Po twardym boju z Polpharmą Starogard Gdański Anwil Włocławek po trzech latach wraca do wielkiego finału. - Z mojej strony nie będzie żadnej motywacji. Chłopaki wiedzą co mają grać. To już jest finał i sama gra w nim wyzwala ogromną motywację – mówi przed finałem trener Anwilu Włocławek, Igor Griszczuk.
Po twardym boju z Polpharmą Starogard Gdański Anwil Włocławek po trzech latach wraca do wielkiego finału. - Z mojej strony nie będzie żadnej motywacji. Chłopaki wiedzą co mają grać. To już jest finał i sama gra w nim wyzwala ogromną motywację – mówi przed finałem trener Anwilu Włocławek, Igor Griszczuk.
Jacek Seklecki: Po wywalczeniu brązowego medalu w zeszłym roku mówił Pan, że jest on dla niego niczym złoto. Teraz o ten najcenniejszy krążek rzeczywiście Pan powalczy. Jak można porównać te dwa sukcesy?
Igor Griszczuk: Przede wszystkim w tamtym sezonie objąłem zespół dopiero w trakcie rozgrywek po trenerze Zmago Sagadinie. Mieliśmy pecha przez cały sezon z kontuzjami, grając w niektórych momentach właściwie w sześciu. Chłopaki się pozbierali i na koniec sezonu wywalczyliśmy brąz. I w dalszym ciągu podkreślam, że ten brąz był dla mnie niczym złoto.
Gdyby był Pan w klubie od początku sezonu wynik byłby lepszy?
- Jeżeli to ja byłbym od początku sezonu to skład byłby zdecydowanie inny. Niektórych zawodników w ogóle by tutaj nie było. A czy wynik byłby lepszy? Ciężko odpowiedzieć na takie pytanie. Był brąz i z tego się bardzo cieszę.
Awans do finału jest Pana największym sukcesem w karierze trenerskiej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia?
- Na pewno tak. Cieszę się z tego i myślę, że zasłużyliśmy na ten finał. Przez cały sezon graliśmy bardzo równo, a we własnej hali przegraliśmy zaledwie jedno spotkanie z Asseco Pokomem. A i ta porażka była minimalna, bo różnicą tylko pięciu punktów, podczas gdy cały mecz prowadziliśmy. Jesteśmy w dobrej formie i będziemy walczyć o jeszcze więcej.
Do tej pory o medale jako trener walczył Pan dwa razy – o brąz z Anwilem i Czarnymi. W obu tych przypadkach wychodził Pan z rywalizacji zwycięsko. Chyba ma Pan szczęście do takich potyczek.
- Cieszę się, że mi się to udało. Ja zawsze walczę o najwyższe cele. Jako zawodnik pięciokrotnie walczyłem o złoto w finałach. Aby dokonać tych wszystkich rzeczy potrzeba było wykonać sporą pracę. Teraz jest podobnie. Trenerzy i zawodnicy robią to co do nich należy, odpowiednio się motywują i są efekty. Teraz przyszedł czas tych koszykarzy.
Teraz przed Panem Asseco Prokom. Drużyna, z którą przegrał Pan w półfinale w poprzednim sezonie. Od tamtego czasu w ekipie rywala niewiele się zmieniło. Trzon zespołu pozostał ten sam.
- Asseco Prokom to marka sama w sobie. Nie jest przypadkiem, że w rozgrywkach Euroligi dotarli aż do ćwierćfinału. To jest świetnie zbudowany zespoł, bardzo dobrze prowadzony przez Tomasa Pacesasa. Niemniej jednak nie patrzymy na osiągnięcia gdynian. To jest koszykówka, to jest sport i tutaj wszystko może się zdarzyć. Jak już wcześniej powiedziałem będziemy walczyć o złoto i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Przed wami więc utytułowany rywal. Jak będzie Pan motywował swoich zawodników na rywalizację z Asseco Prokomem?
- Z mojej strony nie będzie żadnej motywacji. Chłopaki wiedzą co mają grać. To już jest finał i sama gra w nim wyzwala ogromną motywację. Wszystko będzie zależało od zmagań na parkiecie obu drużyn.
Jacek Seklecki: Po wywalczeniu brązowego medalu w zeszłym roku mówił Pan, że jest on dla niego niczym złoto. Teraz o ten najcenniejszy krążek rzeczywiście Pan powalczy. Jak można porównać te dwa sukcesy?
Igor Griszczuk: Przede wszystkim w tamtym sezonie objąłem zespół dopiero w trakcie rozgrywek po trenerze Zmago Sagadinie. Mieliśmy pecha przez cały sezon z kontuzjami, grając w niektórych momentach właściwie w sześciu. Chłopaki się pozbierali i na koniec sezonu wywalczyliśmy brąz. I w dalszym ciągu podkreślam, że ten brąz był dla mnie niczym złoto.
Gdyby był Pan w klubie od początku sezonu wynik byłby lepszy?
- Jeżeli to ja byłbym od początku sezonu to skład byłby zdecydowanie inny. Niektórych zawodników w ogóle by tutaj nie było. A czy wynik byłby lepszy? Ciężko odpowiedzieć na takie pytanie. Był brąz i z tego się bardzo cieszę.
Awans do finału jest Pana największym sukcesem w karierze trenerskiej. Apetyt rośnie w miarę jedzenia?
- Na pewno tak. Cieszę się z tego i myślę, że zasłużyliśmy na ten finał. Przez cały sezon graliśmy bardzo równo, a we własnej hali przegraliśmy zaledwie jedno spotkanie z Asseco Pokomem. A i ta porażka była minimalna, bo różnicą tylko pięciu punktów, podczas gdy cały mecz prowadziliśmy. Jesteśmy w dobrej formie i będziemy walczyć o jeszcze więcej.
Do tej pory o medale jako trener walczył Pan dwa razy – o brąz z Anwilem i Czarnymi. W obu tych przypadkach wychodził Pan z rywalizacji zwycięsko. Chyba ma Pan szczęście do takich potyczek.
- Cieszę się, że mi się to udało. Ja zawsze walczę o najwyższe cele. Jako zawodnik pięciokrotnie walczyłem o złoto w finałach. Aby dokonać tych wszystkich rzeczy potrzeba było wykonać sporą pracę. Teraz jest podobnie. Trenerzy i zawodnicy robią to co do nich należy, odpowiednio się motywują i są efekty. Teraz przyszedł czas tych koszykarzy.
Teraz przed Panem Asseco Prokom. Drużyna, z którą przegrał Pan w półfinale w poprzednim sezonie. Od tamtego czasu w ekipie rywala niewiele się zmieniło. Trzon zespołu pozostał ten sam.
- Asseco Prokom to marka sama w sobie. Nie jest przypadkiem, że w rozgrywkach Euroligi dotarli aż do ćwierćfinału. To jest świetnie zbudowany zespoł, bardzo dobrze prowadzony przez Tomasa Pacesasa. Niemniej jednak nie patrzymy na osiągnięcia gdynian. To jest koszykówka, to jest sport i tutaj wszystko może się zdarzyć. Jak już wcześniej powiedziałem będziemy walczyć o złoto i zobaczymy co z tego wyjdzie.
Przed wami więc utytułowany rywal. Jak będzie Pan motywował swoich zawodników na rywalizację z Asseco Prokomem?
- Z mojej strony nie będzie żadnej motywacji. Chłopaki wiedzą co mają grać. To już jest finał i sama gra w nim wyzwala ogromną motywację. Wszystko będzie zależało od zmagań na parkiecie obu drużyn.
Nie można nie wspomnieć o kontuzji Andrzeja Pluty. Straciliście jednego z najlepszych strzelców zespołu i podstawowego Polaka w rotacji.
- Dla nas to ogromna strata. Andrzej to bardzo doświadczony gracz, kapitan zespołu, który w ostatnim czasie złapał bardzo dobrą formę. Pomógł nam w tym sezonie zdobyć drugie miejsce po sezonie zasadniczym i w play-off grał wyśmienicie. Bardzo żałujemy, że złapał kontuzję akurat przed tymi najważniejszymi meczami, ale cóż, kontuzje są nieodłącznym elementem sportu. Wiadomo, że z Andrzejem w składzie byłoby nam dużo łatwiej, ale musimy jednak grać dalej, nie oglądać się wstecz.
Bez Pluty ograniczyła się Panu w dużym stopniu rotacja Polaków. A cały mecz na parkiecie musi przebywać przynajmniej dwóch.
- Zespół był przeze mnie tak budowany, aby na jednej pozycji nie było dwóch Polaków. Być może teraz okaże się, że to był mój błąd. Doszliśmy jednak do finału i będziemy walczyć. Mamy w składzie pięciu Polaków, w tym dwóch młodych i trzech, którzy muszą dać z siebie wszystko.
Tych dwóch młodych nie gra za wiele. Łącznie zagrali, a właściwie tylko Glabas, osiem minut. Jeżeli w finale mieliby pojawić się na parkiecie to mogliby nie udźwignąć presji.
- Mi się wydaje, że dla takich zawodników nie ma presji. Teraz mają szansę pokazać się i wykorzystać swój czas.
Łącznie z poprzednim sezonem Pana zespół grał z Asseco Prokomem 10 razy. Najwięcej krzywdy zrobili wam Woods i Logan, którzy średnio przeciwko Anwilowi rzucali ponad 40 punktów. Jak ich powstrzymać?
- To są zawodnicy euroligowi, którzy prezentują bardzo wysoki poziom. Będziemy starali się ustawić odpowiednią obronę na nich. A jak to wyjdzie w praktyce to zobaczymy.
W dwóch meczach w sezonie zasadniczym przeciwko Asseco Prokomowi Pana zespół zapisał na swoim koncie aż 35 strat. To wynikało z bardzo dobrej obrony rywala?
- Nie mam pojęcia. Być może brakowało nam zwyczajnie szczęścia w tych spotkaniach. Myślę, że nie ma sensu wyciągać z tego jakiś głębszych wniosków.
W ostatnich meczach Pana wysocy szybko łapali faule. W serii z Polpharmą Alex Dunn miał średnio 4,5 fauli na mecz, a Rashard Sullivan 3,5. Mając na uwadze to, że wśród rywali są Ratko Varda, Adam Hrycaniuk i Adam Łapeta to takie szybkie faule mogą źle się dla was skończyć.
- Myślę, że to nie będzie miało znaczenia. Przeciwko Polpharmie łapaliśmy faule na Patricku Okaforze. On natomiast przez 23 minuty nie miał żadnego przewinienia na swoim koncie, co nie znaczy, że moi zawodnicy nie potrafią grać w obronie. Jeżeli agresywnie grasz w obronie to zawsze złapiesz kilka fauli. Natomiast jak grasz pasywnie, to tych przewinień będzie mniej.
Przewagę parkietu na Asseco Prokom. Ten spory atut leży po ich stronie.
- To jest play-off i to jest już inna gra, inna mentalność, niż ta z sezonu zasadniczego. Każdy mecz jest inny. Możesz wygrać cztery mecze jednym punktem i po wszystkim.
- Dla nas to ogromna strata. Andrzej to bardzo doświadczony gracz, kapitan zespołu, który w ostatnim czasie złapał bardzo dobrą formę. Pomógł nam w tym sezonie zdobyć drugie miejsce po sezonie zasadniczym i w play-off grał wyśmienicie. Bardzo żałujemy, że złapał kontuzję akurat przed tymi najważniejszymi meczami, ale cóż, kontuzje są nieodłącznym elementem sportu. Wiadomo, że z Andrzejem w składzie byłoby nam dużo łatwiej, ale musimy jednak grać dalej, nie oglądać się wstecz.
Bez Pluty ograniczyła się Panu w dużym stopniu rotacja Polaków. A cały mecz na parkiecie musi przebywać przynajmniej dwóch.
- Zespół był przeze mnie tak budowany, aby na jednej pozycji nie było dwóch Polaków. Być może teraz okaże się, że to był mój błąd. Doszliśmy jednak do finału i będziemy walczyć. Mamy w składzie pięciu Polaków, w tym dwóch młodych i trzech, którzy muszą dać z siebie wszystko.
Tych dwóch młodych nie gra za wiele. Łącznie zagrali, a właściwie tylko Glabas, osiem minut. Jeżeli w finale mieliby pojawić się na parkiecie to mogliby nie udźwignąć presji.
- Mi się wydaje, że dla takich zawodników nie ma presji. Teraz mają szansę pokazać się i wykorzystać swój czas.
Łącznie z poprzednim sezonem Pana zespół grał z Asseco Prokomem 10 razy. Najwięcej krzywdy zrobili wam Woods i Logan, którzy średnio przeciwko Anwilowi rzucali ponad 40 punktów. Jak ich powstrzymać?
- To są zawodnicy euroligowi, którzy prezentują bardzo wysoki poziom. Będziemy starali się ustawić odpowiednią obronę na nich. A jak to wyjdzie w praktyce to zobaczymy.
W dwóch meczach w sezonie zasadniczym przeciwko Asseco Prokomowi Pana zespół zapisał na swoim koncie aż 35 strat. To wynikało z bardzo dobrej obrony rywala?
- Nie mam pojęcia. Być może brakowało nam zwyczajnie szczęścia w tych spotkaniach. Myślę, że nie ma sensu wyciągać z tego jakiś głębszych wniosków.
W ostatnich meczach Pana wysocy szybko łapali faule. W serii z Polpharmą Alex Dunn miał średnio 4,5 fauli na mecz, a Rashard Sullivan 3,5. Mając na uwadze to, że wśród rywali są Ratko Varda, Adam Hrycaniuk i Adam Łapeta to takie szybkie faule mogą źle się dla was skończyć.
- Myślę, że to nie będzie miało znaczenia. Przeciwko Polpharmie łapaliśmy faule na Patricku Okaforze. On natomiast przez 23 minuty nie miał żadnego przewinienia na swoim koncie, co nie znaczy, że moi zawodnicy nie potrafią grać w obronie. Jeżeli agresywnie grasz w obronie to zawsze złapiesz kilka fauli. Natomiast jak grasz pasywnie, to tych przewinień będzie mniej.
Przewagę parkietu na Asseco Prokom. Ten spory atut leży po ich stronie.
- To jest play-off i to jest już inna gra, inna mentalność, niż ta z sezonu zasadniczego. Każdy mecz jest inny. Możesz wygrać cztery mecze jednym punktem i po wszystkim.