Jeżeli Dusan Katnić na boisku jest tak pewny siebie jak w wywiadzie dla naszego serwisu to można optymistycznie zakładać, że Anwil zyskał nowego lidera. Zapraszamy do lektury rozmowy na temat dotychczasowej kariery i najbliższych planów serbskiego rozgrywającego drużyny włocławskich rottweilerów.
Jeżeli Dusan Katnić na boisku jest tak pewny siebie jak w wywiadzie dla naszego serwisu to można optymistycznie zakładać, że Anwil zyskał nowego lidera. Zapraszamy do lektury rozmowy na temat dotychczasowej kariery i najbliższych planów serbskiego rozgrywającego drużyny włocławskich rottweilerów.
Co przekonało cię do oferty gry w Anwilu Włocławek?
Dusan Katnić: Tak właściwie to przekonał mnie trener Milija Bogicević. Jego propozycja była konkretna. Zaoferował mi rolę, do której już od dłuższego czasu jestem przygotowany, czyli pierwszego rozgrywającego. Zależało mi na tym, żeby być ważnym ogniwem mojego nowego zespołu, a do trenera Bogicevicia mam wielkie zaufanie. Po raz pierwszy spotkałem go gdy miałem 14 lat i trafiłem do klubu w Belgradzie, w którym on akurat zajmował się szkoleniem. Grałem z chłopakami o 2 – 3 lata starszymi ode mnie i dzięki jego pomocy dawałem sobie radę.
Miałeś inne propozycje?
- Oczywiście. Kilka klubów europejskich chętnie widziało mnie u siebie, ale w nich chyba bym nie mógł liczyć na tyle minut na boisku co w Anwilu. Mógłbym pojechać do Hiszpanii czy Włoch, ale dalej musiałbym pełnić rolę zmiennika.
Widzę, że koniecznie chcesz udowodnić, że warto ci powierzyć kreowanie oblicza zespołu…
- Bo warto. Jestem już w odpowiednim wieku, mam odpowiednie doświadczenie i umiejętności. Kiedyś wszystko wskazywało na to, że jeszcze szybciej wskoczę na ten poziom. Niestety, cztery lata temu doznałem kontuzji, która na chwilę przyhamowała moją karierę. Minęło jednak już tyle czasu, że trzeba wrócić do dawnych celów i marzeń.
Przez krótki czas grałeś w Crvenie Zvezdzie Belgrad, a później na dwa i pół sezonu przeniosłeś się do Oostende. Dlaczego postanowiłeś budować swoją karierę poza Serbią?
- Wiesz, w tamtym czasie w Belgradzie nie było dobrej atmosfery do uprawiania koszykówki. Postanowiłem poszukać szczęścia gdzieś indziej i trafiłem do ligi belgijskiej.
To była dobra decyzja?
- Znów muszę się odwołać do wydarzeń sprzed ponad dwóch lat, bo na tamten czas decyzja była słuszna. Przychodziłem jako zawodnik z zewnątrz i musiałem walczyć o pozycję. Z tym nie było problemu. Niestety, mimo że grałem dobrze i drużyna ze mną w składzie funkcjonowała jak należy, to nadal nie mogłem się przebić do pierwszego składu. W ostatnim sezonie zaczęło mi to już doskwierać i zdecydowałem się przenieść tam, gdzie będę mógł pokazać pełnię swoich możliwości.
Dołożyłeś jednak swoją cegiełkę do sukcesów Oostende.
- Przez dwa i pół roku utrzymywaliśmy się w czołówce ligi, wygrywaliśmy mistrzostwa i Puchar Belgii, a także graliśmy na arenie europejskiej. To wielkie doświadczenie. Właśnie ono sprawia, że czuję się gotowy na kolejne wyzwania.
W Eurocup rywalizowaliście ze Stelmetem Zielona Góra. Czy wtedy pomyślałeś, że mógłbyś się przenieść do Polski na dłużej?
- Nie, wtedy w ogóle mi to nie przeszło przez myśl. Pamiętam doskonale te dwa mecze z Zieloną Górą. Zresztą – przepraszam, że to powiem – pobytu w Polsce nie wspominam zbyt dobrze, bo wysoko przegraliśmy ze Stelmetem. Przyjechaliśmy tu pewni swego, po tym jak we własnej hali prowadziliśmy z tą drużyną nawet 18 punktami i gładko zwyciężyliśmy. Do tego nie mieliśmy świadomości jakim potencjałem dysponuje Stelmet. Z polskiej ligi w Europie znani są tylko Prokom, Anwil i Turów. A Stelmet? Wydawało się nam, że nie będzie problemu pokonać tego nowicjusza. Niestety, okazało się inaczej.
Dusan Katnić: Tak właściwie to przekonał mnie trener Milija Bogicević. Jego propozycja była konkretna. Zaoferował mi rolę, do której już od dłuższego czasu jestem przygotowany, czyli pierwszego rozgrywającego. Zależało mi na tym, żeby być ważnym ogniwem mojego nowego zespołu, a do trenera Bogicevicia mam wielkie zaufanie. Po raz pierwszy spotkałem go gdy miałem 14 lat i trafiłem do klubu w Belgradzie, w którym on akurat zajmował się szkoleniem. Grałem z chłopakami o 2 – 3 lata starszymi ode mnie i dzięki jego pomocy dawałem sobie radę.
Miałeś inne propozycje?
- Oczywiście. Kilka klubów europejskich chętnie widziało mnie u siebie, ale w nich chyba bym nie mógł liczyć na tyle minut na boisku co w Anwilu. Mógłbym pojechać do Hiszpanii czy Włoch, ale dalej musiałbym pełnić rolę zmiennika.
Widzę, że koniecznie chcesz udowodnić, że warto ci powierzyć kreowanie oblicza zespołu…
- Bo warto. Jestem już w odpowiednim wieku, mam odpowiednie doświadczenie i umiejętności. Kiedyś wszystko wskazywało na to, że jeszcze szybciej wskoczę na ten poziom. Niestety, cztery lata temu doznałem kontuzji, która na chwilę przyhamowała moją karierę. Minęło jednak już tyle czasu, że trzeba wrócić do dawnych celów i marzeń.
Przez krótki czas grałeś w Crvenie Zvezdzie Belgrad, a później na dwa i pół sezonu przeniosłeś się do Oostende. Dlaczego postanowiłeś budować swoją karierę poza Serbią?
- Wiesz, w tamtym czasie w Belgradzie nie było dobrej atmosfery do uprawiania koszykówki. Postanowiłem poszukać szczęścia gdzieś indziej i trafiłem do ligi belgijskiej.
To była dobra decyzja?
- Znów muszę się odwołać do wydarzeń sprzed ponad dwóch lat, bo na tamten czas decyzja była słuszna. Przychodziłem jako zawodnik z zewnątrz i musiałem walczyć o pozycję. Z tym nie było problemu. Niestety, mimo że grałem dobrze i drużyna ze mną w składzie funkcjonowała jak należy, to nadal nie mogłem się przebić do pierwszego składu. W ostatnim sezonie zaczęło mi to już doskwierać i zdecydowałem się przenieść tam, gdzie będę mógł pokazać pełnię swoich możliwości.
Dołożyłeś jednak swoją cegiełkę do sukcesów Oostende.
- Przez dwa i pół roku utrzymywaliśmy się w czołówce ligi, wygrywaliśmy mistrzostwa i Puchar Belgii, a także graliśmy na arenie europejskiej. To wielkie doświadczenie. Właśnie ono sprawia, że czuję się gotowy na kolejne wyzwania.
W Eurocup rywalizowaliście ze Stelmetem Zielona Góra. Czy wtedy pomyślałeś, że mógłbyś się przenieść do Polski na dłużej?
- Nie, wtedy w ogóle mi to nie przeszło przez myśl. Pamiętam doskonale te dwa mecze z Zieloną Górą. Zresztą – przepraszam, że to powiem – pobytu w Polsce nie wspominam zbyt dobrze, bo wysoko przegraliśmy ze Stelmetem. Przyjechaliśmy tu pewni swego, po tym jak we własnej hali prowadziliśmy z tą drużyną nawet 18 punktami i gładko zwyciężyliśmy. Do tego nie mieliśmy świadomości jakim potencjałem dysponuje Stelmet. Z polskiej ligi w Europie znani są tylko Prokom, Anwil i Turów. A Stelmet? Wydawało się nam, że nie będzie problemu pokonać tego nowicjusza. Niestety, okazało się inaczej.
W tamtych meczach wyróżnił się m.in. Walter Hodge. Czy pamiętasz rywalizację z nim?
- Tak, to świetny zawodnik, ale ja nie mam kompleksów wobec nikogo. Wtedy zagrał dobrze, rzucił mi nawet jakieś punkty. To jednak nie znaczy, że w kolejnej konfrontacji, to moja drużyna nie może być górą.
Wróćmy do twojej osoby. Jesteś wysoki jak na rozgrywającego, mierzysz 194 cm…
- To mi bardzo pomaga. To mój atut. Często staram się znaleźć blisko kosza i wykorzystać swoją przewagę rzucając nad niższym obrońcą. Jestem szybki, a to w połączeniu z moim wzrostem daje dobre efekty.
Czy to są twoje najsilniejsze strony?
- Szczerze? Wolałbym nie mówić o sobie. Chcę pokazać kibicom dobrą koszykówkę i przekonać ich do siebie tym co robię na boisku, a nie słowami. Mam szeroki wachlarz zagrań, potrafię grać urozmaicony basket, więc trudno powiedzieć, że wyróżnia mnie jakaś jedna konkretna rzecz.
A co cię bardziej cieszy: asysta czy punkty?
- Asysta. Punktami ekscytowałem się gdy byłem młodszy. Teraz wierzę, że dobra asysta, wypatrzenie kogoś na czystej pozycji, czy zaskakujące podanie są dużo więcej warte.
W Anwilu przyjdzie ci zastąpić Krzysztofa Szubargę, lidera który zdobywał dużo punktów i był bardzo wyrazistą postacią. Nie obawiasz się porównań?
- Sportowcy mają to do siebie, że co mecz są oceniani i porównywani. Od tego nie da się uciec i ja to akceptuję. Przychodzę do Anwilu dać z siebie wszystko i poprowadzić ten zespół do sukcesów. Zamierzam udowodnić, że też mogę być liderem.
Masz jakiegoś koszykarskiego idola, jeśli chodzi o pozycję rozgrywającego?
- Idola to może nie, ale z uwagą śledzę poczynania mojego kolegi Dragana Milosavljevicia. Umie prowadzić grę, a jeszcze bardziej mi imponuje tym, że jest świetnym obrońcą.
Myślałem, że powiesz raczej o innym swoim rodaku Milosu Teodosiciu. Trener Bogicević porównał nawet ciebie do niego…
- To miłe, bo rzeczywiście gramy podobnie (oczywiście zachowując odpowiednie proporcje). Teodosić to w tej chwili niedościgniony mistrz dla wielu bałkańskich zawodników. Każdy, również ja, marzy o takiej karierze jak jego.
Masz jakieś boiskowe przezwisko?
- W drużynie często mówią na mnie „Katna”. To oczywiście skrót od mojego nazwiska.
Zdecydowałeś już z jakim numerem będziesz grał w Anwilu?
- Hmm… Ostatnio grałem z 4, więc skoro robię krok do przodu, to teraz chciałbym dostać 14.
- Tak, to świetny zawodnik, ale ja nie mam kompleksów wobec nikogo. Wtedy zagrał dobrze, rzucił mi nawet jakieś punkty. To jednak nie znaczy, że w kolejnej konfrontacji, to moja drużyna nie może być górą.
Wróćmy do twojej osoby. Jesteś wysoki jak na rozgrywającego, mierzysz 194 cm…
- To mi bardzo pomaga. To mój atut. Często staram się znaleźć blisko kosza i wykorzystać swoją przewagę rzucając nad niższym obrońcą. Jestem szybki, a to w połączeniu z moim wzrostem daje dobre efekty.
Czy to są twoje najsilniejsze strony?
- Szczerze? Wolałbym nie mówić o sobie. Chcę pokazać kibicom dobrą koszykówkę i przekonać ich do siebie tym co robię na boisku, a nie słowami. Mam szeroki wachlarz zagrań, potrafię grać urozmaicony basket, więc trudno powiedzieć, że wyróżnia mnie jakaś jedna konkretna rzecz.
A co cię bardziej cieszy: asysta czy punkty?
- Asysta. Punktami ekscytowałem się gdy byłem młodszy. Teraz wierzę, że dobra asysta, wypatrzenie kogoś na czystej pozycji, czy zaskakujące podanie są dużo więcej warte.
W Anwilu przyjdzie ci zastąpić Krzysztofa Szubargę, lidera który zdobywał dużo punktów i był bardzo wyrazistą postacią. Nie obawiasz się porównań?
- Sportowcy mają to do siebie, że co mecz są oceniani i porównywani. Od tego nie da się uciec i ja to akceptuję. Przychodzę do Anwilu dać z siebie wszystko i poprowadzić ten zespół do sukcesów. Zamierzam udowodnić, że też mogę być liderem.
Masz jakiegoś koszykarskiego idola, jeśli chodzi o pozycję rozgrywającego?
- Idola to może nie, ale z uwagą śledzę poczynania mojego kolegi Dragana Milosavljevicia. Umie prowadzić grę, a jeszcze bardziej mi imponuje tym, że jest świetnym obrońcą.
Myślałem, że powiesz raczej o innym swoim rodaku Milosu Teodosiciu. Trener Bogicević porównał nawet ciebie do niego…
- To miłe, bo rzeczywiście gramy podobnie (oczywiście zachowując odpowiednie proporcje). Teodosić to w tej chwili niedościgniony mistrz dla wielu bałkańskich zawodników. Każdy, również ja, marzy o takiej karierze jak jego.
Masz jakieś boiskowe przezwisko?
- W drużynie często mówią na mnie „Katna”. To oczywiście skrót od mojego nazwiska.
Zdecydowałeś już z jakim numerem będziesz grał w Anwilu?
- Hmm… Ostatnio grałem z 4, więc skoro robię krok do przodu, to teraz chciałbym dostać 14.
Fot. Oostende