Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Krzysztof Szubarga: Od dziecka kibicowałem włocławianom

Piątek, 25 Maja 2012, 1:00, Michał Fałkowski

W sezonie 2011/2012 zanotował najwyższą średnią punktową od 3 lat (11.9 pkt.), najlepszą skuteczność za trzy (41%), najlepszą skuteczność rzutów wolnych (79%) i wyrównał rekord skuteczności z gry (47%). Mimo to Krzysztof Szubarga uważa, że rozgrywki były nieudane.

W sezonie 2011/2012 zanotował najwyższą średnią punktową od 3 lat (11.9 pkt.), najlepszą skuteczność za trzy (41%), najlepszą skuteczność rzutów wolnych (79%) i wyrównał rekord skuteczności z gry (47%). Mimo to Krzysztof Szubarga uważa, że rozgrywki były nieudane.
Wbrew ogólnej ocenie minionego sezonu, panu należy chyba gratulować znakomitych wyników indywidualnych?

Krzysztof Szubarga: Tyle tylko, że koszykówka jest dyscypliną zespołową. Na pewno lepiej bym się czuł, gdybyśmy teraz grali o medale, a nie oglądali mecze wyłącznie w telewizji. Dlatego statystyki indywidualne odchodzą na bok i zostaje wielki niedosyt. Grając dla Anwilu zawsze mierzy się w najwyższe cele i gdy przechodzą one koło nosa, to pozostaje żal. Włocławski zespół drugi raz z rzędu odpadł w ćwierćfinale, ale myślę, że limit niepowodzeń został wyczerpany i od przyszłego sezonu będzie piął się w górę.

Nie uwierzę, że zupełnie nie obchodzą pana własne osiągnięcia. Przecież myśl „Szubi pokazał klasę” towarzyszy nie tylko mi, ale i wielkiej części kibiców, no i na pewno panu…

- To był bardzo ważny sezon dla mnie, bo wróciłem do pełnego wymiaru gry po poważnej kontuzji. We wcześniejszych rozgrywkach zagrałem tylko 3 miesiące i teraz udowodniłem sobie, że spokojnie mogę walczyć na całego. Jest więc kilka plusów, ale one nie zastąpią medalu.

Zgodzi pan się, że w trakcie sezonu miał pan przełomowy moment, w którym uwolnił pokłady energii wcześniej nie do końca wykorzystywanej?

- Myślę, że jest w tym dużo prawdy. Zacznijmy od tego, że ten sezon był dla mnie dziwny. Pierwszy raz nie przeszedłem okresu przygotowawczego, co później sprawiło, że trudno mi było ustabilizować formę. Gdy zespół objął doskonale mnie znający Krzysztof Szablowski, udało mu się wydobyć z mojej osoby, to co najlepsze. Dotarł do mnie i znów zacząłem grać jak dawniej. Poza tym, to była decydująca faza sezonu. Doświadczeni zawodnicy właśnie wtedy najlepiej pokazują swoje umiejętności.

Tyle, że tutaj chyba nie chodzi o czysto koszykarskie atrybuty, bo skutecznością imponował pan od początku rozgrywek. Chodzi o kwestie mentalne. Wreszcie uwolnił pan ogromną energię.

- To był taki moment, że albo byśmy się poddali, albo wzięli za siebie i powalczyli o jak najlepszy wynik. Wybraliśmy tę drugą opcję, a to oznaczało, że każdy z nas musiał coś w sobie zmienić. Mi udało się otworzyć jakieś nowe pokłady emocji. Pomógł mi w tym trener Krzysztof Szablowski, który cały czas przypominał mi jak powinienem i jak mogę funkcjonować.

A czy drugim czynnikiem, który wyzwolił w panu sportową złość był słaby styl gry partnerów. Czy pan jako rozgrywający musiał nimi wstrząsnąć?

- Tak rzeczywiście było. Ci, którzy mnie znają, wiedzą jak reaguję na meczach i dla nich powrót agresywnego stylu nie był zaskoczeniem. Dostosowali się do niego. Na innych podziałał mobilizująco.
W 19 ostatnich meczach PGE Turów wygrał zaledwie 6 razy, w tym 4 z Anwilem. Czy to oznacza, że miał na was patent?

- Trzeba przyznać, że zgorzelczanom Anwil bardzo odpowiadał. Za każdym razem, gdy z nami grali potrafili wykorzystać nasze słabości i wyeksponować swoje mocne strony. Nie boję się jednak powiedzieć, że gdyby z drużyną był Seid Hajrić, to nie przegralibyśmy tego ćwierćfinału. Wystarczy spojrzeć jak mało punktów traciliśmy, gdy Seid był na parkiecie i jak dużo gdy go zabrakło. To była kluczowa sprawa. Gdyby Hajrić nie złapał kontuzji, to dziś nie rozmawialibyśmy o patencie PGE Turowa. Jestem pewny, że gdyby nie ta kontuzja, to wyszlibyśmy z tej rywalizacji zwycięsko.

Czy pańskim zdaniem wszyscy koszykarze Anwilu byli w pełni zaangażowani w mecze ćwierćfinałowe?

- Myślę, że tak. Nie czułem w szatni, ani poza nią, żeby ktoś odpuszczał. Może nie wszyscy byli mentalnie przygotowani na taką presję walki o medale. To jednak nie zmienia faktu, że wszyscy bardzo chcieli wygrać.

Po dwóch sezonach z rzędu, gdy grał pan o medale, a później występował w kadrze, teraz ma pan okazję chwilę odsapnąć.

- Nawet o tym ostatnio myślałem. Gdy już ochłonąłem po odpadnięciu z ćwierćfinału znalazłem jeden pozytyw, czyli możliwość odpoczynku. Dla mojego zdrowia ten czas jest bardzo cenny. Wcześniej długo grałem w lidze, a później dochodziła kadra i nie zawsze znajdowałem czas na zadbanie o siebie. Teraz może być inaczej.

Tyle tylko, że w tegoroczne wakacje reprezentacja znów się zbiera i walczy o awans do EuroBasketu w Słowenii.

- To jest osobny temat, a do tego nie ukrywam, przykry. Można powiedzieć, że otrzymałem słowne powołanie. Rozmawiałem jednak z dyrektorem Walterem Jeklinem i poinformowałem go, że po tym jak doznałem kontuzji reprezentując Polskę, do dzisiejszego dnia nie zostało wypłacone ubezpieczenie mojego kontraktu.

To zawsze duży kłopot dla koszykarzy i takie incydenty w ogóle nie powinny mieć miejsca. Czy w takim razie, to oznacza, że nie zamierza pan więcej ryzykować i przyjmować powołań?

- Tak, byłem szczery z dyrektorem Jeklinem i powiedziałem mu, że dopóki ta sytuacja nie zostanie rozwiązana, kwestia mojej obecności w kadrze jest zamknięta.

A co jeśli chodzi o grę w lidze: ma pan propozycje z innych klubów, czy będzie się starał pozostać we Włocławku?

- Oczywiście, jak zawsze pojawiły się różne opcje, ale priorytetem jest dla mnie gra w Anwilu. Jeśli klub wyrazi chęć pozostawienia mnie w składzie, to z przyjemnością podpiszę nowy kontrakt. Ja już kiedyś powiedziałem, że od dziecka kibicowałem włocławianom. To najważniejszy klub w mojej karierze i tu chciałbym zostać.