Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

J. Callahan: Potrafię grać w systemie

Środa, 19 Lutego 2014, 9:08, Michał Fałkowski

Jordan Callahan trafił do Anwilu dokładnie w dniu urodzin największej w historii gwiazdy koszykówki, Michaela Jordana. Czy będzie dla włocławian kimś równie wyjątkowym? To okaże się na boisku. Póki co poprosiliśmy amerykańskiego rozgrywającego o odpowiedź na kilka pytań, które pomogą lepiej przedstawić go fanom.

Grając w Kotwicy Kołobrzeg rozpocząłeś europejski etap kariery. Jak podsumujesz te pięć miesięcy, które są już za tobą?

- To była dla mnie dobra lekcja. Nie chcę na nic narzekać, bo po prostu bywa tak, że na początku nie wszystko układa się po naszej myśli i trzeba zmienić klub i otoczenie, żeby postawić kolejny krok do przodu. W Kołobrzegu miałem dużo czasu na przemyślenie sobie pewnych spraw, poznanie siebie i wyciągnięcie wniosków. Polska bardzo mi się podoba i szanuję ludzi, którzy tu mieszkają. Za ich otwartość, za gościnność i za to, że mnie pozytywnie przyjęli.

Mówiło się o tym, że zainteresowany zatrudnieniem ciebie był również Stelmet. Czy było coś na rzeczy?

- Podobno tak, ale te sprawy pozostawiłem swojemu agentowi i nie wiem na ile zaawansowane były rozmowy i z którymi dokładnie klubami. Ja skupiłem się na koszykówce, bo to moja rola. Teraz jestem w Anwilu, a to oznacza, że to ten klub przedstawił najkonkretniejszą ofertę, która w dodatku idzie w parze z rozwojem sportowym. Dlatego właśnie stawiłem się w waszej hali.

Jesteś już po pierwszym treningu. Znałeś któregoś z koszykarzy Anwilu wcześniej, czy czułeś się dziś kompletnie obco?

- Nie znałem nikogo, ale to też nie znaczy, że czułem się obco. Jestem osobą, która potrafi się dostosować, wkomponować w grupę. Chyba mogę o sobie powiedzieć, że mam przyjazne usposobienie do ludzi, jestem rodzinnym i towarzyskim gościem. Dlatego nie powinienem mieć problemów z akceptacją wśród graczy Anwilu.

Czyli pierwsze wrażenia są pozytywne?

- Jak najbardziej. Trening był wymagający, dostaliśmy w kość i pierwsza rzecz, która przychodzi mi teraz na myśl, to że chciałbym się jak najszybciej położyć i odpocząć. Wczoraj, w związku z przeprowadzką do Włocławka miałem intensywny dzień, dziś też sporo obowiązków na głowie. Na szczęście we wszystkim klub mi pomaga i na pewno szybko będę się mógł skoncentrować tylko i wyłącznie na koszykówce.

Gdy popatrzeć na twoją grę to można mieć wrażenie, że jesteś zawieszony gdzieś pomiędzy pozycją rozgrywającego, a rzucającego obrońcy. Którą rolę pełniłeś w drużynie uniwersyteckiej?

- Na collegu grałem przez długi czas jako jedynka. Rozgrywałem, szukałem partnerów i to były moje podstawowe zadania. Gdy uczelnia zmieniła trenera zostałem przesunięty na dwójkę i mniej grałem z piłką. Dużo mnie to nauczyło, ale przyznaję, że wolę ten pierwszy wariant. Najlepiej się czuję jako rozgrywający.

Nie ukrywajmy, że w Kotwicy większy nacisk kładziony był na waszą indywidualną kreatywność, a w Anwilu będziesz musiał dostosować się do systemu. Dasz radę?

- Tak jak już wspominałem, potrafię się wkomponować w drużynę i dostosować do sytuacji. Więc bez obaw. Potrafię grać w systemie, mam w tym spore doświadczenie. Moja drużyna uniwersytecka grała taką koszykówkę. Nie będzie z tym problemu.

Grę Anwilu poprowadzisz już w najbliższą sobotę. Czy można powiedzieć, że masz patent na zespół Polpharmy, bo jako gracz Kotwicy rzuciłeś mu 24 punkty dokładając 4 asysty i 4 zbiórki?

- Patentu nie mam, ale doskonale pamiętam tamten mecz. Grało mi się naprawdę wyśmienicie. Miałem lekkie nogi, byłem szybki i skoczny. Teraz pewnie aż tak wiele nie będzie zależało ode mnie. Moją rolą będzie po prostu uruchomienie tych koszykarzy Anwilu, którzy zwykle są podporą ataku. Muszę im dostarczać piłki tam, skąd najbardziej lubią rzucać i otwierać im dobre pozycje. Mój nowy zespół jest na tyle klasowy, że powinien sobie poradzić z Polpharmą.

Czego mogą się po tobie spodziewać fani z Włocławka?

- Lubię grać z pasją i zaangażowaniem. Staram się podrywać drużynę do walki, a kibiców do dopingu. Stawiam na twardą koszykówkę, która może się podobać wymagającym fanom. Dla mnie nie ma straconych piłek i odpuszczonych akcji. Tego możecie być pewni.

Anwil ma na obwodzie urodzaj strzelców. Dołączasz do Deividasa Dulkysa, Piotra Pamuły i Paula Grahama. Wystarczy wam jedna piłka?

- Zaraz. Wyjaśnijmy sobie jedno: nie jestem tak dobrym rzucającym jak koszykarze, których wymieniłeś. Gdzie mi do nich…

…Bez zbędnej skromności – jesteś trzecim strzelcem całej ligi. Minimalnie lepsi od ciebie są tylko J.P. Prince i Sek Henry. Dulkys też plasuje się wysoko w tej klasyfikacji, stąd moja obawa o tą jedną piłkę…

- No to zobaczymy, czy wystarczy. A mówiąc poważnie, to każdy będzie miał swoją rolę w naszym zespole. Jeśli Dulkys, Pamuła i Graham mają być strzelcami, to ja zajmę się podawaniem. Z kolei jeżeli trener będzie wymagał ode mnie rzutów, to będę je oddawał. Wszystko zależeć będzie od strategii i dyspozycji w danym dniu.

A jaka jest twoja życiowa strategia? Opowiedz coś o swoim prywatnym życiu.

- Staram się realizować swoje marzenia i robić to, co najbardziej lubię, czyli grać zawodowo w koszykówkę. Wymaga to wiele poświęcenia, szczególnie przez to, że jestem daleko od domu. Zdążyłem się jednak przyzwyczaić. Nawet w Stanach Zjednoczonych prawie cały rok spędzałem bez rodziny, bo uczyłem się w różnych szkołach. Mama pilnowała, żebym zdobył dobre wykształcenie i dlatego wyszukiwała mi szkoły zapewniające dobry poziom. Z reguły były one z dala od domu, więc musiałem przywyknąć do tego, że kontakt z rodziną mam głównie przez Internet. Staram się jednak widzieć pozytywy - może właśnie dlatego potrafię się dostosować i czuć dobrze w każdym środowisku.

Czym zajmujesz się w wolnym czasie?

- Pomiędzy treningami odpoczywam i przyznam, że ostatnio najlepiej relaksuję się gotując. Staram się sam przygotowywać sobie posiłki, co w Ameryce nie jest czymś oczywistym. W Polsce polubiłem jedzenie zup, więc może kiedyś odważę się sam jakąś przygotować.