Głosami kibiców Mujo Tuljković został wybrany najwartościowszym zawodnikiem Anwilu Włocławek w październiku. Swoją wysoką formę skrzydłowy potwierdza w również w bieżącym miesiącu i jak deklaruje nam w wywiadzie, w przyszłości wcale nie zamierza zwolnić tempa - Chcę i zamierzam grać na tym samym poziomie do czerwca i jeśli zdrowie pozwoli, to tak będzie.-
Głosami kibiców Mujo Tuljković został wybrany najwartościowszym zawodnikiem Anwilu Włocławek w październiku. Swoją wysoką formę skrzydłowy potwierdza w również w bieżącym miesiącu i jak deklaruje nam w wywiadzie, w przyszłości wcale nie zamierza zwolnić tempa - Chcę i zamierzam grać na tym samym poziomie do czerwca i jeśli zdrowie pozwoli, to tak będzie.-
Potrafisz wymienić wszystkie polskie kluby, w których grałeś?
- Tak, każdy swój klub świetnie pamiętam. W Polsce były to: Wisła Kraków – przez dwa lata, później Anwil Włocławek, Polpak Świecie, Basket Kwidzyn, Polpharma Starogard Gdański i teraz ponownie Anwil.
Trochę się tego uzbierało, ale chyba żaden z nich nie miał na starcie bilansu 6-0?
- Rzeczywiście, chyba nie. Chociaż w ubiegłym sezonie też miałem znakomity start z Polpharmą. Mieliśmy bilans 4-0 i zatrzymała nas dopiero ekipa Asseco Prokomu Sopot. Graliśmy naprawdę ładnie i skutecznie.
I podobnie jak teraz, byłeś motorem napędowym swojego zespołu…
- Tak się złożyło, że też dobrze wszedłem w sezon. Miałem nawet lepsze statystyki niż teraz. Tyle, że Anwil gra inną koszykówkę niż Polpharma i chyba nie ma co porównywać swoich statystyk. We Włocławku gra opiera się na większej liczbie koszykarzy. Myślę, że jesteśmy naprawdę mocną ekipą. Pewnie przed sezonem wiele osób mówiło, że Anwil się osłabił, że ma gorszy skład niż w poprzednich latach. A tu niespodzianka. Anwil wcale nie ma kompleksów i może wygrać z każdym. Oczywiście, przed nami długa droga, żeby grać jeszcze lepiej, ale chyba i tak nikt nie może na razie na nas narzekać.
Przyszedłeś do klubu w zastępstwie Kevyna Greena, wiedząc, że w grach przedsezonowych był to nasz najskuteczniejszy koszykarz. Czy to sprawiło, że tak zdecydowanie wziąłeś na siebie rolę strzelca?
- Nie miałem okazji poznać Kevyna, ale wszyscy mówią mi, że był naprawdę dobrym zawodnikiem. Niestety, miał problemy rodzinne i tak się stało, że musiałem go zastąpić. Jednak trudno mi powiedzieć, czy jego postawa miała jakiś wpływ na moje osiągnięcia. Ja po prostu gram swoje i nie patrzę, czy zastępuję znakomitego strzelca albo obrońcę. Trener Igor Griszczuk doskonale wiedział, jakim typem zawodnika jestem i wybierając mnie do swojej drużyny, na pewno kierował się tym, co mogę jej dać. Być może szukał kogoś podobnego do Kevyna, a może zupełnie innego. Ja nie wiem, ja gram swoje.
Na oficjalnej stronie internetowej klubu zostałeś wybrany MVP, czyli najlepszym zawodnikiem, października. Cenisz wyróżnienia, które przyznają ci kibice?
- To są najcenniejsze nagrody. Wiem, że w ubiegłym roku MVP sezonu został Łukasz Koszarek i byłoby mi bardzo miło, gdyby w tym sezonie górą był obcokrajowiec, jak ja. Decyzja należy jednak oczywiście do kibiców. Spróbuję ich przekonać swoją grą, ale kto okaże się ich ulubieńcem, to czas pokaże.
- Tak, każdy swój klub świetnie pamiętam. W Polsce były to: Wisła Kraków – przez dwa lata, później Anwil Włocławek, Polpak Świecie, Basket Kwidzyn, Polpharma Starogard Gdański i teraz ponownie Anwil.
Trochę się tego uzbierało, ale chyba żaden z nich nie miał na starcie bilansu 6-0?
- Rzeczywiście, chyba nie. Chociaż w ubiegłym sezonie też miałem znakomity start z Polpharmą. Mieliśmy bilans 4-0 i zatrzymała nas dopiero ekipa Asseco Prokomu Sopot. Graliśmy naprawdę ładnie i skutecznie.
I podobnie jak teraz, byłeś motorem napędowym swojego zespołu…
- Tak się złożyło, że też dobrze wszedłem w sezon. Miałem nawet lepsze statystyki niż teraz. Tyle, że Anwil gra inną koszykówkę niż Polpharma i chyba nie ma co porównywać swoich statystyk. We Włocławku gra opiera się na większej liczbie koszykarzy. Myślę, że jesteśmy naprawdę mocną ekipą. Pewnie przed sezonem wiele osób mówiło, że Anwil się osłabił, że ma gorszy skład niż w poprzednich latach. A tu niespodzianka. Anwil wcale nie ma kompleksów i może wygrać z każdym. Oczywiście, przed nami długa droga, żeby grać jeszcze lepiej, ale chyba i tak nikt nie może na razie na nas narzekać.
Przyszedłeś do klubu w zastępstwie Kevyna Greena, wiedząc, że w grach przedsezonowych był to nasz najskuteczniejszy koszykarz. Czy to sprawiło, że tak zdecydowanie wziąłeś na siebie rolę strzelca?
- Nie miałem okazji poznać Kevyna, ale wszyscy mówią mi, że był naprawdę dobrym zawodnikiem. Niestety, miał problemy rodzinne i tak się stało, że musiałem go zastąpić. Jednak trudno mi powiedzieć, czy jego postawa miała jakiś wpływ na moje osiągnięcia. Ja po prostu gram swoje i nie patrzę, czy zastępuję znakomitego strzelca albo obrońcę. Trener Igor Griszczuk doskonale wiedział, jakim typem zawodnika jestem i wybierając mnie do swojej drużyny, na pewno kierował się tym, co mogę jej dać. Być może szukał kogoś podobnego do Kevyna, a może zupełnie innego. Ja nie wiem, ja gram swoje.
Na oficjalnej stronie internetowej klubu zostałeś wybrany MVP, czyli najlepszym zawodnikiem, października. Cenisz wyróżnienia, które przyznają ci kibice?
- To są najcenniejsze nagrody. Wiem, że w ubiegłym roku MVP sezonu został Łukasz Koszarek i byłoby mi bardzo miło, gdyby w tym sezonie górą był obcokrajowiec, jak ja. Decyzja należy jednak oczywiście do kibiców. Spróbuję ich przekonać swoją grą, ale kto okaże się ich ulubieńcem, to czas pokaże.
Twoje październikowe statystyki (16,4 punktu, 7,4 zbiórki, 1,6 asysty i 1,6 przechwytu) pokazują, że w dużym stopniu brałeś grę na siebie. To była wyjątkowa sytuacja, bo na starcie ligi w Anwilu brakowało lidera, czy tak już będzie przez cały sezon?
- To wszystko zależy od trenera. Ja jestem gotowy brać odpowiedzialność na siebie i jeśli on będzie tego ode mnie oczekiwał, to taka sytuacja może trwać do końca sezonu. Jeśli jednak uzna, że więcej zagrywek powinniśmy grać na kogoś innego, to też się dostosuję. Zawsze staram się wychodzić na parkiet skoncentrowany na tym, co przykazał mi trener. Tak było we wszystkich meczach tego sezonu i tak pozostanie do końca. To trener wyznacza nam role na boisku i jeśli wygrywamy, to wszyscy jesteśmy bohaterami. Ważny jest każdy zawodnik, i ten, który rzuci 26 punktów, i ten, który zbierze ważną piłkę w czwartej kwarcie. Oczywiście, ja osobiście chcę i zamierzam grać na tym samym poziomie do czerwca i jeśli zdrowie pozwoli, to tak będzie.
A propos zdrowia: mecz z Kotwicą Kołobrzeg jest trzecim w ciągu dziesięciu dni. Czy to nie za dużo jak na twoje siły?
- Przecież na początku sezonu też graliśmy w takim systemie i wygrywaliśmy. Nikt nie mówił, że będzie lekko, ale damy radę. Trzeba tylko profesjonalnie do tego podejść. Grać na 100% w meczach i maksymalnie wypoczywać w wolnych chwilach. Nie ma mowy o innych, pozasportowych zajęciach. Musimy żyć systemem „mecz – trening – odpoczynek”.
Czekasz na powrót Bartłomieja Wołoszyna? Czy uważasz, że on będzie w stanie cię odciążyć?
- Bartek jest potrzebny nie tylko mi, ale całemu zespołowi. Myślę, że wniesie nową świeżość do drużyny i bardzo nam pomoże. Jest Polakiem, więc zwiększa możliwość rotacji drużyny. To jeszcze młody koszykarz i chyba poradzi sobie z powrotem na boisko po długiej kontuzji. Aťyczę mu dużo zdrowia i szybkiego dojścia do normalnej dyspozycji. Ja nigdy nie miałem poważnego urazu, więc nie wiem – i nie chcę wiedzieć – jak to jest.
To zupełnie inaczej niż twoi poprzednicy z Bałkanów w ubiegłym roku. Teraz możesz się za nich zrehabilitować…
- Oj tak, Anwil miał w ubiegłym roku ogromnego pecha z kontuzjami. To są oczywiście przypadki losowe, ale dzięki Bogu mnie zawsze omijały. Moim sposobem na unikanie kontuzji jest pracowite lato. Staram się świetnie przygotować do sezonu, a potem to procentuje.
Ograniczoną rotację trener Igor Griszczuk ma również na pozycji rozgrywającego. Czy Mike Trimboli zrobił dobrze, odchodząc z Włocławka?
- Trudno powiedzieć. Wszystko zależy od tego, do jakiego klubu trafi i czy nowy trener będzie chciał na niego stawiać. To była decyzja Mike’a i niech on za nią odpowiada. Mogę tylko powiedzieć, że uważam go za utalentowanego rozgrywającego, który może zrobić karierę. W Europie wcale nie jest tak łatwo, jak Amerykanie sobie wyobrażają, ale Mikeowi życzę wszystkiego najlepszego.
Może posłużył się twoim przykładem, bo ty również, będąc młodszym, nie zagrzałeś na długo miejsca w Anwilu, a teraz jesteś naszą gwiazdą. Podpowiadałeś mu takie rozwiązanie?
- (śmiech) Nie czuję się gwiazdą i nie chciałbym, żeby tak na mnie mówiono. A co do Mike’a, to oczywiście niczego takiego bym mu nie doradzał. On ma swoje życie i sam decyduje o tym, co chce robić. Musimy to uszanować.
- To wszystko zależy od trenera. Ja jestem gotowy brać odpowiedzialność na siebie i jeśli on będzie tego ode mnie oczekiwał, to taka sytuacja może trwać do końca sezonu. Jeśli jednak uzna, że więcej zagrywek powinniśmy grać na kogoś innego, to też się dostosuję. Zawsze staram się wychodzić na parkiet skoncentrowany na tym, co przykazał mi trener. Tak było we wszystkich meczach tego sezonu i tak pozostanie do końca. To trener wyznacza nam role na boisku i jeśli wygrywamy, to wszyscy jesteśmy bohaterami. Ważny jest każdy zawodnik, i ten, który rzuci 26 punktów, i ten, który zbierze ważną piłkę w czwartej kwarcie. Oczywiście, ja osobiście chcę i zamierzam grać na tym samym poziomie do czerwca i jeśli zdrowie pozwoli, to tak będzie.
A propos zdrowia: mecz z Kotwicą Kołobrzeg jest trzecim w ciągu dziesięciu dni. Czy to nie za dużo jak na twoje siły?
- Przecież na początku sezonu też graliśmy w takim systemie i wygrywaliśmy. Nikt nie mówił, że będzie lekko, ale damy radę. Trzeba tylko profesjonalnie do tego podejść. Grać na 100% w meczach i maksymalnie wypoczywać w wolnych chwilach. Nie ma mowy o innych, pozasportowych zajęciach. Musimy żyć systemem „mecz – trening – odpoczynek”.
Czekasz na powrót Bartłomieja Wołoszyna? Czy uważasz, że on będzie w stanie cię odciążyć?
- Bartek jest potrzebny nie tylko mi, ale całemu zespołowi. Myślę, że wniesie nową świeżość do drużyny i bardzo nam pomoże. Jest Polakiem, więc zwiększa możliwość rotacji drużyny. To jeszcze młody koszykarz i chyba poradzi sobie z powrotem na boisko po długiej kontuzji. Aťyczę mu dużo zdrowia i szybkiego dojścia do normalnej dyspozycji. Ja nigdy nie miałem poważnego urazu, więc nie wiem – i nie chcę wiedzieć – jak to jest.
To zupełnie inaczej niż twoi poprzednicy z Bałkanów w ubiegłym roku. Teraz możesz się za nich zrehabilitować…
- Oj tak, Anwil miał w ubiegłym roku ogromnego pecha z kontuzjami. To są oczywiście przypadki losowe, ale dzięki Bogu mnie zawsze omijały. Moim sposobem na unikanie kontuzji jest pracowite lato. Staram się świetnie przygotować do sezonu, a potem to procentuje.
Ograniczoną rotację trener Igor Griszczuk ma również na pozycji rozgrywającego. Czy Mike Trimboli zrobił dobrze, odchodząc z Włocławka?
- Trudno powiedzieć. Wszystko zależy od tego, do jakiego klubu trafi i czy nowy trener będzie chciał na niego stawiać. To była decyzja Mike’a i niech on za nią odpowiada. Mogę tylko powiedzieć, że uważam go za utalentowanego rozgrywającego, który może zrobić karierę. W Europie wcale nie jest tak łatwo, jak Amerykanie sobie wyobrażają, ale Mikeowi życzę wszystkiego najlepszego.
Może posłużył się twoim przykładem, bo ty również, będąc młodszym, nie zagrzałeś na długo miejsca w Anwilu, a teraz jesteś naszą gwiazdą. Podpowiadałeś mu takie rozwiązanie?
- (śmiech) Nie czuję się gwiazdą i nie chciałbym, żeby tak na mnie mówiono. A co do Mike’a, to oczywiście niczego takiego bym mu nie doradzał. On ma swoje życie i sam decyduje o tym, co chce robić. Musimy to uszanować.
Jak się czuje koszykarz, który u progu swojej kariery odchodzi z klubu, w którym bardzo chce grać?
- Przyjechałem do Włocławka w 2002 roku. Nie znałem ani języka polskiego, ani angielskiego. Miałem 23 lata i po raz pierwszy znalazłem się daleko od rodziny i ojczyzny. To były dla mnie ciężkie chwile i przyznam, że miałem takie myśli, żeby rzucić to wszystko i wrócić do domu. To byłoby najprostsze rozwiązanie, ale czasem trzeba zacisnąć zęby i pozostawić problemy za sobą. Tak zrobiłem i nie żałuję, bo teraz Polskę uważam za swoją drugą ojczyznę. Co prawda, los sprawił, że we Włocławku nie mogłem grać dłużej, ale doświadczenie zebrałem w innych klubach.
Czy gdy opuszczałeś Halę Mistrzów, powiedziałeś sobie „jeszcze tu wrócę”?
- Gra w Anwilu była moim wielkim pragnieniem. Gdy przyjechałem tu z Bośni, byłem trochę przestraszony. Słynna drużyna, świetny trener – Andrej Urlep, profesjonalna organizacja klubu – wszystko to robiło duże wrażenie. Zwłaszcza, że dla mnie prawdziwa kariera dopiero się zaczynała. Niestety, okazało się, że jeszcze muszę się wiele nauczyć, żeby tu grać. Dlatego do nikogo pretensji nie miałem, ale tak jak wspomniałeś, postanowiłem sobie, że jeszcze wrócę do Włocławka.
Czy Anwil zmienił się od 2002 roku?
- Właściwie to nie. Oczywiście są tu kompletnie nowi trenerzy i zawodnicy, ale organizacja pozostaje taka sama. To jest fajny klub, w którym można myśleć tylko o koszykówce, nie martwiąc się o życie. Tak jak wtedy, tak i dziś klub i kibice robią wszystko, żeby zawodnicy dobrze się tu czuli.
Z pewnością pewną zmianą jest to, że jest tu trener, który wierzy w twoje umiejętności i stawia na ciebie…
- Andrej Urlep też nie był złym człowiekiem. Po prostu uznał, że inni zawodnicy, których wtedy miał do dyspozycji, byli lepsi od jakiegoś małolata. Być może dziś już bym go do siebie przekonał. A co do trenera Igora Griszczuka, to mamy świetny kontakt. Staram się wypełniać wszystkie jego polecenia, a on jest chyba ze mnie zadowolony. Mam taką nadzieję…
Czy jest jakiś element, w którym Anwil znacznie różni się od pozostałych klubów Polskiej Ligi Koszykówki?
- Anwil jest świetną marką, która budzi respekt w całej koszykarskiej Polsce. W tej chwili mamy bilans 6-0 i choć wielu myślało, że będzie z nami gorzej, to teraz na pewno się nie dziwią. Anwil to drużyna, która zawsze walczy o najwyższe cele i naturalne jest, że stawia się ją w gronie faworytów. Gdy wygrywaliśmy z Polpharmą, to wszyscy mówili, że nasza passa szybko się urwie i skończymy sezon w dolnej części tabeli.
A co mówią koszykarze innych klubów o Anwilu?
- Ja myślę, że każdy chciałby tu grać. Nawet jak ktoś mówi, że na Anwil specjalnie się mobilizuje, to właśnie po to, żeby swoją postawą pokazać, że nadaje się do gry we Włocławku.
- Przyjechałem do Włocławka w 2002 roku. Nie znałem ani języka polskiego, ani angielskiego. Miałem 23 lata i po raz pierwszy znalazłem się daleko od rodziny i ojczyzny. To były dla mnie ciężkie chwile i przyznam, że miałem takie myśli, żeby rzucić to wszystko i wrócić do domu. To byłoby najprostsze rozwiązanie, ale czasem trzeba zacisnąć zęby i pozostawić problemy za sobą. Tak zrobiłem i nie żałuję, bo teraz Polskę uważam za swoją drugą ojczyznę. Co prawda, los sprawił, że we Włocławku nie mogłem grać dłużej, ale doświadczenie zebrałem w innych klubach.
Czy gdy opuszczałeś Halę Mistrzów, powiedziałeś sobie „jeszcze tu wrócę”?
- Gra w Anwilu była moim wielkim pragnieniem. Gdy przyjechałem tu z Bośni, byłem trochę przestraszony. Słynna drużyna, świetny trener – Andrej Urlep, profesjonalna organizacja klubu – wszystko to robiło duże wrażenie. Zwłaszcza, że dla mnie prawdziwa kariera dopiero się zaczynała. Niestety, okazało się, że jeszcze muszę się wiele nauczyć, żeby tu grać. Dlatego do nikogo pretensji nie miałem, ale tak jak wspomniałeś, postanowiłem sobie, że jeszcze wrócę do Włocławka.
Czy Anwil zmienił się od 2002 roku?
- Właściwie to nie. Oczywiście są tu kompletnie nowi trenerzy i zawodnicy, ale organizacja pozostaje taka sama. To jest fajny klub, w którym można myśleć tylko o koszykówce, nie martwiąc się o życie. Tak jak wtedy, tak i dziś klub i kibice robią wszystko, żeby zawodnicy dobrze się tu czuli.
Z pewnością pewną zmianą jest to, że jest tu trener, który wierzy w twoje umiejętności i stawia na ciebie…
- Andrej Urlep też nie był złym człowiekiem. Po prostu uznał, że inni zawodnicy, których wtedy miał do dyspozycji, byli lepsi od jakiegoś małolata. Być może dziś już bym go do siebie przekonał. A co do trenera Igora Griszczuka, to mamy świetny kontakt. Staram się wypełniać wszystkie jego polecenia, a on jest chyba ze mnie zadowolony. Mam taką nadzieję…
Czy jest jakiś element, w którym Anwil znacznie różni się od pozostałych klubów Polskiej Ligi Koszykówki?
- Anwil jest świetną marką, która budzi respekt w całej koszykarskiej Polsce. W tej chwili mamy bilans 6-0 i choć wielu myślało, że będzie z nami gorzej, to teraz na pewno się nie dziwią. Anwil to drużyna, która zawsze walczy o najwyższe cele i naturalne jest, że stawia się ją w gronie faworytów. Gdy wygrywaliśmy z Polpharmą, to wszyscy mówili, że nasza passa szybko się urwie i skończymy sezon w dolnej części tabeli.
A co mówią koszykarze innych klubów o Anwilu?
- Ja myślę, że każdy chciałby tu grać. Nawet jak ktoś mówi, że na Anwil specjalnie się mobilizuje, to właśnie po to, żeby swoją postawą pokazać, że nadaje się do gry we Włocławku.
Wywiad ukazał się w ostatnim numerze czasopisma "Nasz Anwil".