Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Dardan Berisha: Chcę, mogę, wierzę

Czwartek, 10 Czerwca 2010, 1:00, Michał Fałkowski

Nowy zawodnik Anwilu Włocławek Dardan Berisha to znakomity koszykarz i ciekawy człowiek. Zapraszamy do lektury wywiadu, w którym młody obrońca opowiada nie tylko o powodach związania się z Anwilem, ale również o niezwykle zajmującej kwestii, jaką jest jego kosowskie pochodzenie i jego wpływ na karierę sportową.

Nowy zawodnik Anwilu Włocławek Dardan Berisha to znakomity koszykarz i ciekawy człowiek. Zapraszamy do lektury wywiadu, w którym młody obrońca opowiada nie tylko o powodach związania się z Anwilem, ale również o niezwykle zajmującej kwestii, jaką jest jego kosowskie pochodzenie i jego wpływ na karierę sportową.
Zdradziłeś na konferencji prasowej, że zatrudnieniem ciebie były zainteresowane również inne, czołowe kluby Ekstraklasy. Co zatem sprawiło, że ostatecznie wybrałeś Anwil?

Dardan Berisha: Po pierwsze, przekonała mnie organizacja klubu. Już grając w Polonii 2011 zauważyłem, że Anwil funkcjonuje na najwyższym poziomie. Doświadczenie władz klubu jest tak duże, jak nigdzie indziej i dlatego można tu spokojnie myśleć wyłącznie o koszykówce. Po drugie, zdecydowałem się tu przyjechać dla włocławskiej publiczności. Zagrałem jeden mecz w Hali Mistrzów i poczułem się jak w domu. Trybuny żyły wydarzeniami na boisku, tak jak to jest w moich rodzinnych stronach, czyli na Bałkanach. To daje mi motywację, żebym tu grał, trenował i rozwijał się.

To że związałeś się z Anwilem aż na trzy lata jest dowodem twojej pewności siebie, czy potrzeby stabilizacji?

- Trzy lata grania i trenowania w Anwilu nauczą mnie tyle i dadzą mi takie doświadczenie, że będę mógł myśleć o szukaniu klubu na zachodzie Europy. To dla mnie najlepsza możliwość koszykarskiego postępu, tak żebym kiedyś był w stanie grać np. w Eurolidze. Marzę o tym, żebym te trzy lata spędził bez żadnej kontuzji i żebym w ten sposób pomógł Anwilowi walczyć o najwyższe cele. Moim pragnieniem jest teraz zdobycie Mistrzostwa Polski we Włocławku.

2009 rok Polonia 2011 zakończyła porażką z Anwilem, ale ty przyjąłeś ją z godnością. Po tym meczu wypowiadałeś się z wielką estymą o włocławskim klubie. Czy to dowód na to, że na Anwil patrzysz z dużym szacunkiem?

- Anwil zasługuje na uznanie. To słynny klub, który ma najlepszą publiczność. Po tamtym meczu nie mogłem powiedzieć nic złego na temat Anwilu, bo urzekli mnie zarówno przeciwnicy, jak i kibice. Koszykarze Anwilu potraktowali nas niezwykle poważnie. Nie patrzyli na nas z góry i nie dawali nam taryfy ulgowej. Ja lubię, gdy szanuje się przeciwnika, nawet, gdy to oznacza, że ciężej się gra. Poza tym, kibice w Hali Mistrzów dopingowali tak, jakby to nie grała skromna Polonia 2011, tylko jakiś markowy klub. To było bardzo przyjemne.

Masz 21 lat, a już zdarzyłeś posmakować ligi hiszpańskiej, zawojować rozgrywki juniorskie Polsce, wygrać I Ligę i pokazać się ze znakomitej strony w Ekstraklasie. Czujesz się doświadczonym koszykarzem?

- Bałkańscy zawodnicy zaczynają grać w poważną koszykówkę w wieku 18-19 lat, więc to dla mnie nic szczególnego. Z jednej strony, miałem trochę szczęścia, że tam się urodziłem, bo to chyba ukształtowało mój mocny charakter. Z drugiej strony, w Kosowie trudno o dobrą koszykarską szkołę, więc chcąc być profesjonalistą, bardzo wcześnie musiałem wyjechać do Cibony Zagrzeb. Tam spotkałem się ze świetnym szkoleniem i mogłem wrócić do klubu z mojego rodzinnego miasta, BC Peje. Z nim zdobyłem trzecie miejsce w kraju i to dodało mi pewności siebie.

I wtedy nastąpił moment kryzysowy – twój wyjazd do Hiszpanii…

- Trafiłem do Caceres, klubu, który wtedy grał w LEB 2, a teraz jest w LEB 1. To był dobry zespół zarówno pod względem sportowym, jak i organizacyjnym. Niestety, nie okazał się równie dobry dla mnie, bo przez 5 miesięcy prawie w ogóle nie grałem. Wtedy zapragnąłem wrócić do Polonii 2011, którą znałem z letnich gier. Tak też się stało i wkrótce z tym zespołem udało nam się awansować do Ekstraklasy. Niestety, tutaj już wyszła nasza młodość i brak doświadczenia. Indywidualnie może to było dobre doświadczenie dla mnie, ale jako zespół na pewno nie możemy być zadowoleni, bo przecież nie utrzymaliśmy się na najwyższym poziomie. Po zakończeniu sezonu postanowiłem, że muszę zrobić kolejny krok do przodu i związać się z jakimś mocnym zespołem.
Dziennikarze rozpływają się w zachwalaniu twoich umiejętności. Niektórzy widzieli cię już w Asseco Prokomie i Eurolidze. Jakbyś skomentował te „kaczki dziennikarskie”?

- Przyznam, że pierwszą, bardzo konkretną ofertę otrzymałem z Polpharmy. Dopiero później starał się o mnie Asseco Prokom. Ja jednak uznałem, że gra w takiej ekipie nie będzie dobrym rozwiązaniem, bo mogę nie dostać swojej szansy. Poza tym wiedziałem, że Anwil jest najlepiej zorganizowanym klubem w Polsce i wolałem przenieść się do Włocławka. Jestem przekonany, że zagramy w europejskich pucharach i niczym nie będziemy ustępować mistrzowi Polski.

Grę w Polonii 2011 Warszawa gorąco polecali ci rodzice. Czy są równie entuzjastycznie nastawieni do twojego awansu do zespołu Anwilu?

- Każdą moją decyzję konsultuję z rodziną. U nas w Kosowie jest taka kultura i mentalność ludzi, że zdanie rodziny zawsze stawia się na pierwszym miejscu. Musiałem się więc spytać o ich opinię. Tata natychmiast uruchomił swoje kontakty i dowiedział się wiele dobrego o Anwilu. Obserwował też stronę internetową, na której zobaczył wszystkie materiały wideo i informacje o klubie. One ostatecznie przekonały go, że Włocławek będzie dobrym miejscem dla mnie. Teraz jest szczęśliwy, że będę tu grał.

Kontaktowałeś się z nim po przyjeździe do Włocławka?

- To on zadzwonił do mnie, wypytać, jak tu jest. Opowiedziałem mu o pierwszym dniu w klubie i o mieście. Podczas rozmowy czułem, że jest dumny ze mnie i zadowolony, że tu trafiłem. Obaj mamy nadzieję, że gdy już zacznę sezon na dobre, to przyjedzie do Włocławka i osobiście przekona się, jak tu się gra i żyje. Przyjedzie też moja mama, która pochodzi z Białej Podlaskiej i chętnie zobaczy Kujawy.

Gdy dwa i pół roku temu przyjechałeś do Polski miałeś duże rozterki, jeśli chodzi o grę w kadrze. Teraz jest już jednak pewne, że twoje serce bije dla biało-czerwonych?

- Urodziłem się i wychowałem w Kosowie, więc chyba nie ma w tym nic dziwnego, że na początku, wahałem się, czy grać w barwach Polski… Moment ostatecznej decyzji przyszedł przed zgrupowaniem kadry U-20. Na szczęście, wsparł mnie ojciec, mówiąc, że tylko z reprezentacją Polski mogę coś osiągnąć i on nie będzie miał pretensji, jeśli w niej zagram. Kosowo nie jest nawet w FIBA i ma dużo problemów polityczno-organizacyjnych. Minie dużo czasu, zanim pozbiera się po wojnie i będzie w stanie wystawić silną i dobrze zorganizowaną drużynę narodową.

A liga w Kosowie? Byłeś tam kilka dni temu i oglądałeś jej finały…

- Wydaje mi się, że poziom jest w tym momencie słabszy niż wtedy, gdy ja w niej grałem. To też świadczy o tym, że sprawy nie idą w dobrym kierunku. Pewnie dopiero nowe pokolenie zawodników odbuduje koszykówkę na tym terenie.
W Anwilu będziesz miał okazję grać u selekcjonera reprezentacji narodowej Igora Griszczuka. Czy jego osoba również miała wpływ na to, że znalazłeś się w Anwilu?

- Rozmowy z prezesem Zbigniewem Polatowskim zaczęliśmy zanim okazało się, że trener Igor Griszczuk poprowadzi reprezentację. To jest w tej chwili duży plus dla mnie, ale nie miał większego znaczenia przy podpisywaniu kontraktu z Anwilem. Nie chcę mieć ułatwionej drogi do kadry tylko dlatego, że gram w klubie selekcjonera. Trenera Igora Griszczuka po raz pierwszy spotkałem podczas Meczu Gwiazd i zauważyłem, że może on mnie bardzo wiele nauczyć. Jestem gotowy wykonywać jego polecenia, żeby dalej rozwijać swoje umiejętności.

Przypomnijmy, że urodziłeś się w Kosowie, jako syn Polki i Kosowianina. Jakie cechy tych dwóch nacji pomagają ci w grze w koszykówkę?

- Opowiem taką anegdotę. Będąc młodym zawodnikiem i grając w Kosowie doznałem lekkiej kontuzji kolana. Poszedłem do lekarza, który zapytał mnie, czy jestem Serbem, czy Bośniakiem? Ja mu na to, że jestem Kosowianinem. Doktor zdziwił się bardzo i mówi „niemożliwe, w Kosowie takich talentów nie ma”. Na to mój ojciec wyjaśnił, że moja mama jest Polką i może dlatego jestem, jaki jestem. Talent być może mam więc dzięki polskim korzeniom, ale charakter mam typowo bałkański. Jestem zadziorny i odważny, w odróżnieniu do większości polskich kolegów, którzy są raczej skromni i ulegli.

No właśnie. „Bezczelnie zdecydowany” – tak się mówi o twojej niebywałej, boiskowej pewności siebie. Czy nie boisz się, że wśród znakomitych zawodników Anwilu, może ona zostać nieco przytemperowana?

- Myślę, że z takim charakterem już się człowiek rodzi i nic nie jest w stanie go zmienić. Pamiętam, jak grałem pierwszy rok w Kosowie, to również na początku nie dostawałem wielu minut na parkiecie. Mimo to, gdy wychodziłem na boisko nie bałem się penetrować, rzucać, brać odpowiedzialności na siebie. Oczywiście w Anwilu będzie czas, by wreszcie dorosnąć koszykarsko, ale to chyba nie oznacza, że zatracę swoje atuty. Wierzę, że jestem tu, gdzie jestem dzięki mojej „charakterności”. W wieku 14 lat zdecydowałem się wyjechać z kraju, później nie bałem się podjąć wyzwania w Hiszpanii, a następnie przyjechać do Polski. Teraz też nie boję się gry w Anwilu. To dla mnie nowe doświadczenie.

Twoją nominalną pozycją jest rzucający obrońca, ale możesz również odciążać kolegów w rozgrywaniu piłki. W którym kierunku chciałbyś, żeby rozwinęła się twoja kariera?

- Zdecydowanie wolę być rzucającym obrońcą. Trener Mladen Starcević powtarzał mi wielokrotnie, że mam zdolność przewidywania wydarzeń na boisku i dlatego mógłbym być dobrym rozgrywającym, ale ja lepiej czuję się na pozycji numer 2. Gdy jednak jest taka potrzeba, to nie uchylam się od rozegrania piłki.

Masz jakieś życiowe motto?

- Jest takie powiedzenie w języku albańskim, które chyba można przetłumaczyć w ten sposób: „Chcę, mogę, wierzę”. Ono dodaje mi sił.