Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Mateusz Kostrzewski: Widzimy się w piątek

Środa, 19 Czerwca 2013, 1:00, Michał Fałkowski

Nowy zawodnik Anwilu, Mateusz Kostrzewski, przebywa jeszcze na wybrzeżu, ale już za dwa dni pojawi się w Hali Mistrzów, żeby poprowadzić koszykarskie zajęcia dla dzieci z okazji zakończenia roku szkolnego. Nam opowiedział m.in. o tym jaką rolę będzie spełniał w drużynie Anwilu w przyszłym sezonie.

Nowy zawodnik Anwilu, Mateusz Kostrzewski, przebywa jeszcze na wybrzeżu, ale już za dwa dni pojawi się w Hali Mistrzów, żeby poprowadzić koszykarskie zajęcia dla dzieci z okazji zakończenia roku szkolnego. Nam opowiedział m.in. o tym jaką rolę będzie spełniał w drużynie Anwilu w przyszłym sezonie.
Rozmawiamy kilkanaście minut po ogłoszeniu informacji o twoim kontrakcie w Anwilu. Odebrałeś już jakieś telefony, albo sms-y z gratulacjami albo uwagami?

Mateusz Kostrzewski:
Chyba zbyt mało czasu minęło od publikacji tego newsa, bo nikt nie dzwonił. (śmiech) Za to otrzymałem już kilka pozytywnych wpisów na Facebooku od fanów Anwilu. To sympatyczne. Dziękuję.

Czy rozmawiałeś z trenerem Miliją Bogiceviciem o swojej roli w zespole Anwilu?

- Oczywiście, przed podpisaniem kontraktu trener nakreślił mi dokładnie czego będzie ode mnie oczekiwał. Mówiąc w skrócie, chce żebym wykorzystywał swój atletyzm i wzrost na pozycji niskiego skrzydłowego. Moim zadaniem będzie też szukanie łatwych punktów w kontrataku i agresywna gra w obronie. Na ten ostatni element mam położyć szczególny nacisk.

Czy to odpowiada twoim aspiracjom i czy właśnie te elementy uważasz za swoje najmocniejsze strony?


- Generalnie tak. Oczywiście, zakres moich możliwości jest większy i w razie potrzeby mogę dać wiele w grze pick’n’roll albo zawiązać grę jeden na jeden, rozrzucić, podać na czystą pozycję do kolegi. W nadchodzącym sezonie chciałbym też pokazać, że potrafię zarówno rzucić z dystansu, jak i wykorzystać swoje warunki fizyczne do gry tyłem do kosza.

Ostatni sezon spędzony w Słupsku był dla ciebie niezłą szkołą gry w obronie. Widać było, że chętnie wykonywałeś zadania defensywne.

- Nauczyłem się wykorzystywać swoje atuty fizyczne, a w szczególności coraz silniejsze nogi. Teraz mogę bronić zarówno koszykarzy z pozycji numer cztery na low post [low post – strefa najbliżej kosza – red.], albo rzucających obrońców na pick’n’roll’u.

Całe swoje dotychczasowe życie spędzałeś gdzieś w okolicach morza. Nie boisz się zmiany klimatu?

- Wręcz przeciwnie. Liczę, że to będzie dla mnie nowe doświadczenie i kolejny krok do przodu.

A jakim doświadczeniem była gra w Eurolidze? Gdzie się można więcej nauczyć: grając krótko w europejskich pucharach, czy przez cały sezon biorąc na swoje barki losy drużyny pierwszoligowej?

- To są dwa kompletnie inne rodzaje umiejętności, które się nabywa. W Eurolidze byłem graczem zadaniowym. Miałem wyjść na kilka minut, dać dobrą obronę, zbiórkę, wymusić faul i z tego byłem rozliczany. Krótki występ, ale z konkretnymi celami. Za to grając w Starcie Gdynia i walcząc o ekstraklasę musiałem być bardziej wszechstronny i nauczyć się umiejętnie dysponować siłami. Występy w pierwszej lidze dodały mi pewności siebie. To jest niesamowite doświadczenie – grasz dużo, wiele od ciebie zależy, popełniasz błędy, ale masz też okazję wyciągnąć z nich wnioski i poprawić się w kolejnej akcji, czy w kolejnym meczu.

Trzeba też przyznać, że na zapleczu TBL zrealizowałeś cele zespołowe i indywidualne. Start awansował przy twoim ogromnym udziale, bo do końca biłeś się o miano najlepszego strzelca ligi.


- Taki sezon daje wiele satysfakcji i pewności siebie. Udowadniasz, że jesteś coś wart. Nie innym, ale sobie.

Cztery sezony spędziłeś w Asseco Prokomie. Klub kończył je ze złotymi medalami, ale ty byłeś młodym zawodnikiem, który dopiero dostawał pierwsze meczowe szanse. Ile medali masz w domu i do ilu rościsz sobie prawo?

- W domu mam trzy medale i uważam, że do nich wszystkich dorzuciłem swoją cegiełkę. W 2007 roku, gdy zaczynałem przygodę z Prokomem i z profesjonalną koszykówką, można powiedzieć, że byłem tylko takim zawodnikiem dochodzącym do drużyny. Zagrałem w trzech meczach i wtedy rzeczywiście mój udział w mistrzostwie był znikomy. Za to w sezonie 2009/2010 wystąpiłem już w 27 meczach, rzuciłem ponad sto punktów i mogłem z satysfakcją powiedzieć, że miałem wyraźny wkład w końcowy wynik.

Wtedy w finale wygraliście z Anwilem, ale w tym roku Asseco Prokom musiał uznać wyższość włocławian. Byłeś zaskoczony tym jak potoczyły się losy wieloletniego mistrza Polski?

- Spodziewałem się, że Anwil wygra tegoroczny ćwierćfinał i pytaniem były tylko rozmiary tej wygranej. Skończyło się na 3:1 po dwóch wyrównanych meczach w Gdyni i zupełnej dominacji Anwilu we Włocławku. Szkoda, że w Asseco Prokomie doszło do takich zawirowań, ale to w żadnej mierze nie umniejsza sukcesu Anwilu.

Jak spędzasz wakacje?


- Właściwie, to czuję się jakby wakacje były już za mną. Po ostatnim meczu sezonu odpoczywałem przez dwa tygodnie, a teraz już regularnie trenuję. Siłownia, bieganie, boisko – bez wielkiej przesady z intensywnością, ale staram się być w formie.

W najbliższy piątek we Włocławku organizujemy koszykarskie zakończenie roku dla uczniów szkół podstawowych. Będziesz jednym z prowadzących ćwiczenia dla dzieci…

- I już się nie mogę doczekać, kiedy na włocławskim parkiecie pojawię się w roli gospodarza. (śmiech) Na pewno czeka nas z dzieciakami dużo fajnej zabawy, a jednocześnie będzie to okazja, żeby poznać najmłodszych kibiców Anwilu. Widzimy się w piątek.