Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

K. Wysocki: Chcę być najlepszym transferem sezonu

Wtorek, 02 Września 2014, 11:37, Michał Fałkowski

Znakomity koszykarz i ciekawa osobowość, czyli Konrad Wysocki, udzielił nam wywiadu, w którym opowiada o doświadczeniach z przeszłości i deklaruje, że chce odegrać ważną rolę w lidze. Skrzydłowy nie boi się odważnych deklaracji i mówi 'Chcę być najlepszym transferem sezonu'.

Łukasz Pszczółkowski: Pieniądze, kobiety, czy sława – co skłoniło cię do tego, że spośród wielu życiowych możliwości postawiłeś na koszykówkę?

Konrad Wysocki: (śmiech) To rzeczywiście jest tak, że mogłem wybrać kilka innych dróg. Bardzo kusiła mnie, na przykład, praca architekta w Stanach Zjednoczonych. Postanowiłem jednak wybrać to co najbardziej lubię, czyli koszykówkę. Może się wydawać, że to było pójście najłatwiejszą drogą, ale to nieprawda.

Wróciłeś ze Stanów do Niemiec i musiałeś zaczynać od drugiej ligi…

- No właśnie. Ale jestem z tego dumny. Wiele osób mówi, że zaczynało od zera, jednak trochę przesadzają. A gdyby prześledzić moją karierę, to jak na dłoni widać, że rok po roku budowałem swoją pozycję, startując z zerowego poziomu, a dochodząc do Igrzysk Olimpijskich, mistrzostw świata i Europy.

Zdradźmy coś jeszcze – na początku był nawet streetball. Dyrektor klubu, Hubert Hejman pamięta cię z turnieju 1 na 1 Nike Battlegrounds w Mannheim w 2004 roku.

- Naprawdę? Mieliście tam swojego wysłannika?

Nie, wtedy Hubert Hejman współpracował z klubem i interesował się koszykówką, a ty zapadłeś mu w pamięć jako zwycięzca turnieju i potencjalny kandydat do gry w Polsce. Jak na anonimowego studenta, musiałeś robić wrażenie…

- Starałem się jak mogłem. Do wygrania było bodajże 2000 euro, a ja dopiero co wróciłem ze Stanów i każde pieniądze były dla mnie podwójnie znaczące. Wystarczy powiedzieć, że niedługo później podpisałem kontrakt z BG 74 Gottingen za jakieś 500 euro. Nike Battlegrounds było więc szansą na dodatkową kasę, ale przede wszystkim na pokazanie się z dobrej strony. Nie miałem innych zajęć, więc poświęciłem się całkowicie tym zawodom. A że ktoś może się śmiać, że zaczynałem od streetballu? Nie obchodzi mnie to. Co więcej, masz kolejny dowód na to, że zaczynałem nie mając nic.

No, ale od początku byłeś zwycięzcą.

- Niezupełnie. Po turnieju w Mannheim przyszedł finał w Koln. Na oczach Dirka Nowitzkiego przegrałem z Ilją Ickertem. Szkoda.

Twojej kariery to jednak nie zatrzymało. Z drugiej ligi szybko awansowałeś do pierwszej. Polaków pewnie zaskoczy, kto dał ci wtedy szansę…?

- Do Ratiopharmu Ulm ściągnął mnie trener Mike Taylor, obecny selekcjoner reprezentacji Polski. To on jako pierwszy wypatrzył mnie na zapleczu pierwszej Bundesligi i dał mi szansę na najwyższym szczeblu rozgrywek w Niemczech. Mieliśmy świetny kontakt. To szkoleniowiec z wielką pasją i energią. Dużo mnie nauczył i dlatego teraz, gdy Polska awansowała do EuroBasketu 2015, szczerze ucieszyłem się z jego sukcesu.

A komu kibicowałeś gdy Polacy ogrywali Niemców?

- Nie ma co kryć - kibicowałem moim kolegom z reprezentacji Polski. Miałem przyjemność grać z Damianem Kuligiem i Aaronem Celem, więc trzymałem za nich kciuki. Poza tym, jest jakaś satysfakcja w tym, że Polska ogrywa reprezentację Niemiec, w której już nie ma miejsca dla mnie (śmiech).

No właśnie, grałeś z Niemcami na Igrzyskach Olimpijskich i w Mistrzostwach Świata oraz Europy. Tata, były reprezentant Polski, nie miał żalu?

- Nie. Przecież po tym jak w latach 80-tych wyjechaliśmy do Niemiec, ten kraj dał mojej rodzinie wszystko. Nie muszę mieć więc wyrzutów sumienia, że zrewanżowałem mu się swoją grą w koszulce z czarnym orłem. Tata też tak na to patrzy i gorąco mi kibicuje. Poza tym, jeszcze sześć lat temu nie wyobrażałem sobie nawet, że mogę mieć polski dowód osobisty.

Naprawdę nawet przez myśl ci nie przeszło, że miałbyś szansę występów w kadrze biało-czerwonych?

- Dokładnie tak. Moje związki z Polską ograniczały się do tego, że miałem tu babcię, rozmawiałem w domu po polsku, a mama gotowała polskie potrawy. Sport wiązał się z Niemcami.

Teraz masz więcej wspólnego z Polską?

- Zdecydowanie. Zaczynając od wielu przyjaciół, których czasami odwiedzam w  Zgorzelcu, kończąc na zainteresowaniu tym co się dzieje nad Wisłą. Mam świadomość moich polskich korzeni i przynoszą mi one dumę. Pewnie gdybym teraz miał wybierać reprezentację… Albo nie, nie brnijmy dalej w ten temat… Jest dobrze jak jest.

Po okresie, w którym piąłeś się w górę, przyszły mniej wyraziste sezony w Oldenburgu. Jesteś zadowolony ze swoje gry na przestrzeni ostatnich dwóch lat?

- Wyjaśnijmy jedno: dwa ostatnie sezony spędziłem w drużynie ze ścisłej niemieckiej czołówki. Rok temu zdobyliśmy wicemistrzostwo Niemiec i trzecie miejsce w EuroChallenge, a w tym roku przegraliśmy po pięciomeczowym półfinale z Bayernem. Mi przypadła rola zmiennika i musiałem się w niej odnaleźć. Nie jest łatwo wyjść na pięć minut, dać z siebie wszystko, usiąść na ławce na kolejnych dwadzieścia minut, a później znów wyjść i znów grać najlepszą możliwą koszykówkę. Wydaje mi się jednak, że sprostałem zdaniu.

Nie błyszczałeś, ale grałeś solidnie i wypełniałeś swoje zadania.

- Dokładnie tak. Nie byłem pierwszoplanową postacią, chociaż nie ukrywam, że to moja ulubiona rola. Lubię czuć odpowiedzialność i lubię decydować o wynikach. Miałem i nadal mam wielkie ambicje.

Dlatego jesteś we Włocławku?

- Przyjechałem tu, bo chcę znów poczuć presję i wyraźniej odpowiadać za losy zespołu.

Ktoś powiedział, że twój transfer, to najlepszy polski transfer tego lata w TBL. To rzeczywiście nakłada na ciebie odpowiedzialność. Musisz sprostać oczekiwaniom.

- Nie boję się tego. Chcę być najlepszym transferem sezonu.

Trener Mariusz Niedbalski mówi, że ceni twoje walory boiskowe, a jednocześnie liczy, że będziesz też wzorem profesjonalizmu w szatni. To kolejne niełatwe zadanie.

- Mam już 32 lata i chyba już wszystko w koszykówce widziałem. Dlatego myślę, że poradzę sobie z każdym obowiązkiem. Zawsze byłem skrupulatny i poukładany. Jeżeli ktokolwiek w drużynie będzie chciał brać ze mnie przykład, to myślę, że nie zejdzie na złą drogę.

Gratulowałeś komuś z PGE Turowa zdobycia upragnionego złota?

- Oczywiście. Spędziłem trzy fantastyczne lata w Zgorzelcu i mam tam wielu przyjaciół. Cieszyłem się bardzo z tego, że marzenia tamtejszych kibiców się spełniły.

Teraz jednak będziesz musiał postępować w myśl zasady „bij mistrza”…

- Nie mam z tym problemu. Chociaż nie mogę się doczekać pierwszego wyjazdu do Zgorzelca i spotkań z tamtejszymi ludźmi, to jednak na parkiecie zrobię wszystko, żeby wygrał Anwil. Mecze pomiędzy Włocławkiem a Zgorzelcem zawsze były bardzo zacięte i utkwiły mi w pamięci. Teraz pewnie będzie podobnie, z tą różnicą, że stanę po drugiej stronie barykady.

Do Włocławka przyjadą twoi bliscy?

- Tak, wkrótce dołączy do mnie żona i synek Henry. Jestem domatorem, więc najwięcej radości czerpię właśnie z kontaktów z rodziną. I tutaj upewniam się w tym o czym mówiliśmy na początku – że dobrze zrobiłem wybierając koszykówkę. Mam dużo czasu na zabawy z synkiem, a jednocześnie zawód, który bardzo lubię.