- Mecz Gwiazd, to głównie popisy indywidualne, dedykowane publiczności. Tymczasem, w takim spotkaniu jak z PGE Turowem liczyć się będzie tylko gra zespołowa - mówi Corsley Edwards, zdobywca tytułu MVP polskiego All Star Game.
- Mecz Gwiazd, to głównie popisy indywidualne, dedykowane publiczności. Tymczasem, w takim spotkaniu jak z PGE Turowem liczyć się będzie tylko gra zespołowa - mówi Corsley Edwards, zdobywca tytułu MVP polskiego All Star Game.
Gratuluję zdobycia tytułu MVP Meczu Gwiazd. To chyba pierwsze tego typu wyróżnienie w twojej kolekcji…
Corsley Edwards: O tak, brakowało mi tego trofeum, chociaż przyznam, że przystępując do meczu wcale o tym nie myślałem. Grałem wcześniej w kilku Meczach Gwiazd i wiem, że polegają one głównie na dobrej zabawie. Do dziś wspominam występ w takiej imprezie organizowanej przez chińską CBA.
Teraz będziesz chętniej wracał myślami do polskiej edycji Meczu Gwiazd?
- O tak, tym bardziej, że jak powiedziałem, tu zdobyłem pierwszy taki tytuł MVP w mojej niekrótkiej przecież karierze. To mnie cieszy, ale przyznam szczerze, że jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia mi więcej satysfakcji. Mówię o fakcie, że kibice wybrali mnie do pierwszej piątki Meczu Gwiazd. Swoją grą chciałem im za to podziękować.
Pierwszą nagrodę zazwyczaj komuś się dedykuje. Czy ty też chciałbyś tak zrobić?
- Tak, chciałbym dedykować ten tytuł mojej ciotce Sharon, która zmarła 4 dni temu.
W Meczu Gwiazd odróżniałeś się od innych koszykarzy swoimi słynnymi już rajstopami utrzymującymi ciepło mięśni. Czy to one są sekretem dobrego występu?
- (śmiech) Tak, to mój sekret, ale chyba koledzy z drużyny go podejrzeli i teraz ich moc również wzrośnie. Przez przepisy mam trochę kłopotów z ich noszeniem i nie wiem, czy nie będę musiał z nich zrezygnować. Tymczasem lekarze w Stanach twierdzą, że są one konieczne dla moich starych, obolałych nóg…
Przecież jesteś młodzieniaszkiem. Przynajmniej w porównaniu do Andrzeja Pluty, którego miałeś okazję dwukrotnie zobaczyć w akcji. Zaskoczył cię formą?
- On jest niesamowity. Po raz pierwszy zobaczyłem go w meczu pożegnalnym, który rozgrywaliśmy z Asseco Prokomem. Był nie do zatrzymania, a teraz w Meczu Gwiazd powtórzył swój show. Jest świetnym strzelcem i miłym człowiekiem. Widać, że wszyscy go bardzo szanują, bo w Katowicach nie mógł opędzić się od rozmówców, którzy przychodzili mu pogratulować. Gdy w końcu się do niego dopchałem, powiedziałem mu o moim szacunku do tego co robi. Tymczasem on zaskoczył mnie, bo również pogratulował mi osiągnięć.
Corsley Edwards: O tak, brakowało mi tego trofeum, chociaż przyznam, że przystępując do meczu wcale o tym nie myślałem. Grałem wcześniej w kilku Meczach Gwiazd i wiem, że polegają one głównie na dobrej zabawie. Do dziś wspominam występ w takiej imprezie organizowanej przez chińską CBA.
Teraz będziesz chętniej wracał myślami do polskiej edycji Meczu Gwiazd?
- O tak, tym bardziej, że jak powiedziałem, tu zdobyłem pierwszy taki tytuł MVP w mojej niekrótkiej przecież karierze. To mnie cieszy, ale przyznam szczerze, że jest jeszcze jedna rzecz, która sprawia mi więcej satysfakcji. Mówię o fakcie, że kibice wybrali mnie do pierwszej piątki Meczu Gwiazd. Swoją grą chciałem im za to podziękować.
Pierwszą nagrodę zazwyczaj komuś się dedykuje. Czy ty też chciałbyś tak zrobić?
- Tak, chciałbym dedykować ten tytuł mojej ciotce Sharon, która zmarła 4 dni temu.
W Meczu Gwiazd odróżniałeś się od innych koszykarzy swoimi słynnymi już rajstopami utrzymującymi ciepło mięśni. Czy to one są sekretem dobrego występu?
- (śmiech) Tak, to mój sekret, ale chyba koledzy z drużyny go podejrzeli i teraz ich moc również wzrośnie. Przez przepisy mam trochę kłopotów z ich noszeniem i nie wiem, czy nie będę musiał z nich zrezygnować. Tymczasem lekarze w Stanach twierdzą, że są one konieczne dla moich starych, obolałych nóg…
Przecież jesteś młodzieniaszkiem. Przynajmniej w porównaniu do Andrzeja Pluty, którego miałeś okazję dwukrotnie zobaczyć w akcji. Zaskoczył cię formą?
- On jest niesamowity. Po raz pierwszy zobaczyłem go w meczu pożegnalnym, który rozgrywaliśmy z Asseco Prokomem. Był nie do zatrzymania, a teraz w Meczu Gwiazd powtórzył swój show. Jest świetnym strzelcem i miłym człowiekiem. Widać, że wszyscy go bardzo szanują, bo w Katowicach nie mógł opędzić się od rozmówców, którzy przychodzili mu pogratulować. Gdy w końcu się do niego dopchałem, powiedziałem mu o moim szacunku do tego co robi. Tymczasem on zaskoczył mnie, bo również pogratulował mi osiągnięć.
Andrzej Pluta był do tej pory najbardziej rozpoznawalnym koszykarzem Anwilu. Teraz ty przejmujesz rolę gwiazdy, co jest dużą odpowiedzialnością…
- Mam tego świadomość. Chciałbym czasem mocniej zaangażować się w kontakty z włocławskimi kibicami, których uwielbiam, ale przeszkadza mi bariera językowa. Może nie będę dla nich autorytetem w każdej dziedzinie, jak to było w przypadku Andrzeja Pluty, ale mam nadzieję, że przemówię do nich swoją grą.
Czy indywidualny wynik z Meczu Gwiazd - 23 punkty i 6 zbiórek – możesz powtórzyć w meczu z PGE Turowem? Bylibyśmy bardzo zobowiązani…
- Jeśli będzie okazja, to czemu nie? Muszę jednak powiedzieć, że Mecz Gwiazd, to głównie popisy indywidualne dedykowane publiczności. Tymczasem, w takim spotkaniu jak z PGE Turowem liczyć się będzie tylko gra zespołowa. Jedynie w ten sposób można pokonać tak trudnego rywala. Przecież moje 23 punkty nic nie dadzą, jeśli pozostali koszykarze nie włączą się do zdobywania koszy. Wolałbym więc żebyśmy wszyscy zdobyli po równo punktów i żeby Anwil zwyciężył.
Jaka jest recepta na pokonanie piątkowego rywala?
- Klucz leży w odpowiedniej koncentracji. Jeśli z nią będzie w porządku, to i o wynik będę spokojny. Tworzymy zespół i tak musimy zachowywać się na boisku. Musimy tworzyć jedność i grać twardo. Tak twardo, żeby przeciwnik poczuł naszą siłę.
W pierwszym meczu z PGE Turowem tego właśnie zabrakło?
- Chyba tak. Po tamtym meczu powiedziałem chłopakom, że zrewanżujemy się we Włocławku. Przyjadą do naszego domu i tu im nie odpuścimy.
Przypomnisz im to przed pierwszym gwizdkiem w piątek?
- Przed meczem przypomnę chłopakom sytuację z szatni w Zgorzelcu. Powiem: „Pamiętacie jak czuliśmy się w przerwie pierwszego meczu? Pamiętacie to przygnębienie i frustrację? To nie może się powtórzyć. Zagrajmy na całego i pokażmy co potrafimy.”
- Mam tego świadomość. Chciałbym czasem mocniej zaangażować się w kontakty z włocławskimi kibicami, których uwielbiam, ale przeszkadza mi bariera językowa. Może nie będę dla nich autorytetem w każdej dziedzinie, jak to było w przypadku Andrzeja Pluty, ale mam nadzieję, że przemówię do nich swoją grą.
Czy indywidualny wynik z Meczu Gwiazd - 23 punkty i 6 zbiórek – możesz powtórzyć w meczu z PGE Turowem? Bylibyśmy bardzo zobowiązani…
- Jeśli będzie okazja, to czemu nie? Muszę jednak powiedzieć, że Mecz Gwiazd, to głównie popisy indywidualne dedykowane publiczności. Tymczasem, w takim spotkaniu jak z PGE Turowem liczyć się będzie tylko gra zespołowa. Jedynie w ten sposób można pokonać tak trudnego rywala. Przecież moje 23 punkty nic nie dadzą, jeśli pozostali koszykarze nie włączą się do zdobywania koszy. Wolałbym więc żebyśmy wszyscy zdobyli po równo punktów i żeby Anwil zwyciężył.
Jaka jest recepta na pokonanie piątkowego rywala?
- Klucz leży w odpowiedniej koncentracji. Jeśli z nią będzie w porządku, to i o wynik będę spokojny. Tworzymy zespół i tak musimy zachowywać się na boisku. Musimy tworzyć jedność i grać twardo. Tak twardo, żeby przeciwnik poczuł naszą siłę.
W pierwszym meczu z PGE Turowem tego właśnie zabrakło?
- Chyba tak. Po tamtym meczu powiedziałem chłopakom, że zrewanżujemy się we Włocławku. Przyjadą do naszego domu i tu im nie odpuścimy.
Przypomnisz im to przed pierwszym gwizdkiem w piątek?
- Przed meczem przypomnę chłopakom sytuację z szatni w Zgorzelcu. Powiem: „Pamiętacie jak czuliśmy się w przerwie pierwszego meczu? Pamiętacie to przygnębienie i frustrację? To nie może się powtórzyć. Zagrajmy na całego i pokażmy co potrafimy.”