Stanowisko szkoleniowca Anwilu Włocławek przyjął dwa tygodnie temu. Od tego czasu zdążył poznać drużynę i jej potrzeby. Nam udzielił pierwszego wywiadu, w którym wyłożył podstawy swojej filozofii trenerskiej, przybliżył życiorys i nakreślił plany na kolejne tygodnie i miesiące. Zapraszamy do lektury rozmowy ze znakomitym trenerem i ciekawym człowiekiem, Emirem Mutapciciem.
Stanowisko szkoleniowca Anwilu Włocławek przyjął dwa tygodnie temu. Od tego czasu zdążył poznać drużynę i jej potrzeby. Nam udzielił pierwszego wywiadu, w którym wyłożył podstawy swojej filozofii trenerskiej, przybliżył życiorys i nakreślił plany na kolejne tygodnie i miesiące. Zapraszamy do lektury rozmowy ze znakomitym trenerem i ciekawym człowiekiem, Emirem Mutapciciem.
Trenerze, przy pańskim wzroście, dorastając w czasach świetności koszykówki w Jugosławii, chyba nie można było zostać nikim innym, jak tylko koszykarzem?
Emir Mutapcić: Ależ w tamtym czasie Jugosławia mogła się poszczycić sukcesami również w innych dyscyplinach, co mi jako młodemu człowiekowi o dobrych predyspozycjach do uprawiania sportu dawało duże pole do popisu. Grałem w piłkę nożną i siatkówkę, ale ostatecznie postawiłem na basket. Dziś mogę powiedzieć, że to nie był błąd.
Jest pan bardzo wysoki jak na obrońcę, a właśnie na pozycjach obwodowych występował pan w swojej karierze zawodniczej…
- Można powiedzieć, że byłem koszykarzem dość uniwersalnym. Grałem na pozycjach jeden, dwa, trzy [rozgrywający, rzucający obrońca, niski skrzydłowy – red.], w zależności od tego, czego wymagał ode mnie trener. W Hapoelu byłem na przykład rozgrywającym, a tylko niekiedy wybiegałem na boisko w roli rzucającego obrońcy. W Albie z kolei pełniłem rolę „dwójko-trójki”.
W tych dwóch klubach oraz w Bosna Sarajewo spędził pan całą swoją koszykarską karierę. Domyślamy się, że taka stabilizacja wynikała raczej z uwarunkowań politycznych niż pańskich preferencji?
- To rzeczywiście były inne czasy, inna Jugosławia i inna Europa. Swoją przygodę z koszykówką zacząłem w małym klubiku, który szybko zmieniłem na najlepszy klub w moim kraju, Bosna Sarajewo. Tam spędziłem 11 sezonów, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się czasem tak długim, że aż niemożliwym. Oczywiście, wpływ na taki stan rzeczy miały zasady panujące wtedy w mojej federacji. Przepis mówił, że grać poza granicami kraju może zawodnik, który ukończył 30 lat. Gracze kadry, a więc i ja, mogli wyjechać w wieku 28 lat.
Musi pan być rozżalony, że karierę kształtowały panu rygorystyczne rozporządzenia.
- Zaskoczę pana, że z dzisiejszej perspektywy już tak nie myślę. Przecież przepisy dotyczyły wszystkich, a nie tylko mnie. Dzięki temu w Jugosławii grało wtedy wielu znakomitych zawodników i liga była niezwykle silna. Koszykówka świętowała sukcesy, mieliśmy mnóstwo kibiców i naprawdę czuliśmy, że warto grać w swoim kraju. Teraz w czasach globalizacji sportu jest to trudne do zrozumienia i jeszcze trudniejsze do wcielenia w życie. Trenerzy nie mogą pracować długofalowo i rozwijać koszykarza w kilku, czy kilkunastoletniej perspektywie. Ich zadaniem jest jak najefektywniejsze wyciśnięcie z zawodnika wszystkiego, co może dać drużynie w chwili obecnej.
Wszystko przez współczesne zasady finansowania sportu. Chyba nie możemy oczekiwać, że firmy wydające ogromne pieniądze na wspieranie drużyn zadowolą się szkoleniem młodzieży?
- Oczywiście, to zrozumiała sytuacja. Poza tym należy pamiętać, że sport jest tylko małym odbiciem tego, co się dzieje w całym zglobalizowanym świecie. Polacy wyjeżdżają pracować do Irlandii, do Polski przyjeżdżają pracownicy ze wschodu, w Niemczech, Anglii i innych krajach jest bardzo dużo obcokrajowców, którzy przybywają tam zarobić na życie. I o ile taka migracja za pieniądzem jest zrozumiała w innych zawodach, to sportowcom nie służy. Sport to ważna idea, dobro społeczne. Szczególnie teraz, gdy dzieci i młodzież kuszone są dobrodziejstwami techniki, jest ich szczególnie trudno nakłonić do aktywności fizycznej. Pomóc mogą tylko pozytywne wzorce, które bardzo trudno jest wykreować w jeden sezon. Powtarzam, że dla młodego koszykarza idealną sytuacją byłoby, gdyby mógł grać i rozwijać się przez kilka lat pod okiem jednego szkoleniowca w jednym klubie.
Emir Mutapcić: Ależ w tamtym czasie Jugosławia mogła się poszczycić sukcesami również w innych dyscyplinach, co mi jako młodemu człowiekowi o dobrych predyspozycjach do uprawiania sportu dawało duże pole do popisu. Grałem w piłkę nożną i siatkówkę, ale ostatecznie postawiłem na basket. Dziś mogę powiedzieć, że to nie był błąd.
Jest pan bardzo wysoki jak na obrońcę, a właśnie na pozycjach obwodowych występował pan w swojej karierze zawodniczej…
- Można powiedzieć, że byłem koszykarzem dość uniwersalnym. Grałem na pozycjach jeden, dwa, trzy [rozgrywający, rzucający obrońca, niski skrzydłowy – red.], w zależności od tego, czego wymagał ode mnie trener. W Hapoelu byłem na przykład rozgrywającym, a tylko niekiedy wybiegałem na boisko w roli rzucającego obrońcy. W Albie z kolei pełniłem rolę „dwójko-trójki”.
W tych dwóch klubach oraz w Bosna Sarajewo spędził pan całą swoją koszykarską karierę. Domyślamy się, że taka stabilizacja wynikała raczej z uwarunkowań politycznych niż pańskich preferencji?
- To rzeczywiście były inne czasy, inna Jugosławia i inna Europa. Swoją przygodę z koszykówką zacząłem w małym klubiku, który szybko zmieniłem na najlepszy klub w moim kraju, Bosna Sarajewo. Tam spędziłem 11 sezonów, co z dzisiejszej perspektywy wydaje się czasem tak długim, że aż niemożliwym. Oczywiście, wpływ na taki stan rzeczy miały zasady panujące wtedy w mojej federacji. Przepis mówił, że grać poza granicami kraju może zawodnik, który ukończył 30 lat. Gracze kadry, a więc i ja, mogli wyjechać w wieku 28 lat.
Musi pan być rozżalony, że karierę kształtowały panu rygorystyczne rozporządzenia.
- Zaskoczę pana, że z dzisiejszej perspektywy już tak nie myślę. Przecież przepisy dotyczyły wszystkich, a nie tylko mnie. Dzięki temu w Jugosławii grało wtedy wielu znakomitych zawodników i liga była niezwykle silna. Koszykówka świętowała sukcesy, mieliśmy mnóstwo kibiców i naprawdę czuliśmy, że warto grać w swoim kraju. Teraz w czasach globalizacji sportu jest to trudne do zrozumienia i jeszcze trudniejsze do wcielenia w życie. Trenerzy nie mogą pracować długofalowo i rozwijać koszykarza w kilku, czy kilkunastoletniej perspektywie. Ich zadaniem jest jak najefektywniejsze wyciśnięcie z zawodnika wszystkiego, co może dać drużynie w chwili obecnej.
Wszystko przez współczesne zasady finansowania sportu. Chyba nie możemy oczekiwać, że firmy wydające ogromne pieniądze na wspieranie drużyn zadowolą się szkoleniem młodzieży?
- Oczywiście, to zrozumiała sytuacja. Poza tym należy pamiętać, że sport jest tylko małym odbiciem tego, co się dzieje w całym zglobalizowanym świecie. Polacy wyjeżdżają pracować do Irlandii, do Polski przyjeżdżają pracownicy ze wschodu, w Niemczech, Anglii i innych krajach jest bardzo dużo obcokrajowców, którzy przybywają tam zarobić na życie. I o ile taka migracja za pieniądzem jest zrozumiała w innych zawodach, to sportowcom nie służy. Sport to ważna idea, dobro społeczne. Szczególnie teraz, gdy dzieci i młodzież kuszone są dobrodziejstwami techniki, jest ich szczególnie trudno nakłonić do aktywności fizycznej. Pomóc mogą tylko pozytywne wzorce, które bardzo trudno jest wykreować w jeden sezon. Powtarzam, że dla młodego koszykarza idealną sytuacją byłoby, gdyby mógł grać i rozwijać się przez kilka lat pod okiem jednego szkoleniowca w jednym klubie.
Czy zatem europejska koszykówka robi krok wstecz adaptując reguły zglobalizowanego świata?
- Tak daleko bym się nie posunął, bo patrząc na tę dyscyplinę od kilkudziesięciu lat widzę jej ciągły rozwój. Poświęcając się jej bez reszty, chciałbym jednak małych ustępstw od otaczającego ją nowoczesnego świata. Jestem entuzjastą rywalizacji o jak najwyższe trofea, ale myślę też o trenowaniu nowych kadr, które w przyszłości wprowadzą koszykówkę na kolejny poziom rozwoju.
Słuchając pana mam wrażenie, że rozmawiam z ideowcem, który patrzy na koszykówkę z dalszej perspektywy, a nie z osobą, która siedzi w samym epicentrum tego „biznesu”. Czy jest w naszej dyscyplinie miejsce na takie romantyczne podejście?
- Ależ oczywiście, że mam również swoje bardziej materialne cele. Jak każdy kocham zwycięstwa, trofea i tytuły mistrzowskie. I nawet to o czym do tej pory mówiłem dość górnolotnie, można przełożyć na bardziej przyziemne przykłady. Jeśli będę miał warunki i umiejętności, by trenować młodych ludzi, to oczywiście, jakaś mała część z nich zostanie dobrymi koszykarzami. Pozostali zajmą się sędziowaniem, pracą w klubach, albo zostaną po prostu świadomymi, inteligentnymi kibicami. Moja praca przysłuży się wszystkim. Mam tego świadomość i dlatego z takim zaangażowaniem się temu poświęcam.
Czy będąc zawodnikiem, myślał pan, że kiedyś zostanie trenerem?
- To potoczyło się dość naturalnie. Choć mogło być zupełnie inaczej. Grając w Sarajewie uczęszczałem przecież do szkoły ekonomicznej. W 1988 roku rozpocząłem jednak naukę w najlepszej w tamtym czasie szkole trenerów w Jugosławii. Jak wiadomo sezon później wyjechałem do Izraela i dlatego musiałem przerwać edukację. Sytuacja polityczna sprawiła, że już nigdy na stałe nie wróciłem do kraju i swoją przygodę trenerską realizuję w dużej mierze poza ojczystymi stronami.
Zaczęło się w Berlinie, gdzie pańskim zadaniem było na początku szkolenie młodzieży.
- Tak, grałem jeszcze w koszykówkę, ale otrzymałem też zadanie wprowadzania młodych ludzi do tego sportu. Mieliśmy długofalowy plan, który miał pomóc znaleźć i wychować talenty do drużyny Alby, którą wtedy prowadził Svetislav Pesić.
No właśnie, o niego chciałbym zapytać. Czy był pańskim mentorem?
- To ciekawe, że ze Svetislavem Pesiciem spotkałem się pierwszy raz, gdy był jeszcze zawodnikiem, o czym mało kto pamięta. Był 1979 rok gdy ja przyszedłem grać do Sarajewa, a on właśnie zaliczał ostatnie miesiące swojej koszykarskiej kariery. Później przez pewien czas był moim trenerem w tym klubie. Po raz kolejny spotkaliśmy się w Albie. Najpierw grałem pod jego okiem, a następnie z wielką radością, uczyłem się od niego trenerskiego fachu. Cała moja filozofia koszykówki opiera się na tym, co przekazał mi Pesić.
- Tak daleko bym się nie posunął, bo patrząc na tę dyscyplinę od kilkudziesięciu lat widzę jej ciągły rozwój. Poświęcając się jej bez reszty, chciałbym jednak małych ustępstw od otaczającego ją nowoczesnego świata. Jestem entuzjastą rywalizacji o jak najwyższe trofea, ale myślę też o trenowaniu nowych kadr, które w przyszłości wprowadzą koszykówkę na kolejny poziom rozwoju.
Słuchając pana mam wrażenie, że rozmawiam z ideowcem, który patrzy na koszykówkę z dalszej perspektywy, a nie z osobą, która siedzi w samym epicentrum tego „biznesu”. Czy jest w naszej dyscyplinie miejsce na takie romantyczne podejście?
- Ależ oczywiście, że mam również swoje bardziej materialne cele. Jak każdy kocham zwycięstwa, trofea i tytuły mistrzowskie. I nawet to o czym do tej pory mówiłem dość górnolotnie, można przełożyć na bardziej przyziemne przykłady. Jeśli będę miał warunki i umiejętności, by trenować młodych ludzi, to oczywiście, jakaś mała część z nich zostanie dobrymi koszykarzami. Pozostali zajmą się sędziowaniem, pracą w klubach, albo zostaną po prostu świadomymi, inteligentnymi kibicami. Moja praca przysłuży się wszystkim. Mam tego świadomość i dlatego z takim zaangażowaniem się temu poświęcam.
Czy będąc zawodnikiem, myślał pan, że kiedyś zostanie trenerem?
- To potoczyło się dość naturalnie. Choć mogło być zupełnie inaczej. Grając w Sarajewie uczęszczałem przecież do szkoły ekonomicznej. W 1988 roku rozpocząłem jednak naukę w najlepszej w tamtym czasie szkole trenerów w Jugosławii. Jak wiadomo sezon później wyjechałem do Izraela i dlatego musiałem przerwać edukację. Sytuacja polityczna sprawiła, że już nigdy na stałe nie wróciłem do kraju i swoją przygodę trenerską realizuję w dużej mierze poza ojczystymi stronami.
Zaczęło się w Berlinie, gdzie pańskim zadaniem było na początku szkolenie młodzieży.
- Tak, grałem jeszcze w koszykówkę, ale otrzymałem też zadanie wprowadzania młodych ludzi do tego sportu. Mieliśmy długofalowy plan, który miał pomóc znaleźć i wychować talenty do drużyny Alby, którą wtedy prowadził Svetislav Pesić.
No właśnie, o niego chciałbym zapytać. Czy był pańskim mentorem?
- To ciekawe, że ze Svetislavem Pesiciem spotkałem się pierwszy raz, gdy był jeszcze zawodnikiem, o czym mało kto pamięta. Był 1979 rok gdy ja przyszedłem grać do Sarajewa, a on właśnie zaliczał ostatnie miesiące swojej koszykarskiej kariery. Później przez pewien czas był moim trenerem w tym klubie. Po raz kolejny spotkaliśmy się w Albie. Najpierw grałem pod jego okiem, a następnie z wielką radością, uczyłem się od niego trenerskiego fachu. Cała moja filozofia koszykówki opiera się na tym, co przekazał mi Pesić.
Uczył się pan pilnie, bo szybko udało się wykreować kilka znanych teraz nazwisk.
Mieliśmy rozpisany siedmioletni program szkolenia młodzieży, który zrealizowaliśmy w całości. Dzięki temu udało się znaleźć kilka talentów. Na Mistrzostwach Świata w 2002 roku w dwunastce reprezentacji Niemiec, dziesięciu koszykarzy było naszymi wychowankami [Niemcy zdobyły brązowy medal – red.]. Tylko Dirk Novitzki i Pascal Roller nie przeszli przez tę szkołę. Wśród, koszykarzy, których odkryliśmy znajdują się znani już Anwilowi z Alby Sven Schultze i Patrick Femerling, a także obecny dyrektor sportowy tego klubu Mitat Demirel. Także Ademola Okulaja, Marko Pesić, Stipo Papić, Robert Maras i chyba najpopularniejszy w Polsce Jan-Hendrick Jagla są moimi uczniami.
Z nutką nostalgii wspomina pan pracę w Berlinie. Czy pańskie serce wciąż należy do Alby?
- Moje serce jest bardzo przywiązane do tego klubu, bo spędziłem w nim piętnaście lat. Mam wielu przyjaciół w zespole, utrzymuję z nimi kontakt i cieszę się, że cały czas mogę na nich liczyć.
Dużo mówi się o pańskich sukcesach osiąganych w Bundeslidze, natomiast niewiele wiemy o osiągnięciach z europejskich pucharów?
- Prowadziłem Albę w rozgrywkach Ligi Mistrzów, Euroligi i Suproligi. W ramach tych ostatnich pucharów, w 2001 roku udało mi się dojść do ćwierćfinału. Znaleźliśmy się w ósemce najlepszych drużyn w Europie i pokonał nas dopiero niezwykle silny Panathinaikos. W innych latach również wielokrotnie byliśmy blisko historycznych osiągnięć, ale za każdym razem minimalnie przegrywaliśmy. Brakowało nam doświadczenia w starciu z potężnymi europejskimi klubami. My dopiero budowaliśmy silny zespół w Berlinie. Tworzyliśmy całą infrastrukturę, szkoliliśmy młodych, uczyliśmy się, żeby w przyszłości móc odgrywać ważną rolę na arenie międzynarodowej. Tworzyliśmy fundamenty pod klub, który teraz ma 30 mln dolarów budżetu.
Zapytałem o europejskie puchary, bo przecież nie wszystko może być najważniejsze. W pańskiej filozofii liczy się wynik, liczy się szkolenie, więc może chociaż na grę w pucharach patrzy pan z lekkim przymrużeniem oka?
- Nie byłbym sobą, gdybym cokolwiek traktował z mniejszym zaangażowaniem. Jeśli tylko jest szansa, to trzeba walczyć na wszystkich polach. Nawet, gdybyśmy grali w Eurolidze i potencjalnie nie mieli szans w walce z wielkimi potentatami, to nastawiałbym drużynę na zwycięstwo. Trzeba atakować najwyższe fortece. W tym momencie posłużę się przykładem Asseco Prokomu, który bardzo szanuję za ubiegłoroczne osiągnięcie w Eurolidze, mimo odbiegającego od innych budżetu. Tak trzeba postępować w życiu i w sporcie – bez kompleksów, ale i przerośniętych ambicji walczyć o wysokie cele.
Czy pracę we Włocławku traktuje pan w kategoriach nowego wyzwania?
- Dokładnie tak. Podjąłem się trenowania Anwilu właśnie ze względu a to, że ta sytuacja stawia mnie przed zupełnie nowymi wyzwaniami. Po dwudziestu latach spędzonych w Niemczech przyjeżdżam do nowego kraju i obejmuję zespół z dużymi tradycjami, ale będący w trudnej sytuacji. Mam świadomość jacy trenerzy pracowali tutaj przede mną i jakie wymagania stawiane są przed zespołem. To nie będzie łatwe zadanie, ale właśnie to lubię.
Mieliśmy rozpisany siedmioletni program szkolenia młodzieży, który zrealizowaliśmy w całości. Dzięki temu udało się znaleźć kilka talentów. Na Mistrzostwach Świata w 2002 roku w dwunastce reprezentacji Niemiec, dziesięciu koszykarzy było naszymi wychowankami [Niemcy zdobyły brązowy medal – red.]. Tylko Dirk Novitzki i Pascal Roller nie przeszli przez tę szkołę. Wśród, koszykarzy, których odkryliśmy znajdują się znani już Anwilowi z Alby Sven Schultze i Patrick Femerling, a także obecny dyrektor sportowy tego klubu Mitat Demirel. Także Ademola Okulaja, Marko Pesić, Stipo Papić, Robert Maras i chyba najpopularniejszy w Polsce Jan-Hendrick Jagla są moimi uczniami.
Z nutką nostalgii wspomina pan pracę w Berlinie. Czy pańskie serce wciąż należy do Alby?
- Moje serce jest bardzo przywiązane do tego klubu, bo spędziłem w nim piętnaście lat. Mam wielu przyjaciół w zespole, utrzymuję z nimi kontakt i cieszę się, że cały czas mogę na nich liczyć.
Dużo mówi się o pańskich sukcesach osiąganych w Bundeslidze, natomiast niewiele wiemy o osiągnięciach z europejskich pucharów?
- Prowadziłem Albę w rozgrywkach Ligi Mistrzów, Euroligi i Suproligi. W ramach tych ostatnich pucharów, w 2001 roku udało mi się dojść do ćwierćfinału. Znaleźliśmy się w ósemce najlepszych drużyn w Europie i pokonał nas dopiero niezwykle silny Panathinaikos. W innych latach również wielokrotnie byliśmy blisko historycznych osiągnięć, ale za każdym razem minimalnie przegrywaliśmy. Brakowało nam doświadczenia w starciu z potężnymi europejskimi klubami. My dopiero budowaliśmy silny zespół w Berlinie. Tworzyliśmy całą infrastrukturę, szkoliliśmy młodych, uczyliśmy się, żeby w przyszłości móc odgrywać ważną rolę na arenie międzynarodowej. Tworzyliśmy fundamenty pod klub, który teraz ma 30 mln dolarów budżetu.
Zapytałem o europejskie puchary, bo przecież nie wszystko może być najważniejsze. W pańskiej filozofii liczy się wynik, liczy się szkolenie, więc może chociaż na grę w pucharach patrzy pan z lekkim przymrużeniem oka?
- Nie byłbym sobą, gdybym cokolwiek traktował z mniejszym zaangażowaniem. Jeśli tylko jest szansa, to trzeba walczyć na wszystkich polach. Nawet, gdybyśmy grali w Eurolidze i potencjalnie nie mieli szans w walce z wielkimi potentatami, to nastawiałbym drużynę na zwycięstwo. Trzeba atakować najwyższe fortece. W tym momencie posłużę się przykładem Asseco Prokomu, który bardzo szanuję za ubiegłoroczne osiągnięcie w Eurolidze, mimo odbiegającego od innych budżetu. Tak trzeba postępować w życiu i w sporcie – bez kompleksów, ale i przerośniętych ambicji walczyć o wysokie cele.
Czy pracę we Włocławku traktuje pan w kategoriach nowego wyzwania?
- Dokładnie tak. Podjąłem się trenowania Anwilu właśnie ze względu a to, że ta sytuacja stawia mnie przed zupełnie nowymi wyzwaniami. Po dwudziestu latach spędzonych w Niemczech przyjeżdżam do nowego kraju i obejmuję zespół z dużymi tradycjami, ale będący w trudnej sytuacji. Mam świadomość jacy trenerzy pracowali tutaj przede mną i jakie wymagania stawiane są przed zespołem. To nie będzie łatwe zadanie, ale właśnie to lubię.
Jakie ma pan pierwsze spostrzeżenia dotyczące polskiej ligi?
- Przede wszystkim, w polskiej Ekstraklasie jest dużo mniej zespołów niż w Bundeslidze, co czyni ją mniej atrakcyjną. Uważam, że w tak dużym kraju, jakim jest Polska 12 zespołów w najwyższej lidze to stanowczo za mało. Prawie 40-milionowe państwo powinno postarać się o licznej reprezentowane rozgrywki. Byłaby atrakcyjniejsza dla sponsorów i dla zawodników, którzy przecież przede wszystkim lubią grać. Ważne też, żeby zespoły koszykarskie powstawały w dużych miastach.
Koniec roku jest czasem podsumowań i planów na przyszłość. Jak ułożą się kolejne miesiące dla Anwilu?
- Dla nas ważne jest żeby się rozwijać krok po kroku. Powtarzam już moim koszykarzom, że jesteśmy w długiej drodze i musimy posuwać się rozsądnie do przodu. Nie ma co ukrywać, że przez porażki we własnej hali straciliśmy psychiczną przewagę. Utraciliśmy dumę i teraz trzeba ją odbudować. Znam historię tego klubu i uczynię wszystko, żeby mistrzostwo zdobyte w 2003 roku wróciło do Włocławka.
Brzmi świetnie, ale jak to zrobić?
- Pierwszym elementem, który ma nam pomóc w osiągnięciu tego celu jest odbudowanie twierdzy, jaką powinna być nasza hala. Po drugie, trzeba poprawić grę w obronie. Nasza defensywa musi być niezłomna. Zwłaszcza w sytuacjach jeden na jeden, moi koszykarze muszą czuć się pewnie i nie bać się pressingu. Trzeba grać agresywnie na swojej połowie i starać się wymuszać błędy rywala. Z takich błędów biorą się szybkie akcje i relatywnie łatwe punkty. Kolejną ważną rzeczą jest zbudowanie jedności w drużynie. Liga jest dość silna i jeśli chcemy odegrać w niej ważną rolę, to musimy zmienić swoją mentalność.
Proszę na koniec powiedzieć, jak pan spędzi Święta Bożego Narodzenia?
- Mamy kilka dni wolnego, więc wracam do swojej rodziny do Berlina. Boże Narodzenie spędzę z żoną i dwójką dzieci. Moja córka ma 22 lata, kończy właśnie pierwszy etap studiów i przygotowuje się do drugiego, magisterskiego. Mój syn jest w 11 klasie, co odpowiada 3 klasie szkoły średniej w Polsce. Wszyscy mają przerwę świąteczną, więc na pewno miło spędzimy ten świąteczny czas.
W takim razie w imieniu wszystkich sympatyków Anwilu życzę Wesołych Świąt!
- Ja również wszystkim fanom Anwilu i koszykówki w ogóle składam najserdeczniejsze życzenia Świąteczne!
- Przede wszystkim, w polskiej Ekstraklasie jest dużo mniej zespołów niż w Bundeslidze, co czyni ją mniej atrakcyjną. Uważam, że w tak dużym kraju, jakim jest Polska 12 zespołów w najwyższej lidze to stanowczo za mało. Prawie 40-milionowe państwo powinno postarać się o licznej reprezentowane rozgrywki. Byłaby atrakcyjniejsza dla sponsorów i dla zawodników, którzy przecież przede wszystkim lubią grać. Ważne też, żeby zespoły koszykarskie powstawały w dużych miastach.
Koniec roku jest czasem podsumowań i planów na przyszłość. Jak ułożą się kolejne miesiące dla Anwilu?
- Dla nas ważne jest żeby się rozwijać krok po kroku. Powtarzam już moim koszykarzom, że jesteśmy w długiej drodze i musimy posuwać się rozsądnie do przodu. Nie ma co ukrywać, że przez porażki we własnej hali straciliśmy psychiczną przewagę. Utraciliśmy dumę i teraz trzeba ją odbudować. Znam historię tego klubu i uczynię wszystko, żeby mistrzostwo zdobyte w 2003 roku wróciło do Włocławka.
Brzmi świetnie, ale jak to zrobić?
- Pierwszym elementem, który ma nam pomóc w osiągnięciu tego celu jest odbudowanie twierdzy, jaką powinna być nasza hala. Po drugie, trzeba poprawić grę w obronie. Nasza defensywa musi być niezłomna. Zwłaszcza w sytuacjach jeden na jeden, moi koszykarze muszą czuć się pewnie i nie bać się pressingu. Trzeba grać agresywnie na swojej połowie i starać się wymuszać błędy rywala. Z takich błędów biorą się szybkie akcje i relatywnie łatwe punkty. Kolejną ważną rzeczą jest zbudowanie jedności w drużynie. Liga jest dość silna i jeśli chcemy odegrać w niej ważną rolę, to musimy zmienić swoją mentalność.
Proszę na koniec powiedzieć, jak pan spędzi Święta Bożego Narodzenia?
- Mamy kilka dni wolnego, więc wracam do swojej rodziny do Berlina. Boże Narodzenie spędzę z żoną i dwójką dzieci. Moja córka ma 22 lata, kończy właśnie pierwszy etap studiów i przygotowuje się do drugiego, magisterskiego. Mój syn jest w 11 klasie, co odpowiada 3 klasie szkoły średniej w Polsce. Wszyscy mają przerwę świąteczną, więc na pewno miło spędzimy ten świąteczny czas.
W takim razie w imieniu wszystkich sympatyków Anwilu życzę Wesołych Świąt!
- Ja również wszystkim fanom Anwilu i koszykówki w ogóle składam najserdeczniejsze życzenia Świąteczne!