Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Krzysztof Szubarga: Zawsze dawałem z siebie wszystko

Poniedziałek, 10 Czerwca 2013, 1:00, Michał Fałkowski

Po sezonie 2012/2013 o podsumowanie poprosiliśmy kapitana Anwilu Włocławek, Krzysztofa Szubargę. Dla niego był to najdłuższy i zakończony z najwyższą średnią punktową sezon w karierze. Dla zespołu rozgrywki zakończyły się czwartym miejscem. Jak ocenia ten wynik? Zapraszamy do lektury.

Po sezonie 2012/2013 o podsumowanie poprosiliśmy kapitana Anwilu Włocławek, Krzysztofa Szubargę. Dla niego był to najdłuższy i zakończony z najwyższą średnią punktową sezon w karierze. Dla zespołu rozgrywki zakończyły się czwartym miejscem. Jak ocenia ten wynik? Zapraszamy do lektury.
Gratulacje w imieniu kibiców i klubu za zdobycie statuetki MVP sezonu 2012/2013.

- Dziękuję za każdy głos. Szkoda, że w ważnym momencie złamałem palec, bo jestem przekonany, że mógłbym dać zespołowi jeszcze więcej i końcowy wynik mógłby być lepszy. Tak sobie myślę, że dostać tytuł MVP dzięki głosowaniu fanów, to najważniejsze, co może spotkać koszykarza w jego indywidualnym sportowym życiu. Tym bardziej, raz jeszcze, dziękuję.

Nagroda ma jednak słodko-gorzki smak, bo po dobrym sezonie nie postawiliście kropki nad „i” w meczach o brąz. Jak ty oceniasz miniony rok?

- Dla Anwilu był to jeden krok do przodu w porównaniu z poprzednim sezonem i to już jest plus. Szkoda, że nie udało się postawić dwóch kroków, bo wtedy mielibyśmy medal i ocena tych rozgrywek byłaby zdecydowanie bardziej pozytywna. Niemniej, myślę że jako drużyna zbudowana przed tym sezonem od podstaw, wykonaliśmy solidną pracę i zdążyliśmy zgrać się na tyle, że zaliczyliśmy wiele bardzo dobrych meczów. W ćwierćfinale wyeliminowaliśmy Asseco Prokom, w półfinale walczyliśmy jak równy z równym z PGE Turowem i przegraliśmy naprawdę nieznacznie. Mało tego, po dalszych wydarzeniach w lidze widać ile sił i zdrowia zostało zostawionych na parkiecie w naszym półfinale. Zgorzelczanie nie mogli już odzyskać rytmu i formy w finale, a nam nie starczyło energii na walkę o brąz.

Wspominałeś o kontuzji, która przeszkodziła ci w najważniejszym momencie sezonu. Jak to możliwe, żeby w dwa tygodnie tak wybić się z uderzenia?

- Tutaj nie ma mowy o jakimś urazie psychicznym, czy złym mentalnym nastawieniu. W moim podejściu do meczów, pomimo kontuzji, nie zmieniło się nic. W sezonie zasadniczym, szóstkach, ćwierćfinale w którym zagrałem ze złamanym palcem, i później po powrocie, zawsze dawałem z siebie wszystko. Bardzo chciałem wyeliminować zgorzelczan i widząc, że wobec kontuzji innych chłopaków, trener ma małe pole manewru Polakami, zdecydowałem się wrócić. To była ryzykowna decyzja, ale powiedziałem trenerowi, że w razie potrzeby może na mnie liczyć. Okazało się, że palec wciąż mi dokucza i nie mam takiego komfortu gry jak wcześniej.

Co się działo w waszej szatni w przerwach? Czemu zwykle w trzeciej kwarcie wasza gra się załamywała i czemu najboleśniej odczuliśmy to w spotkaniach z AZS Koszalin?

- Zwykle na przerwę schodziliśmy z prowadzeniem i może to trochę usypiało naszą czujność… Nie wiem, nie potrafię na to pytanie jednoznacznie odpowiedzieć. Sam często myślę o pierwszym meczu z AZS, gdy schodziliśmy do szatni z 17 punktami przewagi, a później wszystko roztrwoniliśmy… Niewytłumaczalne…

Niewątpliwymi wygranymi tegorocznego play-off są Michał Sokołowski i Mateusz Bartosz. Ten pierwszy błysnął ambicją i talentem, a drugi pokazał wielkie serce do gry. O czym świadczy fakt, że zawodnicy, którzy nigdy wcześniej nie grali na tym poziomie, stali się ważnymi ogniwami w półfinale i podczas gry o brąz?

- To dowód na to, że każdy w drużynie jest potrzebny. Michał od początku budowania składu znajdował się w gronie tych, którzy mieli mieć wpływ na wyniki. Mateusz z kolei nigdy się nie skarżył i harował na pozycji centra, która zupełnie nie jest jego pozycją. Dobra gra w play-off była dla niego nagrodą za to, że potrafił się odnaleźć w naszej trudnej sytuacji kadrowej i pomagał tam gdzie było trzeba. Postawa chłopaków, to dowód na to, że w Anwilu tkwiły duże pokłady talentu. Gdybyśmy wszyscy byli zdrowi, to półfinał mógł się potoczyć zupełnie inaczej.
Największe pozytywne zaskoczenie sezonu w Anwilu?

- Michał Sokołowski. Pokazał się z bardzo dobrej strony i tym samym otworzył sobie furtkę do gry w przyszłym sezonie. Niech pracuje ciężko, bo warto.

Największy negatyw?

- Prześladujące nas kontuzje.

Pora zregenerować siły i powoli przestawić się na myślenie o nowym sezonie. Czy koszykarz może mieć spokojne wakacje, czy raczej ciągle towarzyszą mu myśli o kontraktach, umowach, negocjacjach?

- Gdy jest się młodym zawodnikiem, to rzeczywiście trudno o spokój latem. Wtedy przychodzą myśli typu „Co dalej? Gdzie ja będę grał?”. Na szczęście ja już zebrałem trochę doświadczenia i tak się nie przejmuję. Mam swojego agenta, który dba o to, żebym mógł spokojnie wypocząć, a później z czystą głową przystąpić do planowania tego, co będę robił w kolejnym sezonie.

To jak wypoczywasz w tym roku?

- Wyjeżdżam do szwagierki na Teneryfę. Co roku staram się wypoczywać krótko, ale intensywnie. Dlatego wypad w jakieś cieplejsze zakątki Europy to strzał w dziesiątkę.

W takim razie, na koniec seria krótkich, wakacyjnych pytań. Lato to grill i kiełbaski, czy raczej świeże owoce?

- Na początku wakacji grill, a jak już przybędą 2 kilogramy, to kalafior i owoce.

Leżak i gazeta, czy bieganie po parku?

- Znów tak samo: na początku leżak, gazeta i słońce, a później już bardziej aktywnie. W tym roku pewnie będzie dużo spacerów, bo mały synek domaga się towarzyszenia mu w pierwszych krokach.

Zabytki, czy przyroda?

- Przyroda.

Rower, czy siłownia?

- Siłownia.

Quad czy skuter wodny?


- I to, i to.