Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Dainius Adomaitis: Stawka jest wysoka, ale podjąłbym ryzyko

Poniedziałek, 08 Października 2012, 1:00, Michał Fałkowski

- Dużą satysfakcję sprawia mi obserwowanie zaangażowania chłopaków w treningi. Proszę uwierzyć, że w tej drużynie nikt się nie oszczędza – mówił trener Dainius Adomaitis w wywiadzie, który ukazał się na okładce sobotniego wydania „Gazety Pomorskiej”.

- Dużą satysfakcję sprawia mi obserwowanie zaangażowania chłopaków w treningi. Proszę uwierzyć, że w tej drużynie nikt się nie oszczędza – mówił trener Dainius Adomaitis w wywiadzie, który ukazał się na okładce sobotniego wydania „Gazety Pomorskiej”.
Czy przygotowania do sezonu – liczba sparingów i treningów – były takie, jakich sobie pan życzył?

Dainius Adomaitis:
Wszystko przebiegało zgodnie z planem, choć perspektywa trenera jest taka jak ucznia przygotowującego się do matury. Zawsze wydaje się, że zabrakło dosłownie tygodnia, żeby opanować wszystko do takiego stopnia, jakiego byśmy sobie życzyli. Niemniej, poza kontuzją Tonego Weedena nie mieliśmy żadnych przeszkód i wykonaliśmy pracę, którą sobie założyliśmy. Były ciężkie treningi, były mecze z silnymi przeciwnikami, była okazja do poznania się i lepszego zrozumienia.

Który z dotychczasowych meczów wyglądał tak, że pomyślał pan „właśnie tak będziemy grali w tym sezonie”?

- Aťaden. Jeszcze nie zagraliśmy meczu, z którego byłbym w pełni zadowolony. Stara prawda mówi, że koszykówka to gra błędów, ale my popełniamy ich jeszcze stanowczo za dużo. Jestem jednak spokojny, bo wiem, że zbudowaliśmy nowy zespół i musi upłynąć trochę czasu zanim będzie się on rozumiał bez słów. Chciałbym podkreślić natomiast, że dużą satysfakcję sprawia mi obserwowanie zaangażowania chłopaków w treningi. Proszę uwierzyć, że w tej drużynie nikt się nie oszczędza.

Może dlatego, że jest pan surowym trenerem, co wnioskuję po tym niezadowoleniu z dotychczasowych meczów, mimo że kilka z nich było naprawdę obiecujących…

- Przed sezonem liczy się styl gry, a po jego rozpoczęciu punkty. Taka jest bolesna prawda. Jeszcze dwa tygodnie temu wszyscy patrzyli na to jak gra Anwil, dziś na pewno liczą oczka w tabeli. Jeśli tych oczek będzie regularnie przybywać, to nasza praca zostanie oceniona pozytywnie. Jeśli będziemy grać atrakcyjnie, ale przegrywać, to nikt nie zostawi na nas suchej nitki.

Taka jest specyfika sportu. Zna pan Włocławek, grał pan tu jako koszykarz. Oczekiwania są niezmiennie wysokie. A czy coś się zmieniło w ciągu tych 12 lat pańskiej nieobecności na Kujawach?

- To dwa kompletnie różne światy. Anwil poszedł niesamowicie do przodu w kwestiach organizacyjnych. To klub na najwyższym europejskim poziomie jeśli chodzi o komfort pracy i profesjonalizm. W przeciwnym kierunku poszły możliwości finansowe. Mam nadzieję, że nasza dobra gra sprawi, iż sponsorzy na nowo zainteresują się włocławską koszykówką. Naprawdę warto, bo są tu podstawy pod wielkie wyniki.

Pytanie z pogranicza hazardu. Czy teraz, gdy sezon dopiero się rozkręca, życzyłby pan sobie takiego meczu, jak przed rokiem gdy prowadzona przez pana Energa Czarni pokonała po horrorze Trefl Sopot jednym punktem?

- Każde zwycięstwo odniesione na początku sezonu ma podwójne znaczenie mentalne. A gdy odnosi się je jeszcze w takich okolicznościach, to morale zespołu wzrasta niesamowicie. Zawodnicy zaczynają wierzyć w swoje możliwości i od startu są na wygranej pozycji. Gorzej gdy się przegrywa taki mecz. Stawka jest więc wysoka, ale podjąłbym ryzyko. Chciałbym, żeby koszykarze nabrali pewności siebie. Tym bardziej, że liga będzie wyrównana. Zobaczycie, na początku sezonu wiele razy powiecie: „a to niespodzianka”. Tyle, że później okaże się, że to wcale nie tak. W tej lidze każdy może wygrać z każdym.
Tym bardziej Anwilowi będzie potrzebny Tony Weeden. Czy wie pan, że Amerykanin ma tyluż zwolenników, co sceptycznie nastawionych kibiców? Jeśli nie będzie grał zespołowo, to fani powiedzą, że od dawna to wiedzieli, a pan popełnił błąd. Czy to sprawia, że Weeden również dla pana jest szczególnym graczem?

- Mając w składzie Tonego będziemy zupełnie innym zespołem niż w meczach przedsezonowych, w których go brakowało. On odciska niesamowite piętno na drużynie. Podejmuje dobre decyzje, nie boi się rzucać, bierze ciężar gry na siebie. Bez niego niesamowicie obciążony jest Krzysiek Szubarga, a przecież tego chcemy uniknąć. A kibice? Oni zawsze będą mnie rozliczać z transferów, a koszykarzy z ich gry. Proszę, żeby tylko dali Tonemu trochę czasu zanim go ocenią. On nie przeszedł normalnego cyklu przygotowań i może być tak, że trochę potrwa zanim będzie w optymalnej formie. W ogóle, chciałbym prosić, żeby fani dali kredyt zaufania każdemu koszykarzowi. Niech każdy ma czas na udowodnienie swojej wartości.

Patrząc na ten zespół mam wrażenie, że został zbudowany na pańską miarę. Czy dobrze odczytuję, że zawodników dobrał pan tak, żeby ważną rolę odgrywały: szybki atak, walka o zbiórki i próby ponawiania akcji?

- Tak, jest dużo różnych elementów na które kładę nacisk i mój zespół stara się z nich wywiązywać. Najważniejsze, żebyśmy byli ekipą z charakterem. Nie możemy się poddawać po słabszych momentach, nie możemy też uważać się za gwiazdy, gdy gra będzie szła po naszej myśli.

Zespół z charakterem to też taki, w którym koszykarze mają swoje zdanie. Czy obecny Anwil to ekipa chłopaków, którzy bezwzględnie słuchają się pana, czy są jednak w składzie jacyś „niepokorni”?

- Ja lubię dyscyplinę i wierzę, że sukcesy mogą przyjść tylko wtedy, gdy trener ma odpowiednie poważanie wśród koszykarzy. Z tym, że ta grzeczność musi kończyć się na meczu. Gdy rozlega się pierwszy gwizdek sędziego moi zawodnicy mają być bandą, która pragnie jednego – rozłożyć przeciwnika na łopatki. Czasami w ładnym stylu, a gdy tak się nie da, to mozolną, niewidoczną pracą. Byle fair play.

Ile godzin dziennie spędza pan na treningach, pracy nad taktyką i skautingiem?

- Tak upływa mi cały dzień, zwłaszcza że moja rodzina została na Litwie i mogę się w pełni poświecić pracy. Gdy byłem koszykarzem moja żona i córki jeździły ze mną po Europie, organizowały dom i uczyły się w obcych sobie szkołach. Miało to swoje minusy, ale możliwość obcowania ze sobą wynagradzała wszystko. Teraz, gdy jestem trenerem nie mógłbym im już poświęcić czasu między treningami. Analiza meczów, przygotowanie zajęć i taktyki na poszczególnych rywali zajmuje mi cały wolny czas.

Czy najbliższy rywal Anwilu, czyli Stelmet to w tej chwili główny faworyt do zdetronizowania Asseco Prokomu?

- Rzeczywiście, po ruchach transferowych możemy wyciągać takie wnioski. Nie da się ukryć, że jeśli drużyna zatrudnia ludzi, którzy grali w Realu Madryt, to robi to po to, żeby zwyciężyć ligę. Stelmet zatrzymał też trzon polskich zawodników i lidera Waltera Hodge’a. To daje mu przewagę na początku sezonu, ale nie oznacza, że Anwil będzie się go bał.

No i trener Mihailo Uvalin, który pozostał w Zielonej Górze. Ten szalony szkoleniowiec zdążył panu zaleźć za skórę…

- Nie chcę wypowiadać się o trenerze Uvalinie, bo tak jak każdy inny szkoleniowiec ma prawo do swoich metod. Jego zachowanie nie należy do kwestii, które wypada mi oceniać.

Kluczem do wygranej ze Stelmetem będzie zneutralizowanie któregoś z pary gwiazdorów Hodge – Hosley, czy raczej ogólne ograniczenie poczynań całego zespołu?

- Najważniejszą rzeczą będzie obrona zespołowa. Nie wystarczy zatrzymać Hosleya, Hodga, Stevicia, czy Chanasa, bo zielonogórzanie dysponują szerokim i wyrównanym składem. Tam każdy może zaskoczyć. Dlatego my musimy zagrać jako kolektyw i liczyć, że naszym szóstym zawodnikiem będą kibice. Nie raz Hala Mistrzów okazywała się twierdzą nie do zdobycia i mam nadzieję, że podobnie będzie w tym sezonie.