach Zjednoczonych i postawiłem na bardziej popularną koszykówkę. Ale siatkówka jest cały czas obecna w moim życiu, bo mój młodszy brat gra na plaży. Nie jest profesjonalistą, ale wygrywa turnieje i żyje z tego. Gdy gramy razem udowadnia mi ciągle, że jest lepiej wysportowany. I muszę przyznać, że skacze jak na trampolinie.

Cała twoja rodzina jest związana ze sportem?

- Tak. Mój tata grał w baseball na uniwersytecie, a teraz robi to amatorsko. Gra też w futbol amerykański. Cała moja rodzina jest usportowiona i dlatego czuję się spełniony mogąc uprawiać koszykówkę zawodowo. To kwestia wykorzystania genów, które mi dali. Rodzice są dumni, że ich syn jest koszykarzem i że kocha swój zawód, a ja jestem dumny, że mogę spełnić swoje i ich marzenia.

Twoich rodziców z pewnością cieszy, że znalazłeś miejsce w solidnych, europejskich ligach. Ale czy tobie to wystarcza, próbowałeś przecież dostać się do NBA?

- Kilka lat temu po udanych występach w amerykańskiej  D-League było naprawdę blisko. Dostałem szansę w lidze letniej. Zmierzyłem się z takimi rywalami, jak np. Kevin Durant i wypadłem całkiem nieźle. Tyle tylko, że NBA to marzenie wszystkich koszykarzy w Stanach i nie ukrywam, że w tej rywalizacji mimo wszystko okazałem się za słaby. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Przyjechałem do Europy i pokochałem tutejszą koszykówkę. W Ameryce cały czas się jej nie docenia, ale dopiero gra na Starym Kontynencie potrafi człowieka przekonać, że są tu naprawdę silne ligi i rywalizacja często stoi na porównywalnym do NBA poziomie.

Z powodu lokautu w NBA wiele gwiazd będzie miało okazję to sprawdzić.

- Myślę, że z początku mogą mieć spore kłopoty z odnalezieniem się w europejskiej koszykówce. Przekonają się, że wcale nie jest to bułka z masłem. Lokaut na pewno pomoże wypromować tutejsze ligi za oceanem. Amerykanie wreszcie zobaczą, że na innych kontynentach też gra się w koszykówkę. Teraz gdy w rodzinnych stronach mówię, że gram w basket, to ludzie pytają, czy w NBA? Gdy mówię, że w Europie, to są bardzo zdziwieni, że takie rozgrywki w ogóle istnieją. Problemy NBA są więc na rękę tutejszym ligom. Wreszcie okaże się, że trzeba je docenić za poziom, za emocje, za rywalizację.
Czy po jednym dniu poza domem jest coś za czym już tęsknisz?

- Już tęsknię za rodziną. Poza tym na pewno szybko odczuję brak jedzenia, które lubię. W Californii, w której spędziłem dzieciństwo i czasy szkolne nauczyłem się delektować bardzo pikantną kuchnią meksykańską. Nigdzie w Europie takiej nie ma. Chcę jednak podkreślić, że to tylko szczegół, naprawdę dotkliwa jest jedynie wspomniana tęsknota za rodziną. Ludzie często nie rozumieją, że sportowcy mają ciężkie życie, bo od młodych lat są oddzieleni od rodziców i muszą radzić sobie sami. Zostawiają dom, przyjaciół, ulubione miejsca, żeby samotnie spędzać urodziny, święta itp. To ciemna strona bycia sportowcem.

Rozjaśnia ją trochę nowoczesna technologia…

- Tak, nawet wczoraj wieczorem w swoim nowym mieszkaniu otworzyłem komputer i natychmiast mogłem się połączyć z bliskimi. Kompletnie nie mogę sobie wyobrazić, jak to wyglądało kilkanaście lat temu, gdy nie było internetu.

O czym myśli sportowiec siedzący kilka godzin w samolocie, którym na kilka miesięcy opuszcza dom?

- Nie chcę powiedzieć, że czuje strach, ale na pewno można to określić jako stres. Dzień przed wylotem obudziłem się, usiadłem na łóżku i pomyślałem ‘stary wylatujesz stąd prawie na rok’. To nie jest miłe uczucie, ale jako dorosły facet nie mam problemu z poradzeniem sobie z nim. Poza tym to już mój trzeci sezon za oceanem, więc wiem czego mogę się spodziewać. Wiem, że wkrótce zaczną się rozgrywki, będziemy żyć cyklem od meczu do meczu i czas szybko zleci. Rzecz w tym, żeby cały czas być skoncentrowanym na koszykówce, dawać drużynie co najlepsze i mieć satysfakcję z tego co się robi. W tym roku w Polsce będziemy grać dwa mecze tygodniowo i to świetna sytuacja, bo nie daje okazji do rozprężenia. Trzeba cały czas być na najwyższych obrotach.

Można powiedzieć, że to nie pierwszy twój kontakt z Polską?

- Tak, ale moja pierwsza wizyta w waszym kraju była naprawdę symboliczna. Kilka lat temu, gdy lecieliśmy z rodziną na wakacje mieliśmy przesiadkę w Warszawie. O Polsce wiem jednak trochę dzięki różnym ludziom, którzy mówili mi, że to ładny kraj z dobrymi ludźmi. Przed przylotem tutaj kontaktowałem się z Alexem Dunnem. Powiedział mi, żebym bez wahania zdecydował się na grę w Anwilu, bo to świetny klub z gorącymi kibicami.

Alex ma nawet tatuaż na cześć naszego kraju…

- Tak wiem, wytatuował sobie gwiazdy – jedną na każdy rok spędzony tutaj. Alex przyszedł do Chorale Roanne po tym jak ja tam grałem. Miły facet, a do tego mówił o Polsce to, co wszyscy inni, których pytałem.

Czy sukcesy Chorale Roanne sprawiają, że tamten sezon wspominasz najlepiej w dotychczasowej karierze?

- Myślę, że tak, bo za naszymi sukcesami stała świetna atmosfera w zespole. Lubiliśmy się, wspieraliśmy, zawsze byliśmy jednością.

Czy to są właśnie te cechy, których Anwil potrzebuje w tym sezonie, żebyśmy cieszyli się sukcesami?

- Zdecydowanie tak. Nie musimy być najlepszymi przyjaciółmi, ale na pewno konieczna jest wzajemna sympatia. Jeden musi pracować na boisku dla drugiego, a może się tak dziać tylko jeśli poza halą również będziemy się dobrze rozumieć.