Zapraszamy do lektury wywiadu z trenerem Marcinem Woźniakiem. Szkoleniowiec, który zaczął sezon jako asystent niespodziewanie (nawet dla siebie) kończył rozgrywki w roli głównodowodzącego. Chociaż nie wygrał ani jednego meczu, to kibice i tak uznali, że za waleczny styl drużyny należą mu się większe słowa uznania niż poprzednikom.
Zapraszamy do lektury wywiadu z trenerem Marcinem Woźniakiem. Szkoleniowiec, który zaczął sezon jako asystent niespodziewanie (nawet dla siebie) kończył rozgrywki w roli głównodowodzącego. Chociaż nie wygrał ani jednego meczu, to kibice i tak uznali, że za waleczny styl drużyny należą mu się większe słowa uznania niż poprzednikom.
Kiedy pracowało się panu najlepiej: gdy trenerem był Mariusz Niedbalski, Predrag Krunić czy kiedy to pan objął posadę głównego szkoleniowca?
Marcin Woźniak: W każdej tej sytuacji pracowało się inaczej. Każda miała plusy i minusy. Kiedy byłem asystentem trenera Niedbalskiego, duża część zajęć odbywała się w grupach. To oznaczało, że wszyscy mieliśmy wiele obowiązków. Ja o tyle więcej, że prowadziliśmy dodatkowo szczegółowe analizy, nawet treningów. Bardzo mi to odpowiadało, bo taki styl pracy lubię. Z kolei trener Krunić prowadził drużynę bardziej samodzielnie. Szczególnie było to widać na treningach. Miał w sobie mnóstwo energii i sam chciał wszystkiego dopatrywać. A ostatnie trzy tygodnie, gdy mi powierzono zespół? Na tyle na ile mogłem wróciłem do stylu trenera Niedbalskiego łączącego pracę na treningach ze szczegółową analizą.
No właśnie, czy to prawda, że w okresie, kiedy głównym szkoleniowcem był Predrag Krunić nie była prowadzona analiza błędów z przegranych meczów?
- Nie do końca, choć wiem, że takie słowa padły w wywiadzie z którymś z naszych koszykarzy. To jakieś nieporozumienie, bo takie analizy były prowadzone, tyle że nieregularnie. Często po przegranych meczach trener chciał, żeby koszykarze zostawili co złe za sobą i skupili się na kolejnym meczu. Wszyscy wiemy – pozytywne podejście.
Filozofia „stay positive” stała się w pewnym momencie nawet powodem kpin otoczenia. Czy słusznie?
- Niech każdy sam rozstrzygnie. Ja rozumiem trenera. Wiele razy o tym z nim rozmawiałem i wiem, że takie podejście było jego celową strategią. Chyba nie muszę ukrywać, że w tym sezonie wiele spraw nie wyglądało tak jak powinno i gdyby szkoleniowiec jeszcze dorzucił do pieca rugając chłopaków, mogłoby się to skończyć bardzo źle.
Pozytywna filozofia trenera Krunicia owszem pozwoliła utrzymać zespół w całości, ale nie przyniosła też dobrego wyniku sportowego, a to przecież to jest celem każdej profesjonalnej drużyny. Czy to przez nią zabrakło nas w play-off?
- Moim zdaniem czynników składających się na słaby wynik było wiele. Od złego doboru mentalnego drużyny, przez brak mocniejszego egzekwowania oczekiwań od zawodników, po zwolnienie czterech osób w momencie, kiedy mieliśmy jeszcze szansę na play-off. Nie możemy uciekać od odpowiedzialności. Każdy z nas dorzucił swoje i ten splot różnych okoliczności dał tak negatywny efekt. Niemniej, myślę że nikt nie chciał źle. Choćby biorąc pod uwagę ten nietrafiony dobór koszykarzy: pod względem sportowym ich selekcja odbyła się według najlepszych kanonów, za to fatalnie ukształtowała się sfera mentalna. Chłopaki nie potrafili współdziałać. Gdyby to chodziło o graczy wielkiego formatu to ich niedopasowanie odbiłoby się najwyżej wywalczeniem srebra zamiast złota, albo półfinału zamiast finału. Klub stać jednak było na graczy, którzy tylko zaangażowaniem i dobrą chemią mogli zapracować na dobry wynik. Tych czynników zabrakło i jak to się skończyło wszyscy wiemy…
Marcowe zwolnienia były dla drużyny zaskoczeniem?
- Ogromnym. Informacja spadła na nas po dobrym porannym treningu. Najbliższy kontakt miałem oczywiście z trenerem i wiem, że dla niego to był szok.
Ale z jakiegoś powodu decyzja o zwolnieniach dotyczyła właśnie jego, Seida Hajricia, Arvydasa Eitatuviciusa i Andrei Crosariola. Dziwienie się i szukanie winnych wokół chyba im nie przystoi...
- Andrea Crosariol był zawodnikiem po którym widać było, że kiedyś grał na bardzo wysokim poziomie, ale na chwilę obecną nie należał do tytanów pracy. U większości trenerów nie funkcjonowałby w ogóle. Dzięki pozytywnemu podejściu trenera Krunicia dało się z niego w ogóle coś wycisnąć. Arvydas Eitutavicius dobrze trenował, ale nie udało mu się złapać rytmu w meczach. Seid też był pracowity, ale w jego przypadku zadecydowały pewnie oczekiwania, które wszyscy mieli wobec niego większe. I tak sobie tłumacząc można uzasadnić decyzję, która zapadła w stosunku do nich. Ja jednak nie jestem zwolennikiem takich rozwiązań i patrząc od strony trenera zdecydowanie wolałbym, żeby wszyscy dograli sezon i żebyśmy rozliczali ich po ostatnim meczu.
Zwolnienia miały pokazać, że we Włocławku nie toleruje się lenistwa i podziałać mobilizująco na innych zawodników. Podziałały?
- Koszykarze, którzy zostali zachowali się po prostu jak zawodowcy. Najlepiej jak potrafili dokończyli sezon. Nie widziałem żadnej dodatkowej mobilizacji, ale profesjonalizm jak najbardziej.
A pan wahał się, czy przyjąć posadę pierwszego szkoleniowca, czy potraktował zadanie jako szansę?
- Zostałem zatrudniony jako asystent i w tej roli chciałem dokończyć sezon. Dlatego, gdy zaproponowano mi zmianę obowiązków byłem rozdarty. Szansą bym tej sytuacji nie nazwał. Bo jaka to szansa, gdy ktoś daje ci zespół, który dopiero co przeżył szok po zwolnieniu trzech zawodników? Rozbity, psychicznie zmęczony, okrojony do minimum. Na pięć kolejek przed końcem sezonu. Szansa jest wtedy, kiedy można coś budować, gdy jest pozytywna atmosfera, kiedy jest czas. Dlatego poprosiłem o dzień do namysłu i do ostatniej chwili miałem ogromne rozterki. Ostatecznie jednak zaważyło poczucie odpowiedzialności. Zacząłem pracę w Anwilu Włocławek w sezonie 2009/2010 roku, gdy klub był niemal na szczycie. Teraz przyszedł największy kryzys i ja miałbym powiedzieć „nie tak się umawialiśmy, chcę wypełnić swój kontrakt jako asystent”? Uznałem, że to byłoby nie fair. Zwłaszcza, że klubowi w jego sytuacji trudno byłoby znaleźć jakąś alternatywę dla mnie. Każdy inny szkoleniowiec chciałby pieniędzy. Ja pozostałem przy swoim wynagrodzeniu. I podkreślam: zgodziłem się nie dla siebie, tylko dla klubu, który dał mi tak wiele dobrego w poprzednich sezonach.
W czarnych scenariuszach widział pan porażki trzydziestoma i więcej punktami?
- Myślałem o tym. Pamiętałem mecze, gdy byliśmy w normalnym składzie i przegrywaliśmy z Asseco trzydziestoma pięcioma punktami. Przeżywałem to mimo, że byłem tylko asystentem, a co tu mówić o tym co czuł trener Krunić! Obserwowałem go i to było trochę jak horror, z którego chciałby się już obudzić. Dostawaliśmy straszny łomot, nie było już żadnej nadziei, a on przy linii musiał dalej prowadzić to marne widowisko. Wiem jak to przeżywał i zakładałem, że mnie może spotkać coś podobnego, zwłaszcza przy uszczuplonej rotacji.
A czy były pozytywne myśli, to znaczy taka prawdziwa wiara, że uda się wygrać mecz czy dwa?
- Uporządkujmy. Czarne scenariusze były, gdy nie mogłem się zdecydować, czy objąć zespół, czy nie. Kiedy już podjąłem decyzję o tym, że poprowadzę Anwil, moje myślenie przeniosło się na zupełnie inne tory. Od tego momentu zacząłem skupiać się na tym, jak wygrywać. To chyba normalne. Każdy kolejny mecz uważałem za możliwy do rozstrzygnięcia na naszą korzyść. Wierzyłem w chłopaków i doszukiwałem się słabych stron rywali, które moglibyśmy wykorzystać. Naprawdę za każdym razem wychodziłem na boisko (i myślę, że moi zawodnicy też) po zwycięstwo.
Jutro druga część wywiadu...