Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Igor Griszczuk: Nie cierpię przegrywać

Czwartek, 02 Kwietnia 2009, 1:00, Michał Fałkowski

- Jaka jest różnica między rundą zasadniczą a play off? W play off zespół nie może okazać żadnej słabości... Rozmowa z Igorem Griszczukiem, trenerem koszykarzy Anwilu Włocławek.

W październiku przejął pan zespół w trakcie sezonu ligowego, zbudowany niemal od podstaw przez innego trenera - Zmago Sagadina. To wyjątkowo trudna i nielubiana przez wielu szkoleniowców sytuacja. W jakim stanie była drużyna?

 

Ciężko mi było "wejść" w zespół, bo wiadomo, że każdy trener ma inną wizję drużyny. Uważnie obserwowałem przedsezonowy turniej "Kasztelan Basketball Cup", w którym Anwil prezentował się bardzo dobrze. Zawodnicy pokazali duże umiejętności i możliwości, ale nie znałem ich charakterów. Widząc ich na boisku, mogłem dostrzec ich zalety i wady, ale nie to, jakimi są ludźmi. A to dla mnie w budowaniu zespołu sprawa niezwykle ważna. Potrzebowałam czasu, aby ich poznać, a liga już grała.

 

Pamięta pan choć jeden mecz, w którym wszyscy byli zdrowi i miał pan do dyspozycji najsilniejszy skład?

 

Kontuzje nas nie oszczędzają, są dużym pechem, ale nie ma co się załamywać i narzekać. Najważniejsze, że wobec urazów jednych zawodników, udało się znaleźć w składzie innych, którzy ich godnie zastąpili. Co prawda, cały czas nasz skład jest niekompletny, ale w play off będziemy walczyć o każdy metr boiska. Piłka jest w grze.

 

Piętnaście zwycięstw i siedem porażek - to bilans Anwilu pod pana wodzą w tym sezonie. Dochodzi jeszcze minimalnie przegrany mecz półfinału Pucharu Polski z Asseco Prokomem Sopot. Patrząc na ten wynik czuje pan satysfakcję, czy niedosyt?

 

Jestem zadowolony z czwartej pozycji, którą zajęliśmy na koniec rundy zasadniczej. Gdy obejmowałem zespół, byliśmy na dziesiątym miejscu. Podjąłem się tego wyzwania, żeby ratować włocławską koszykówkę. Z tej perspektywy czwarte miejsce daje mi satysfakcję.

 

Odejście Hendersona i Stevicia, kontuzje Modricia, Paravinji, krócej trwające urazy Boylana i Brkicia - które z tych zdarzeń było najgorsze w skutkach dla Anwilu?

 

Jestem pewien, że gdyby ten zespół wyglądał nadal tak, jak w momencie, gdy go obejmowałem, bylibyśmy na wyższym niż czwarte miejscu. To prawda, że wszystkie te zdarzenia w określonych momentach osłabiały drużynę. Naprawdę dużo przeszliśmy w tym sezonie. Trudno wymienić jedno, bowiem wszystkie miały swoją wagę. Ale powtarzam - nie zamierzam narzekać. Taki jest sport i trzeba umieć sobie radzić w trudnych i nieoczekiwanych sytuacjach.

 

Paul Miller, szykowany początkowo na zmiennika Paravinji, okazał się dla niego bezkonkurencyjny. Czy z postawy podstawowego teraz środkowego jest pan zadowolony?

 

Nie wiem, jakie plany miał wobec środkowych poprzedni trener. Ja postawiłem na Paula i nie zawiodłem się. To był dobry wybór i jestem z jego postawy zadowolony. Milos nie trenował przez pięć miesięcy i teraz musi udowodnić, że zasługuje na większe zaufanie i więcej minut na parkiecie.

Drużynę w trakcie sezonu wzmocnił Tommy Adams. Czy w wystarczającym stopniu wypełnia zadanie odciążenia Łukasza Koszarka na rozegraniu? Jest świetnym strzelcem - to wiemy. Ale czy ma w głowie grę na "jedynce"?

 

To był bardzo udany transfer. Chciałem zawodnika, który będzie rzucającym obrońcą, ale też potrafiącego przez pewien czas wziąć na siebie ciężar rozegrania. Na jakieś siedem do dziesięciu minut. Z tego zadania Tommy wywiązuje się bardzo dobrze. Co naturalne, na początku trudno mu było wejść w zgrany i skompletowany zespół. Mimo to, do dzisiaj nie mogę powiedzieć, żeby mnie zawiódł w choćby jednym meczu.

 

Stipe Modrić zaczął prezentować znakomitą formę, można powiedzieć nawet, że stawał się mózgiem drużyny. Czy po jego kontuzji musiał pan zweryfikować wiele planów, dotyczących koncepcji gry zespołu?

 

Na samym początku, gdy tylko obejmowałem drużynę widziałem w niej dwóch liderów - Gerroda Hendersona i Stipe Modricia. To mówi samo za siebie, co drużyna straciła, jeśli teraz obaj grać u nas nie mogą. Na kontuzje i odejścia nie ma rady. Pamiętajmy jednak, że mam Marko Brkicia, który przejął na siebie część zadań Stipe. Ma nieprzeciętne umiejętności strzeleckie. To jego ogromny atut i robię wszystko, aby umiejętnie to wykorzystać.

 

Nie przemknęła przez pana głowę choćby na chwilę myśl, że niepotrzebnie zrezygnował pan z Omara Barletta? Można jeszcze wierzyć, że Paravinja odwdzięczy się za zaufanie, jakim go pan obdarzył?

 

Ściągnąłem Omara, ponieważ potrzebowałem w zespole kogoś z silnym charakterem. To ambitny koszykarz, który zapewnia twardą walkę na tablicach. Znam go doskonale, gdyż przez trzy lata pracowaliśmy razem w Słupsku. Niestety, po przyjeździe okazało się, że jest zupełnie nieprzygotowany do gry. Siedział trzy miesiące w Miami i przytył 15 kilogramów. Miałem do wyboru jego albo Milosa. Nie mogłem zostawić obu, gdyż mamy określony budżet, którego nie można przekraczać. Między innymi dlatego nie dokonywaliśmy innych transferów. Zdecydowałem się na Milosa, gdyż był z zespołem od początku. Znał go i wracał po kontuzji do zdrowia, coraz lepiej prezentując się na treningach.

 

Bardzo ważne jest wsparcie młodszych zawodników, szczególnie biorąc pod uwagę przepisy w polskiej lidze. Czy uważa pan, że Gabińskiego, Wołoszyna i Michalskiego stać na to, żeby zrobić kolejny krok w karierze? Widać u nich postępy?

 

Wszyscy otrzymali ode mnie wiele szans na pokazanie się z dobrej strony. Prawda jest jednak taka, że w koszykówce zawodowej liczy się wynik i nie mogę wiecznie "ogrywać" młodych talentów. Zaznaczam, że nie mam żadnych pretensji, jeśli chodzi o pracę, którą wykonują na treningach. Wszystkie polecenia realizują bardzo dobrze i problem pojawia się dopiero, gdy muszą zagrać pod presją meczową. Dochodzi duży stres i to już zupełnie inna kwestia niż gra na treningu. Problem, żeby właśnie w takich chwilach potrafić pokazać wszystko to, co mają najlepsze. Dam im jeszcze szanse. Tylko od nich zależy, czy je wykorzystają i w przyszłości będą silnym punktem Anwilu.

 

Nakaz gry Polaków to dodatkowe utrudnienie w prowadzeniu zespołu?

 

Nie byłoby żadnego problemu, gdybyśmy mieli wystarczająco wielu utalentowanych Polaków. Marzę o sytuacji, żeby mieć w zespole siedmiu młodych koszykarzy i wpuszczać ich na boisko nie dlatego, że tak nakazują mi przepisy, tylko z powodu ich umiejętności. I do tego, żeby była rotacja nie tylko na niskich pozycjach, ale również na wysokich. Dochodzi do sytuacji, że gra układa się dobrze, a na ławce trzeba posadzić ważnego zawodnika ze względu na przepisy. Gra znów się zacina, po dziesięciu minutach odpoczynku zawodnik wraca i wszystko trzeba budować niemal od początku.

A jak oceni pan fakt, że w polskiej lidze czasami zespół ma dwa tygodnie przerwy między jednym a drugim meczem.

 

Nie trzeba wiele oceniać. To największa porażka w tym sezonie.

 

Wielu zawodników mówi o dużej presji, ciążącej na koszykarzach we Włocławku. Ostatnio w jednym z wywiadów szczerze przyznał to choćby Otis Hill. Czy to ona "wiąże" ręce zawodnikom w wielu ważnych momentach?

 

Grałem we Włocławku czternaście lat jako zawodnik. Odkąd pamiętam presja zawsze była bardzo duża. Mówi się, że we własnym pokoju nawet ściany są życzliwe. A my tymczasem najlepsze mecze w tym sezonie rozegraliśmy na wyjazdach. Coś w tym jest. We własnej hali zdarzało się, że trwoniliśmy piętnastopunktowe zaliczki. Nie sztuką jest wygrać, gdy prowadzi się wysoko. Sztuką jest wygrać, gdy się wysoko przegrywa. I wtedy najważniejszy jest charakter zawodników, dlatego dla mnie jest tak ważny przy budowaniu zespołu.

 

Czy w pewnym momencie - choćby w bardzo ważnym spotkaniu z Turowem Zgorzelec - nie zaufaliście za bardzo rzutom z dystansu? Świetnie szło w pierwszej połowie i wyglądało tak, jakby zespół był pewien, że wygra rzutami za 3 pkt. Nie brakowało czasami odpowiedniego bilansu między niskimi a wysokimi pozycjami?

 

Uważnie analizowaliśmy ten mecz. W kluczowych momentach nie trafiliśmy trzy razy spod kosza, będąc niemal w sytuacji sam na sam. Wtedy zawodnicy załamali ręce i to była przyczyna porażki, a nie zbyt duże zaufanie do rzutów z dystansu. Potem przestały wpadać i rzuty z dystansu, i znacznie łatwiejsze z bliższych, dobrych pozycji. Nie wróciliśmy już do meczu. To kolejny dowód na to, że trzeba trzymać koncentrację przez cały mecz.

 

Mówi się, że play off to już zupełnie inna gra niż sezon zasadniczy. Pan rozegrał wiele spotkań w play off. Odczuwał pan rzeczywiście znaczącą różnicę?

 

W play off zespół nie może okazać żadnej słabości. Zawodnicy muszą podchodzić profesjonalnie, walczyć o każdą piłkę, wierzyć, że są lepsi niż przeciwnik. W ich głowach cały czas musi być myśl, że walczą o złoto. Nastawienie mentalne jest na tym etapie równie ważne, co przygotowanie fizyczne. Zaczyna się przecież od zera. Mecze w rundzie zasadniczej nie mają już znaczenia. Albo komuś ta różnica pomaga i wówczas wychodzi zwycięsko, albo paraliżuje i wówczas przegrywa.

 

Zatem fakt, że Anwil dwukrotnie pokonał już w tym sezonie Polpharmę nie daje żadnej przewagi psychologicznej?

 

Na pewno jest to element korzystny. Zawodnicy mają "za kołnierzem" świadomość, że dwukrotnie wygrali, co dodaje wiary. Ale opieranie na tym swojego spokoju, czy wręcz lekceważenie przeciwnika nie wchodzi w ogóle w grę. Na tym etapie znów jest 0:0 i trzeba walczyć o każdą piłkę, żeby wygrać trzy mecze.

 

Trener Polpharmy Mariusz Karol przyznał, że na mecz z Anwilem przygotuje niespodzianki. Pan również zamierza czymś zaskoczyć Polpharmę?

 

Tylko tym, że będziemy świetnie przygotowani. Wielokrotnie analizowaliśmy mecze Polpharmy z Basketem Poznań i dokładnie znamy naszego rywala. Widzimy stosowane przez niego rozwiązania i z pewnością coś wymyślimy. Anwil jest w tej chwili drugim najlepiej broniącym zespołem w polskiej lidze i na tym będziemy opierać naszą grę. Nie jestem zwolennikiem udziwnień, tylko systematycznej, ciężkiej pracy.

 

Ewentualne zwycięstwo w ćwierćfinale sprawi, że w kolejnym etapie znów będzie czekać Asseco Prokom. W tym kontekście chyba żal, że zajęliście jednak czwarte a nie trzecie miejsce.

 

Jeśli ktoś myśli, że boimy się Prokomu, to jest w grubym błędzie. Szanujemy każdego rywala, będzie ciężko, ale nikogo się nie boimy. W tym sezonie pokazaliśmy już, że potrafimy wygrywać z sopocianami. Pokonaliśmy go we własnej hali, a w Pucharze Polski ulegliśmy zaledwie trzema punktami. Mam taki charakter, że nie potrafię przegrywać i nawet nie dopuszczam myśli, żebyśmy kogokolwiek się obawiali. Nasz główny cel w tym sezonie się nie zmienia - awans do finału ligi.