Oficjalna strona Klubu Koszykówki Włocławek

Dainius Adomaitis: Na szacunek trzeba zasłużyć

Środa, 20 Czerwca 2012, 1:00, Michał Fałkowski

- Każdy, kto grał w koszykówkę i osiągał sukcesy, a później podjął się trenowania, ma obsesję na punkcie wygrywania i zdobywania kolejnych trofeów. To uzależnia i tego nie da się wytłumaczyć, czy w prosty sposób opisać. To siedzi wewnątrz człowieka – u progu swojej pracy w Anwilu mówi trener Dainius Adomaitis.

- Każdy, kto grał w koszykówkę i osiągał sukcesy, a później podjął się trenowania, ma obsesję na punkcie wygrywania i zdobywania kolejnych trofeów. To uzależnia i tego nie da się wytłumaczyć, czy w prosty sposób opisać. To siedzi wewnątrz człowieka – u progu swojej pracy w Anwilu mówi trener Dainius Adomaitis.
Czy kilkutygodniowe negocjacje z Anwilem to standardowa procedura, czy wydłużały się przez inne propozycje, które pan otrzymywał?

- To normalne, że dobra umowa nie powstaje z dnia na dzień. Otrzymałem konkretną propozycję z konkretną wizją budowy zespołu i funkcjonowania klubu. Miałem propozycje z innych miejsc, ale wybrałem Anwil i tutaj będę robił wszystko, żeby realizować marzenia kibiców.

Możemy powiedzieć, że moment podpisania umowy jest idealny? Ochłonęliśmy po poprzednim sezonie, a przed kolejnym jest wystarczająco dużo czasu, żeby spokojnie zbudować drużynę…

- Zgadzam się. Jest czerwiec, przede mną dużo czasu na obserwowanie zawodników, analizę umiejętności nowych graczy pojawiających się na rynku, konsultacje z pozostałymi członkami sztabu szkoleniowego. Możemy spokojnie rozważyć wiele kandydatur i wybrać te, które najbardziej będą odpowiadały naszym potrzebom.

Podczas konferencji prasowej powiedział pan, że decydującym czynnikiem, który wpłynął na decyzję o związaniu się z Anwilem była długofalowa wizja pracy. Jakie inne kwestie sprawiły, że pomyślał pan „Włocławek to dobre miejsce do mnie”?

- Rzeczywiście, perspektywa dwuletniej współpracy (a może i dłuższej) doskonale wpisała się w moją filozofię pracy. Uważam, że tylko długofalowy wysiłek i utożsamienie się koszykarzy z klubem może przynieść dobre efekty. W sezonie 2012/2013 chcemy poprawić wynik z minionych rozgrywek, a później skorzystać z naszego zgrania i zrobić kolejny krok do przodu. Liczymy na to, że za rok będziemy mogli zagrać w europejskich pucharach lub w Zjednoczonej lidze VTB. Taka wizja mi odpowiada, bo jest wyzwaniem. Poza tym, wiem że trafiam do profesjonalnego, dobrze zarządzanego klubu. Grałem tu przed laty i mogę w samych superlatywach wypowiadać się o stronie organizacyjnej.

Wracając do początków pańskiej pracy trenerskiej, trzeba przyznać, że szybko został pan rzucony na głęboką wodę. Po kilku miesiącach na stanowisku asystenta przejął pan zespół w Słupsku. Zrobił pan to z konieczności, czy już wtedy czuł, że może z powodzeniem samodzielnie prowadzić drużynę?

- Myślę, że w zawodzie trenera nigdy nie można mieć stuprocentowej pewności, że za co byśmy się nie wzięli, osiągniemy sukces. Zawsze będzie więcej pytań niż odpowiedzi. Mi bardzo pomogło to, że jeszcze będąc zawodnikiem przygotowywałem się do roli trenera. Z każdego treningu robiłem notatki, uczyłem się, wykonywałem analizę. Pomogli mi też przyjaciele, którzy wcześniej byli moimi trenerami. Do dziś nie wstydzę się do nich zadzwonić i poprosić o poradę. Mają większe doświadczenie i uważam, że czerpanie z ich wiedzy może mi tylko wyjść na dobre. Gdy otrzymałem propozycję objęcia drużyny podpowiadali mi, żebym się nie wahał, tylko wziął mocno do pracy i wykorzystał swoją szansę. Ponieważ są to ludzie, którzy wiele osiągnęli i ich zdanie bardzo szanuję, to nie mogłem postąpić inaczej. Poza tym sam sobie zadałem pytanie, „czy jestem gotów”? Z czystym sumieniem odpowiedziałem „tak” i to też dodało mi pewności siebie.

Skoro już w trakcie kariery koszykarskiej przygotowywał się pan do zawodu trenera, to kiedy po raz pierwszy zrodziła się chęć podjęcia tej profesji?

- Myślę, że to było już w wieku 24 lat. Grałem wtedy w Aťalgirisie - świetnie zorganizowanym klubie i drużynie grającej systemem. Imponowało mi to, czego uczył nas trener i postanowiłem, że zrobię wszystko, żeby kiedyś też mieć taką wiedzę.
To ciekawe, bo oznacza to, że już grając we Włocławku wiedział pan, że kiedyś zostanie szkoleniowcem. Czy kiedykolwiek przeszło panu przez myśl, że wróci pan w tej roli do naszego miasta?

- Przyznam szczerze, że wtedy moja wyobraźnia nie była w stanie przewidzieć takiego scenariusza. Gdy byłem koszykarzem nie snułem długich planów zawodowych. Chciałem grać jak najlepiej tu i teraz. Skupiałem się na koszykówce. Podglądałem co prawda rozwiązania taktyczne i śledziłem stronę psychologiczną przygotowania drużyny, ale nie robiłem konkretnych założeń na przyszłość. Czułem tylko, że mam zapał do trenowania i wiedziałem, że będę to robił z pasją.

A czy teraz czuje się pan już trenerem doświadczonym?

- Na pewno nie. Rok pracy na stanowisku asystenta i dwa lata bycia pierwszym szkoleniowcem to za mało, żeby mówić o sobie, jak o doświadczonym trenerze. Codziennie uczę się czegoś nowego, staram obserwować trendy i rozwój basketu. To dziedzina bardzo dynamiczna, a ja robię wszystko, żeby być na bieżąco ze wszystkim.

Skoro nie doświadczenie, to może głód sukcesów jest tym, co najlepiej pana charakteryzuje?

- Każdy, kto grał w koszykówkę i osiągał sukcesy, a później podjął się trenowania, ma obsesję na punkcie wygrywania i zdobywania kolejnych trofeów. To uzależnia i tego nie da się wytłumaczyć, czy w prosty sposób opisać. To siedzi wewnątrz człowieka. Pragniesz tego dnia, czy tych kilku dni, w których znów poczujesz się najlepszy. I to jest świetna motywacja do pracy przez 10 czy 11 miesięcy. Jeśli raz poczułeś smak wygranej, to później wiesz, że warto się trudzić i poświęcać, żeby znów wygrać. W sporcie ambicja ma decydujące znaczenie.

Dobierając sobie współpracowników i koszykarzy kieruje się pan właśnie ich "charakternością", czy w większym stopniu liczą się umiejętności i doświadczenie?

- Nie ma rzeczy ważniejszych i mniej ważnych. Aťeby osiągać dobre wyniki trzeba szukać ludzi łączących w sobie te przymioty. Jeśli chodzi o sztab szkoleniowy, to na asystentów wybrałem osoby związane z Włocławkiem, które już udowodniły, że dobrze wykonują swoje obowiązki. W naszym małym, koszykarskim świecie wiele o sobie wiemy. Krzysztof Szablowski i Marcin Woźniak cieszą się dobrą opinią i dlatego skorzystam z ich wiedzy i umiejętności. Oczywiście będę bardzo wymagający. Ale bez obaw – najwięcej będę wymagał od siebie. Dam drużynie wszystko co mam i liczę, że zaangażowanie pozostałych członków sztabu będzie równie duże.

Jaki będzie styl budującego się Anwilu?

- Jestem zwolennikiem dynamicznej koszykówki. Zauważmy, że obecnie triumfy święcą drużyny, które grają twardo w obronie, a później sprawnie przechodzą do szybkiego ataku. To wszystko musi łączyć się z mądrością koszykarzy i dobrymi decyzjami rzutowymi. Przed nami wybór graczy, którzy będą wpisywać się w taką filozofię.

Czy w ubiegłorocznym składzie Anwilu byli koszykarze, którzy pasują do tej koncepcji?

- Oczywiście, że tak. Mogę tylko powiedzieć, że będą prowadzone z nimi rozmowy, a o efektach będziemy informować.

Dał się pan poznać jako trener potrafiący sprowadzić do polskiej ligi koszykarzy, którzy później stanowili o jej sile. Czy to oznacza, że we Włocławku również możemy się spodziewać zupełnie nowych twarzy?

- Aťyczyłbym sobie tego. To będzie bardzo ważna część naszej pracy. Razem z asystentami będziemy musieli przeanalizować tak dużo ofert, jak to tylko możliwe, żeby trafić na koszykarzy, którzy „zrobią różnicę”. Anwil ma w tej chwili budżet porównywalny do wielu innych polskich klubów i jeśli chce się z tego grona wyróżnić, to musi pozyskać kogoś, kto pozytywnie zaskoczy. Czasami trzeba mieć szczęście, żeby na kogoś takiego trafić, ale temu szczęściu trzeba pomóc. Czeka nas wiele pracy, żeby taką postać znaleźć.
Wraca pan z Treviso, gdzie obserwował pan młodych koszykarzy biorących udział w jednym z najsłynniejszych europejskich campów. Będą z tego jakieś owoce dla Anwilu?

- Rzeczywiście, miałem okazję obserwować wielu młodych, utalentowanych graczy. Wszyscy marzą o NBA, ale kto wie, może droga do tej ligi poprowadzi ich przez Anwil? Oni jeszcze często nie zdają sobie sprawy, jak wiele wysiłku będą musieli włożyć, żeby trafić do wymarzonej ligi i gdzie grać, żeby się wypromować…

Weźmie pan całkowitą odpowiedzialność za transfery?

- Zacznę od tego, że budowa drużyny polega na tym, że trzeba zgromadzić maksymalną ilość informacji o każdym zawodniku, który znalazł się w orbicie naszych zainteresowań. Trzeba przeanalizować ich umiejętności koszykarskie, ale nie mniej ważne jest uzyskanie wiedzy o ich mentalności, zachowaniu na boisku i poza nim. To zadanie dla całego sztabu. Ostateczny wybór należy jednak do pierwszego trenera i to on bierze odpowiedzialność za ludzi, na których postawi.

Mimo niższego budżetu presja kibiców na pewno będzie nie mniejsza niż w latach ubiegłych. Chce się pan „wziąć z tym bykiem za rogi”, czy wolałby zwrócić się do fanów o większy kredyt zaufania?

- Będąc zawodnikiem zawsze grałem w zespołach, które walczyły o mistrzostwo. Teraz nie będzie inaczej, bo ambicja jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Tak samo jest z kibicami, oni również mogą oczekiwać zwycięstw. Fani są najważniejsi, bo czymże byłby mecz, gdybyśmy grali w pustej hali…? Chcę stworzyć drużynę, z której kibice będą dumni. Taką, która odda serce na boisku i nikt nie powie, że zabrakło zaangażowania. Na szacunek trzeba sobie zasłużyć. Jak pokażemy, że walczymy z całych sił i umiejętności, to fani to docenią. Oni zobaczą, że można walczyć do ostatniej sekundy i nawet przegrać, ale z honorem. Musimy zapracować na ich zaufanie.

Maksymalne zaangażowanie w mecz sprawia, że człowiek staje się wulkanem energii, co na pańskim przykładzie mogliśmy zaobserwować we Włocławku. Co pan robi, żeby po meczu ochłonąć i przywrócić wewnętrzny spokój?

- Oj, trzeba nauczyć się umiejętności odcinania tego co się dzieje w hali od życia osobistego. Lata praktyki jako zawodnik i teraz jako trener… Wracając do rodziny wszystkie emocje trzeba pozostawić za drzwiami.

Tyle tylko, że pańska rodzina zwykle zostaje na Litwie…

- Tak będzie pewnie i tym razem. Zatem trzeba wrócić do domu, obejrzeć mecz, przeanalizować go, postarać się wyciszyć. Z jednej strony to nie jest łatwe, a z drugiej odpowiedzialność sprawia, że nie można zbyt długo żyć emocjami. Trener musi zdać sobie sprawę, że od jego racjonalnych decyzji zależą dalsze losy drużyny. Dlatego staram się szybko wyciągać wnioski z sukcesów i porażek, a potem dzielić się nimi z koszykarzami.

Pytam o to, ponieważ chciałbym się dowiedzieć, czy ma pan jeszcze we Włocławku jakiegoś znajomego z czasów gry dla Anwilu? Kogoś z kim można by porozmawiać, podyskutować o meczu?

- Gdy przyjeżdżam do Hali Mistrzów widzę na trybunach kilka osób, które znam z tamtych czasów, nikogo jednak zbyt dobrze. Byłem tu zbyt krótko, żeby nawiązać długoletnie przyjaźnie. Były mecze, treningi i nie starczało czasu na życie towarzyskie. Niemniej, miło jest chociaż zobaczyć tych ludzi w hali.

Jak będą wyglądały pierwsze tygodnie pańskiej pracy we Włocławku?

- Wracam na Litwę, ale będę w stałym kontakcie z moimi asystentami. Rozpoczynamy kompletowanie składu i tak naprawdę każdego dnia można się spodziewać transferów. Jeśli tylko zajdzie potrzeba, wsiądę w samochód i przyjadę do Włocławka. To 8 godzin jazdy, więc będę ciągle do dyspozycji. Bierzemy się do pracy.