- Nasi fani przyczynili się do tego, że rywalizacja z mistrzem Polski trwała tak długo, a nie wiele brakowało, aby zakończyła się po naszej myśli. Musze powiedzieć, że bardzo dobrze grało mi się przed włocławską publicznością. – mówi skrzydłowy Anwilu Włocławek, Goran Jagodnik.
Paweł Gawinecki: Po świetnym półfinale z Prokomem, przyszło Wam zmierzyć się w finale pocieszenia ze Śląskiem, jednak przegraliście z niżej notowanym rywalem…
Goran Jagodnik: Pierwszy mecz zagraliśmy bardzo dobrze, odnieśliśmy pewne zwycięstwo. To co stało się później trudno wytłumaczyć! Może zbyt szybko zaczęliśmy świętować brązowe medale? Mogliśmy zakończyć tą serię we Włocławku, jednak nasze podejście zgubiło nas - myśleliśmy, że będzie łatwo. Śląsk był bardzo zmotywowany i wykorzystał naszą słabszą formę. Tak to bywa, gdy nie podchodzisz do meczu na 100%. Przegraliśmy u siebie, musieliśmy wrócić do Wrocławia, chcieliśmy bardzo tam wygrać, jednak coś się w naszej grze zacięło i zajęliśmy czwarte miejsce.
- W meczach z Prokomem było widoczne w Waszej grze zaangażowanie, walkę o każdą piłkę, w spotkaniach ze Śląskiem tego zabrakło…
- Kiedy nie podchodzimy do spotkania w pełni zmobilizowani to możemy mieć problemy z każdym zespołem w Polsce, zaś gdy dajemy z siebie 100% jesteśmy w stanie pokonać najsilniejszych. Udowodniliśmy to grając z Prokomem, gdybyśmy mieli trochę więcej szczęścia to my gralibyśmy dziś w finale. Tak, jak mówiłem wcześniej, w pierwszym meczu finału pocieszenia łatwo pokonaliśmy Śląsk, myśleliśmy, że będzie łatwo, przyszła dekoncentracja i słono za to zapłaciliśmy.
- W ostatnim meczu finału pocieszenia powtórzyła się w pewnym sensie sytuacja z meczu 5 półfinałowego, trafialiście zaledwie z 30–procentową skutecznością, z czego to się bierze?
- Ma na to wpływ wiele czynników, na pewno jest to skutek obrony rywali, naszego zmęczenia sezonem oraz po prostu słabszy dzień. W drugim meczu o brąz również zagraliśmy bardzo słabo w ataku, a mimo to rzuciliśmy ponad 70 punktów. W obronie również nie prezentowaliśmy się tak, jak powinniśmy. Nie walczyliśmy o każdą piłkę i to był nasz błąd. We Wrocławiu było już nieco inaczej, biliśmy się w każdej akcji, jednak akurat złożyło się tak, że nikomu nic nie wychodziło, tak jak mówiłem – słabszy dzień. Czasami trafiasz wszystko, innym razem niemal nic. Niestety my chybialiśmy rzut za rzutem. Cały problem tkwił w naszych głowach, powinniśmy zakończyć serię we Włocławku. Popełniliśmy jeden błąd, który Śląsk świetnie wykorzystał.
- W drugim spotkaniu finału pocieszenia bywało czasem bardzo nerwowo, w pewnym momencie nie wytrzymałeś i miałeś spięcie ze Stefańskim i Oliverem, co tak naprawdę się stało?
- To efekt tego, że podeszliśmy bez koncentracji do tego spotkania. Później podczas meczu chcieliśmy, może aż za bardzo, dogonić Śląsk. Wszyscy mówią o sytuacji mojej ze Stefańskim, a jakoś umknęło wszystkim zachowanie Hyżego, który uderzył Chrisa Thomasa w oko, a nie został nawet ukarany przewinieniem technicznym. Stefański ma taki styl gry – prowokuje, bije. W końcu nie wytrzymałem i rzuciłem go piłką a on padł na parkiet, jakby trafił go Mike Tyson (śmiech).
- Sezon 2006/2007 dobiegł końca, jesteś zadowolony z jego przebiegu i ze swojej formy?
- Kiedy podpisałem kontrakt z Anwilem, ten zespół zaczął grać lepiej. Wcześniej Włocławek był w innym miejscu niż powinien. Zakończyliśmy sezon na czwartej pozycji, ale mogło być znacznie lepiej. Jeśli chodzi o moją formę to prezentowałem się trochę słabiej niż za czasów gry w Prokomie. Oczywiście w Anwilu miałem znacznie inną rolę niż w Sopocie. Pod wodzą Alesa Pipana musiałem grać bardziej zespołowo, w ekipie Kijewskiego więcej grali na mnie. Oczywiście oddawałem tutaj również sporo rzutów, niestety to nie była ta sama forma, co rok temu. W dodatku zespół nie spełnił oczekiwań kibiców, działaczy, więc ja również nie mogę być z siebie zadowolony. Wygraliśmy co prawda Puchar Polski, jednak tkwiła w nas jeszcze spora rezerwa, której nie wykorzystaliśmy.
- Ten sezon to dla Ciebie nowe doświadczenie – grałeś w Rosji, we Włoszech aż w końcu trafiłeś do Włocławka. Czy zmieniając tak często otoczenie zawodnik jest w stanie prezentować 100% swoich możliwości?
- Popełniłem błąd podpisując kontrakt w Rosji, przez co cały sezon był mniej udany niż poprzednie lata. Nie mogę specjalnie narzekać na ostatnie 5-miesięcy, ponieważ spędzałem w Anwilu sporo minut na parkiecie, starałem się pomóc drużynie i w jakimś sensie to mi się udało. Oczywiście byłoby zupełnie inaczej, gdybym grał we Włocławku od początku sezonu, myślę, że wówczas byłbym bardziej przydatnym zawodnikiem. Grałem w Anwilu, aby pomóc drużynie, a nie żeby wszystko kręciło się wokół mnie. Rok temu myślałem tylko o punktach a reszta drużyny zajmowała się czymś innym (śmiech).
- Właśnie, wszyscy mówią, że w tym sezonie to nie był ten sam Goran Jagodnik, którego wszyscy znali. Myślisz, że dobrze przepracowany okres przygotowawczy pozwoli Ci powrócić do dawnej dyspozycji?
- Jestem tego pewny. W tym sezonie było zbyt dużo zawirowań, myślę, że dobrze przepracowany okres przygotowawczy pozwoli mi powrócić do dawnej formy. Mam nadzieję, że udowodnię to już w kolejnych rozgrywkach.
- Zanim trafiłeś do Anwilu, w Polsce byłeś żywym symbolem Prokomu, czyli najgroźniejszego rywala włocławian od paru dobrych lat. Przed przyjazdem do stolicy Kujaw mówiłeś, że obawiasz się trochę reakcji kibiców, jednak chyba nie było tak źle?
- (śmiech) Kiedy kibice są po twojej stronie, czujesz się świetnie. Na trybunach panowała gorąca atmosfera - w meczach półfinałowych Prokom nie miał najmniejszych szans, aby pokonać nas przed naszą publicznością. Oczywiście spora w tym zasługa zawodników, gdyż graliśmy bardzo dobrze, jednak kibice uskrzydlali nas i byli naszym szóstym graczem. Nasi fani przyczynili się do tego, że rywalizacja z mistrzem Polski trwała tak długo, a nie wiele brakowało, aby zakończyła się po naszej myśli. Musze powiedzieć, że bardzo dobrze grało mi się przed włocławską publicznością.
- Często słyszy się niepochlebne opinie o Włocławku, jak Tobie żyło się w tym mieście?
- Nie jest to takie miasto, jak Warszawa, czy Trójmiasto, ale we Włocławku żyje się bardzo dobrze. Tak naprawdę obojętnie czy występujesz we Włocławku, Wrocławiu, Londynie– musisz dobrze czuć się na parkiecie. Gdy na boisku jest wszystko ok., wtedy już nie ma żadnych problemów. Oczywiście nie ma tu zbyt dużo miejsc, gdzie można pójść odpocząć, czy iść na obiad, kolację, ale nie mogę na nic narzekać, Włocławek jest w porządku.
- Prokom to klub euroligowy gdzie organizacja stoi na najwyższym poziomie, czy w Anwilu jest podobnie? Drużyna włocławska spełniła wszystkie Twoje oczekiwania?
- Wszystko jest tak, jak należy. To, co potrzebuje koszykarz jest we Włocławku. Organizacja stoi na najwyższym poziomie, na nic nie mogę narzekać. Anwil to świetny klub.
- Trenerem Anwilu jest Ales Pipan, czyli szkoleniowiec reprezentacji Słowenii, liczysz może po cichu na powołanie zwłaszcza, że gry w kadrze odmówił Nachbar?
- O decyzji Nachbara dowiedziałem się z internetu. Co do mojej gry w kadrze, jeszcze nie rozmawiałem o tym z Alesem Pipanem. Oczywiście, fajnie byłoby zagrać na mistrzostwach Europy, ale jeśli tak się nie stanie – trudno, nie będę miał do nikogo pretensji. Gdyby trener uznał, że potrzebuje mnie w kadrze, na pewno nie odmówię.
- Jesteś zadowolony ze współpracy z Alesem Pipanem?
- Oczywiście, podoba mi się jak Ales Pipan prowadzi drużynę. Trener świetnie przygotowywał nas na kolejne spotkania. Co najważniejsze podobało mi się to, że tak długo gram (śmiech).
- Anwil zajął 4. lokatę, myślisz, że gdyby od początku sezonu szkoleniowcem włocławskiej drużyny był Ales Pipan, końcowy rezultat byłby inny?
- Pierwsza runda to dla Anwilu okropne przeżycie – 6 zwycięstw, 7 porażek mówi samo za siebie. Taki klub jak ten włocławski nie zasługuje na taki rezultat. W drugiej części sezonu zasadniczego przegraliśmy tylko 2-spotkania. Niestety nie udało nam się odrobić wcześniejszych strat i zajęliśmy 4. miejsce przed play off. Na pewno byłoby zupełnie inaczej, gdyby był taki zespół od początku. Każdy trener ma swoją filozofię, ale uważam, że gdyby Ales Pipan był we Włocławku od startu rozgrywek skład wyglądałby zupełnie inaczej i wynik byłby lepszy.
- Sezon dobiegł końca, czy masz już jakieś oferty na kolejny rok?
- Jeszcze nie, ponieważ dopiero skończyłem sezon i teraz czekam spokojnie na oferty. Rok temu popełniłem błąd podpisując szybko kontrakt w Rosji, teraz chciałbym tego uniknąć. Muszę spokojnie wszystko przemyśleć, nigdzie się nie śpieszę.
- Rozważasz pozostanie we Włocławku?
- Pięć miesięcy, które tu spędziłem wspominam bardzo dobrze, więc jeśli przyjdzie dobra oferta a zespół będzie mocny, z mistrzowskimi aspiracjami, to dlaczego nie?
- Spędziłeś już w Polsce 5 lat, myślałeś może o tym, aby zamieszkać w naszym kraju na stałe?
- (śmiech) Nie, rok temu kupiłem dom nad morzem w Słowenii i za miesiąc, może dwa wprowadzę się tam z moją rodziną. Oczywiście Polska to mój drugi dom i gdyby wiedział wcześniej, że spędzę tutaj tak dużo czasu, może i zastanowiłbym się nad zamieszkaniem w Waszym kraju. Gdyby tak się stało wybrałbym zapewne okolice Trójmiasta, gdyż tam mieszkałem najdłużej. Takie jest nasze życie, rok grasz tutaj później gdzieś indziej.
- Twoja kariera koszykarska jest bliżej końca niż początku, myślałeś już co chciałbyś robić bo zakończeniu przygody z rolą zawodnika?
- Jeszcze nie, mam nadzieje, że to zakończenie nie jest tak blisko (śmiech). Oczywiście muszę powoli myśleć, jak to będzie gdy za dwa, trzy, może cztery lata skończę karierę. Nie wiem dokładnie co będzie, ale nie chciałbym zbyt daleko odchodzić od koszykówki (śmiech). Jestem w tym sporcie od 18-lat i nie chciałbym tego zmieniać.
Może zostaniesz trenerem? Wielu dobrych zawodników po zakończeniu kariery zmierza właśnie w tym kierunku...
- Jeszcze o tym nie myślałem. Praca trenerska jest bardzo ciężka, gdyż szkoleniowiec musi poradzić sobie z zawodnikami, a każdy z nich myśli, że jest najlepszy na świecie (śmiech). Myślę, że jestem trochę zbyt emocjonalnym człowiekiem…
- Andrej Urlep też jest nerwowym człowiekiem a mimo to trenuje koszykarzy…
- (śmiech) No tak, ale to nie zmienia faktu, że bycie nerwowym przeszkadza w tym fachu. Na 95% treningów daję z siebie wszystko i kiedy widzę, że ktoś nie stara się to staję się bardzo nerwowy. Kto nie dawałby z siebie maxa na moich zajęciach, szybko z nim miałbym konflikt. Trener musi być również psychologiem a to ciężka sprawa. Mam nadzieję, że nie będę musiał być szkoleniowcem (śmiech).
- Wkrótce mistrzostwa Europy, na których zagrają m.in. Słowenia i Polska – obie drużyny mają zupełnie inne cele, jak według Ciebie będzie wyglądał turniej w wykonaniu tych ekip?
- W Słowenii przed drużyną narodową zawsze stawiane są wysokie cele. Wiele zależy również ilu naszych gwiazdorów z NBA zdecyduje się na grę w kadrze. Oczywiście w razie czego mamy również wielu świetnych zawodników w Europie. Musimy wyjść z grupy, a później wiele zależy od szczęścia – na kogo się trafi, od dyspozycji dnia. Mistrzostwa Europy to turniej i jeden mecz decyduje, czy grasz o medale, czy o miejsca 5-8. Polska zaś ostatni raz grała na wielkiej imprezie w 1997 roku, więc myślę, że wielkim sukcesem dla Was byłoby wyjście z grupy. Uważam jednak, że zarówno Polska, jak i Słowenia mają duże szanse na awans do dalszej fazy, choć nie ukrywajmy, iż przynajmniej teoretycznie, mój kraj jest na chwilę obecną silniejszy.