Za nami jedna z najlepszych rund zasadniczych w wykonaniu Anwilu Włocławek. Pod wodzą trenera Igora Griszczuka nasz zespół osiągnął znakomity bilans 22-4. Szkoleniowca Anwilu poprosiliśmy o komentarz do zakończonej właśnie fazy rozgrywek.
Za nami jedna z najlepszych rund zasadniczych w wykonaniu Anwilu Włocławek. Pod wodzą trenera Igora Griszczuka nasz zespół osiągnął znakomity bilans 22-4. Szkoleniowca Anwilu poprosiliśmy o komentarz do zakończonej właśnie fazy rozgrywek.
Kończy się jedna z najlepszych w historii rund zasadniczych dla Anwilu. Można ją porównać do któregoś sezonu, który ma pan w pamięci?
Igor Griszczuk: Tylko raz w historii, w 1996 roku, udało nam się zająć pierwsze miejsce po sezonie zasadniczym. Niestety, nie skończyło się to dobrze, bo już w półfinale odpadliśmy ze Śląskiem Wrocław, a później przegraliśmy nawet walkę o brązowe medale. Pierwsze miejsce niczego więc nie gwarantuje, ale jeśli tylko uda się je zająć w bieżących rozgrywkach, to będę bardzo szczęśliwy. Zatem przez całą moją włocławską karierę, to jest dopiero drugi tak dobry sezon. Nie przegraliśmy żadnego spotkania w swojej hali, a na wyjazdach przytrafiły się tylko trzy wpadki. To mówi samo za siebie.
Poza mistrzowskim sezonem zawsze notowaliśmy więcej niż trzy porażki. Teraz możemy ustanowić rekord. Czuje pan, że tegoroczny wynik Anwilu może być historyczny?
Nie chcę myśleć o liczbach i rekordach. My, trenerzy i koszykarze, nie gramy po to, żeby w trakcie sezonu liczyć swój bilans i zastanawiać się, jakie to wspaniałe wyniki osiągamy. Skupiamy się na każdym kolejnym meczu i każdy z nich tak samo chcemy wygrać. Na refleksję o tym, czy był to wyjątkowy sezon, przyjdzie czas po jego zakończeniu.
A nie boi się pan, że taka świetna postawa w fazie zasadniczej może rozbudzić apetyty i ustawić poprzeczkę zbyt wysoko?
Nie chcę myśleć o kolejnych rundach play-off. Na razie wiemy, że jesteśmy w ćwierćfinale i nasza uwaga koncentruje się na tym etapie. To jest sport, tutaj reguły są proste – trzeba wygrać pierwszą rundę play-off, później drugą i trzecią. Podstawowa zasada jest jednak taka, że trzeba się koncentrować wyłącznie na najbliższym przeciwniku. Jeśli będziemy wystarczająco zmobilizowani, to przełoży się to na wyniki.
Czy patrząc wstecz na rundę zasadniczą ma pan szczególną satysfakcję z wygrania któregoś meczu? Któryś był szczególnie trudny?
W pamięci szczególnie utkwił mi bardzo trudny i zacięty mecz w Poznaniu. Wygraliśmy go po dwóch dogrywkach i to był moment, w którym zespół przeszedł chrzest bojowy. Drużyna się zahartowała i wynik, który mamy teraz, w dużej mierze jest pochodną tamtych wydarzeń. Moi zawodnicy pokazali charakter i poznali swoją wartość.
A kiedy był moment kryzysowy?
Najbardziej zły byłem za postawę w meczu przeciw Zniczowi Jarosław. Po tamtym spotkaniu powiedziałem, że uważam go za nasz najgorszy występ w tym sezonie. Wielu pewnie pomyślało, że są to nieprzemyślane słowa, wypowiedziane jeszcze w meczowych emocjach. Wielu pytało: przecież wygraliśmy, o co chodzi? Oczywiście, zwycięstwo cieszy, ale trzeba też grać na pewnym poziomie i nigdy z niego nie schodzić.
Igor Griszczuk: Tylko raz w historii, w 1996 roku, udało nam się zająć pierwsze miejsce po sezonie zasadniczym. Niestety, nie skończyło się to dobrze, bo już w półfinale odpadliśmy ze Śląskiem Wrocław, a później przegraliśmy nawet walkę o brązowe medale. Pierwsze miejsce niczego więc nie gwarantuje, ale jeśli tylko uda się je zająć w bieżących rozgrywkach, to będę bardzo szczęśliwy. Zatem przez całą moją włocławską karierę, to jest dopiero drugi tak dobry sezon. Nie przegraliśmy żadnego spotkania w swojej hali, a na wyjazdach przytrafiły się tylko trzy wpadki. To mówi samo za siebie.
Poza mistrzowskim sezonem zawsze notowaliśmy więcej niż trzy porażki. Teraz możemy ustanowić rekord. Czuje pan, że tegoroczny wynik Anwilu może być historyczny?
Nie chcę myśleć o liczbach i rekordach. My, trenerzy i koszykarze, nie gramy po to, żeby w trakcie sezonu liczyć swój bilans i zastanawiać się, jakie to wspaniałe wyniki osiągamy. Skupiamy się na każdym kolejnym meczu i każdy z nich tak samo chcemy wygrać. Na refleksję o tym, czy był to wyjątkowy sezon, przyjdzie czas po jego zakończeniu.
A nie boi się pan, że taka świetna postawa w fazie zasadniczej może rozbudzić apetyty i ustawić poprzeczkę zbyt wysoko?
Nie chcę myśleć o kolejnych rundach play-off. Na razie wiemy, że jesteśmy w ćwierćfinale i nasza uwaga koncentruje się na tym etapie. To jest sport, tutaj reguły są proste – trzeba wygrać pierwszą rundę play-off, później drugą i trzecią. Podstawowa zasada jest jednak taka, że trzeba się koncentrować wyłącznie na najbliższym przeciwniku. Jeśli będziemy wystarczająco zmobilizowani, to przełoży się to na wyniki.
Czy patrząc wstecz na rundę zasadniczą ma pan szczególną satysfakcję z wygrania któregoś meczu? Któryś był szczególnie trudny?
W pamięci szczególnie utkwił mi bardzo trudny i zacięty mecz w Poznaniu. Wygraliśmy go po dwóch dogrywkach i to był moment, w którym zespół przeszedł chrzest bojowy. Drużyna się zahartowała i wynik, który mamy teraz, w dużej mierze jest pochodną tamtych wydarzeń. Moi zawodnicy pokazali charakter i poznali swoją wartość.
A kiedy był moment kryzysowy?
Najbardziej zły byłem za postawę w meczu przeciw Zniczowi Jarosław. Po tamtym spotkaniu powiedziałem, że uważam go za nasz najgorszy występ w tym sezonie. Wielu pewnie pomyślało, że są to nieprzemyślane słowa, wypowiedziane jeszcze w meczowych emocjach. Wielu pytało: przecież wygraliśmy, o co chodzi? Oczywiście, zwycięstwo cieszy, ale trzeba też grać na pewnym poziomie i nigdy z niego nie schodzić.
Gdyby pół roku temu ktoś powiedział panu, że w kwietniu będzie pan trenerem drużyny bijącej się o pierwsze miejsce w lidze z uczestnikiem Elite Eight Euroligi oraz szkoleniowcem kadry narodowej, odpowiedziałby mu pan, że…
Oj, przez pół roku zdarzyć się może wszystko. Dlatego niczego bym nie wykluczał. Cieszę się, że obdarzono mnie takim zaufaniem, że powierzono mi reprezentację Polski i mogę tylko obiecać, że postaram się wywiązać ze swoich zadań jak najlepiej. Mam też satysfakcję, że w rozgrywkach ligowych przychodzi mi grać z zespołem takiej klasy jak Asseco Prokom. Chciałbym gorąco pogratulować Tomasowi Pacesasowi znakomitego osiągnięcia, jakim był awans do ćwierćfinału Euroligi. On i jego zespół zapracowali na historyczny wynik i bardzo się przysłużyli polskiej koszykówce.
W tym roku miał pan komfort wyboru zawodników i jak na razie są to wybory trafione. Chyba każdy koszykarz z obecnego składu wnosi do drużyny to, czego pan oczekuje?
Tak, jestem zadowolony z postawy każdego z chłopaków. Wszyscy mają charakter i ambicję. W moim zespole nie ma wielkich gwiazd, więc umiejętności każdego z nich są potrzebne. Z zadowoleniem patrzę, jak moi zawodnicy wywiązują się z zadań, które im powierzam, oraz na to, jak się rozwijają.
Co takiego jest w drużynie Anwilu, że tak trudno ją pokonać? Przecież w lidze nie zdołały zrobić tego tak mocne zespoły jak Turów, Trefl, Czarni, AZS…
Naszą siłą jest to, że na każdej pozycji mamy solidnych zmienników. Wydaje mi się, że inne zespoły, przygotowujące się do meczów z nami, właśnie w tym miejscu mają najtwardszy orzech do zgryzienia. Muszą zmierzyć się z drużyną, która jest kolektywem, w której każdy wnosi coś do gry.
Czy układ tabeli, w którym nisko jest Turów, a wyprzedzają go Polpharma i Trefl jest dla pana zaskoczeniem?
Nie ma co ukrywać, że tak. Turów to ostatnio stały uczestnik finałów, a Trefl i Polpharma dopiero budują swoją pozycję. Tabela jednak nie kłamie. Do tej pory te dwa zespoły były po prostu lepsze i zasłużenie zajmują swoje miejsca.
Czy długa przerwa w grze, która przydarzyła się Anwilowi tuż przed play-off, nie przeszkodziła panu w realizacji założeń szkoleniowych?
Oczywiście, że to były trudne trzy tygodnie dla nas. Na brak gry nałożyła się też kontuzja Krzysia Szubargi, który na szczęście wrócił już do normalnych zajęć. Zespół potrzebuje go tak, jak pozostałych zawodników. Musimy mieć dziesięciu, a nawet dwunastu zdrowych koszykarzy, jeśli chcemy coś osiągnąć. W trakcie tej przerwy od gry swoją uwagę skupiliśmy na tym, nad czym zawsze trzeba pracować przed play-off, czyli obronie.
Przekopałem się przez liczne wywiady z czasów pańskiej kariery zawodniczej i wynika z nich zabawna historia, bo zawsze zaprzeczał pan, że zostanie trenerem…
Mówiłem to szczerze, bo kiedyś nie czułem potrzeby bycia trenerem. Myślę, że do tego zawodu trzeba dorosnąć. Z chwilą, gdy skończyłem karierę koszykarza, postanowiłem spróbować. Już początki w roli asystenta uświadomiły mi, że to jest zawód dla mnie. Jednak nie zawsze dobry asystent staje się dobrym pierwszym trenerem, a ja chciałem nim zostać. Dlatego musiałem zostawić klub, któremu oddałem czternaście lat życia (jedenaście jako zawodnik i trzy jako trener) i tym razem sprawdzić się na innym terenie. To nie był łatwy egzamin, ale dziękuję prezesowi Czarnych Słupsk, Andrzejowi Twardowskiemu, za odwagę, że postawił na mnie.
Oj, przez pół roku zdarzyć się może wszystko. Dlatego niczego bym nie wykluczał. Cieszę się, że obdarzono mnie takim zaufaniem, że powierzono mi reprezentację Polski i mogę tylko obiecać, że postaram się wywiązać ze swoich zadań jak najlepiej. Mam też satysfakcję, że w rozgrywkach ligowych przychodzi mi grać z zespołem takiej klasy jak Asseco Prokom. Chciałbym gorąco pogratulować Tomasowi Pacesasowi znakomitego osiągnięcia, jakim był awans do ćwierćfinału Euroligi. On i jego zespół zapracowali na historyczny wynik i bardzo się przysłużyli polskiej koszykówce.
W tym roku miał pan komfort wyboru zawodników i jak na razie są to wybory trafione. Chyba każdy koszykarz z obecnego składu wnosi do drużyny to, czego pan oczekuje?
Tak, jestem zadowolony z postawy każdego z chłopaków. Wszyscy mają charakter i ambicję. W moim zespole nie ma wielkich gwiazd, więc umiejętności każdego z nich są potrzebne. Z zadowoleniem patrzę, jak moi zawodnicy wywiązują się z zadań, które im powierzam, oraz na to, jak się rozwijają.
Co takiego jest w drużynie Anwilu, że tak trudno ją pokonać? Przecież w lidze nie zdołały zrobić tego tak mocne zespoły jak Turów, Trefl, Czarni, AZS…
Naszą siłą jest to, że na każdej pozycji mamy solidnych zmienników. Wydaje mi się, że inne zespoły, przygotowujące się do meczów z nami, właśnie w tym miejscu mają najtwardszy orzech do zgryzienia. Muszą zmierzyć się z drużyną, która jest kolektywem, w której każdy wnosi coś do gry.
Czy układ tabeli, w którym nisko jest Turów, a wyprzedzają go Polpharma i Trefl jest dla pana zaskoczeniem?
Nie ma co ukrywać, że tak. Turów to ostatnio stały uczestnik finałów, a Trefl i Polpharma dopiero budują swoją pozycję. Tabela jednak nie kłamie. Do tej pory te dwa zespoły były po prostu lepsze i zasłużenie zajmują swoje miejsca.
Czy długa przerwa w grze, która przydarzyła się Anwilowi tuż przed play-off, nie przeszkodziła panu w realizacji założeń szkoleniowych?
Oczywiście, że to były trudne trzy tygodnie dla nas. Na brak gry nałożyła się też kontuzja Krzysia Szubargi, który na szczęście wrócił już do normalnych zajęć. Zespół potrzebuje go tak, jak pozostałych zawodników. Musimy mieć dziesięciu, a nawet dwunastu zdrowych koszykarzy, jeśli chcemy coś osiągnąć. W trakcie tej przerwy od gry swoją uwagę skupiliśmy na tym, nad czym zawsze trzeba pracować przed play-off, czyli obronie.
Przekopałem się przez liczne wywiady z czasów pańskiej kariery zawodniczej i wynika z nich zabawna historia, bo zawsze zaprzeczał pan, że zostanie trenerem…
Mówiłem to szczerze, bo kiedyś nie czułem potrzeby bycia trenerem. Myślę, że do tego zawodu trzeba dorosnąć. Z chwilą, gdy skończyłem karierę koszykarza, postanowiłem spróbować. Już początki w roli asystenta uświadomiły mi, że to jest zawód dla mnie. Jednak nie zawsze dobry asystent staje się dobrym pierwszym trenerem, a ja chciałem nim zostać. Dlatego musiałem zostawić klub, któremu oddałem czternaście lat życia (jedenaście jako zawodnik i trzy jako trener) i tym razem sprawdzić się na innym terenie. To nie był łatwy egzamin, ale dziękuję prezesowi Czarnych Słupsk, Andrzejowi Twardowskiemu, za odwagę, że postawił na mnie.
Myślę, że z perspektywy tych kilku sezonów, nie żałuje pan decyzji o podjęciu się pracy szkoleniowej?
Jestem w takim wieku, że czuję potrzebę pracy. Praca sprawia, że żyję. Nie wyobrażam sobie siebie na emeryturze uprawiającego ogródek. Teraz, od czasu do czasu, chciałbym móc znaleźć na to kilka chwil, ale to nie może być sposobem na życie. Myślę, że od emocji i adrenaliny można się uzależnić i tak jest ze mną.
Został pan selekcjonerem kadry narodowej. Czy ta praca już wymaga od pana wielu godzin poświęconych kadrze, czy zajmie się nią pan dopiero po zakończeniu sezonu ligowego?
Praca z kadrą jest wielką odpowiedzialnością. Na dzień dzisiejszy jednak jestem skupiony na pracy w klubie i temu poświęcam najwięcej czasu. Oczywiście, spraw reprezentacji nie można zaniedbać, więc i tutaj podejmuję pewne działania. Na pewno poświęcę czas, żeby w play-off ze zwiększoną uwagą obserwować poczynania kandydatów do kadry.
Wszyscy życzylibyśmy sobie, żeby w przyszłym sezonie Anwil również występował pod wodzą trenera Igora Griszczuka. Czy wobec pracy z kadrą jest w ogóle taka możliwość?
W mojej głowie w ogóle nie ma innego scenariusza, jak tylko pozostanie we Włocławku. Spędziłem trzy lata poza domem i teraz chciałbym dłużej zagrzać tu miejsce. Praca z kadrą tego nie wyklucza i wszystko zależy od decyzji prezesa Zbigniewa Polatowskiego.
Dziś mecz z Asseco Prokomem, który pokazał się z dobrej strony w Elite Eight Euroligi i jest głównym kandydatem do tytułu mistrza Polski. Podoba się panu zespół, który stworzono w Gdyni?
Oczywiście, że tak. W Gdyni powstała bardzo silna drużyna, która ma na swoim koncie zwycięstwa nad uczestnikami Final Four Euroligi, jak choćby CSKA Moskwa. To świadczy o tym, że Asseco Prokom może wygrać z każdym na naszym kontynencie. To niezwykle mocna ekipa.
Czy sukcesy trenerów, Igora Griszczuka i Tomasa Pacesasa, to dowód na to, że w Polsce nastał czas młodych szkoleniowców z ambicjami, a nie tylko takich, którzy mają znane nazwiska?
Tego bym nie chciał powiedzieć. Nie ma znaczenia, czy trener jest młody, czy starszy i jakie ma osiągnięcia w swoim dorobku. Liczą się tylko wydarzenia na boisku.
Pokonać Asseco Prokom można tylko grając bez respektu…
Wszyscy moi koszykarze wybiegną na parkiet, mając świadomość, z kim grają, i jaka jest stawka tego spotkania. Mobilizacja będzie bardzo duża, nawet bez moich starań. Każdy chce pokonać mistrza Polski, to nie ulega wątpliwości.
Potencjalnych rywali w ćwierćfinale jest więc czterech: Znicz, Energa Czarni, Polonia Azbud i Basket Poznań. Mógłby pan stworzyć ranking, na kogo chciałby pan trafić w pierwszej rundzie play-off?
Nigdy nie planowałem i nie planuję, z kim chcę grać, a z kim nie. To nic nie daje i dlatego pozostawiam wydarzenia samym sobie. Po meczu z Asseco Prokomem i meczach preplay-off poznamy naszego rywala.
Anwil przystąpi do play-off z przewagą własnego parkietu w ćwierćfinale i półfinale, a może nawet i w finale. Czy wobec faktu, że Hala Mistrzów nie została jeszcze w tym sezonie zdobyta to jest duży atut?
Na pewno tak. Dzięki fanom, którzy kibicują nam przez cały sezon, nasza hala jest tak trudna do zdobycia. Przed nami mecz z Asseco Prokomem, po którym okaże się, czy po raz pierwszy w historii w sezonie zasadniczym nie damy się nikomu ograć na swoim terenie. Na pewno z pomocą naszych kibiców będzie odrobinę łatwiej.
Jaki jest realny cel Anwilu w bieżącym sezonie?
Celem jest wygranie każdego kolejnego meczu.
Jestem w takim wieku, że czuję potrzebę pracy. Praca sprawia, że żyję. Nie wyobrażam sobie siebie na emeryturze uprawiającego ogródek. Teraz, od czasu do czasu, chciałbym móc znaleźć na to kilka chwil, ale to nie może być sposobem na życie. Myślę, że od emocji i adrenaliny można się uzależnić i tak jest ze mną.
Został pan selekcjonerem kadry narodowej. Czy ta praca już wymaga od pana wielu godzin poświęconych kadrze, czy zajmie się nią pan dopiero po zakończeniu sezonu ligowego?
Praca z kadrą jest wielką odpowiedzialnością. Na dzień dzisiejszy jednak jestem skupiony na pracy w klubie i temu poświęcam najwięcej czasu. Oczywiście, spraw reprezentacji nie można zaniedbać, więc i tutaj podejmuję pewne działania. Na pewno poświęcę czas, żeby w play-off ze zwiększoną uwagą obserwować poczynania kandydatów do kadry.
Wszyscy życzylibyśmy sobie, żeby w przyszłym sezonie Anwil również występował pod wodzą trenera Igora Griszczuka. Czy wobec pracy z kadrą jest w ogóle taka możliwość?
W mojej głowie w ogóle nie ma innego scenariusza, jak tylko pozostanie we Włocławku. Spędziłem trzy lata poza domem i teraz chciałbym dłużej zagrzać tu miejsce. Praca z kadrą tego nie wyklucza i wszystko zależy od decyzji prezesa Zbigniewa Polatowskiego.
Dziś mecz z Asseco Prokomem, który pokazał się z dobrej strony w Elite Eight Euroligi i jest głównym kandydatem do tytułu mistrza Polski. Podoba się panu zespół, który stworzono w Gdyni?
Oczywiście, że tak. W Gdyni powstała bardzo silna drużyna, która ma na swoim koncie zwycięstwa nad uczestnikami Final Four Euroligi, jak choćby CSKA Moskwa. To świadczy o tym, że Asseco Prokom może wygrać z każdym na naszym kontynencie. To niezwykle mocna ekipa.
Czy sukcesy trenerów, Igora Griszczuka i Tomasa Pacesasa, to dowód na to, że w Polsce nastał czas młodych szkoleniowców z ambicjami, a nie tylko takich, którzy mają znane nazwiska?
Tego bym nie chciał powiedzieć. Nie ma znaczenia, czy trener jest młody, czy starszy i jakie ma osiągnięcia w swoim dorobku. Liczą się tylko wydarzenia na boisku.
Pokonać Asseco Prokom można tylko grając bez respektu…
Wszyscy moi koszykarze wybiegną na parkiet, mając świadomość, z kim grają, i jaka jest stawka tego spotkania. Mobilizacja będzie bardzo duża, nawet bez moich starań. Każdy chce pokonać mistrza Polski, to nie ulega wątpliwości.
Potencjalnych rywali w ćwierćfinale jest więc czterech: Znicz, Energa Czarni, Polonia Azbud i Basket Poznań. Mógłby pan stworzyć ranking, na kogo chciałby pan trafić w pierwszej rundzie play-off?
Nigdy nie planowałem i nie planuję, z kim chcę grać, a z kim nie. To nic nie daje i dlatego pozostawiam wydarzenia samym sobie. Po meczu z Asseco Prokomem i meczach preplay-off poznamy naszego rywala.
Anwil przystąpi do play-off z przewagą własnego parkietu w ćwierćfinale i półfinale, a może nawet i w finale. Czy wobec faktu, że Hala Mistrzów nie została jeszcze w tym sezonie zdobyta to jest duży atut?
Na pewno tak. Dzięki fanom, którzy kibicują nam przez cały sezon, nasza hala jest tak trudna do zdobycia. Przed nami mecz z Asseco Prokomem, po którym okaże się, czy po raz pierwszy w historii w sezonie zasadniczym nie damy się nikomu ograć na swoim terenie. Na pewno z pomocą naszych kibiców będzie odrobinę łatwiej.
Jaki jest realny cel Anwilu w bieżącym sezonie?
Celem jest wygranie każdego kolejnego meczu.
Wywiad ukazał się w ostatnim numerze czasopisma "Nasz Anwil".