Brett Winkelman dołączył do Anwilu Włocławek w połowie lutego. Z miejsca stał się ważnym ogniwem drużyny, wnoszącym wiele zarówno w grze w ataku, jak i pod bronioną tablicą. W wywiadzie dla wtkanwil.com.pl i Naszego Anwilu Amerykanin dzieli się doświadczeniami z gry we Włocławku.
Brett Winkelman dołączył do Anwilu Włocławek w połowie lutego. Z miejsca stał się ważnym ogniwem drużyny, wnoszącym wiele zarówno w grze w ataku, jak i pod bronioną tablicą. W wywiadzie dla wtkanwil.com.pl i Naszego Anwilu Amerykanin dzieli się doświadczeniami z gry we Włocławku.
Po lekturze twojego bloga zastanawiam się, czy tego wywiadu nie powinieneś przeprowadzić sam ze sobą. Jesteś niezłym dziennikarzem, a do tego najlepiej znałbyś swojego rozmówcę…
Brett Winkelman: Zabawne, nigdy nie pomyślałem o sobie jako o kimś, kto mógłby zawodowo pisać. Blog założyłem dla przyjaciół w Stanach Zjednoczonych. Chciałem, żeby mimo znacznej odległości, która nas dzieli, mogli śledzić, co się u mnie dzieje. Odwiedziny mojego bloga [www.brettwinkelman.blogspot.com - red.] przerosły najśmielsze oczekiwania. Liczone są w tysiącach, a przecież funkcjonuje właściwie od sierpnia ubiegłego roku.
Może zatem po zakończeniu kariery sportowej powinieneś pomyśleć o zawodzie związanym z pisaniem?
Okej, pomyślę o tym, ale raczej wolałbym zajmować się biznesem. Mógłbym być ekonomistą, bo taki kierunek studiów ukończyłem. Interesuję się finansami i chyba bym się w tym zawodzie sprawdził. Moim wymarzonym zajęciem, oczywiście po powrocie do Stanów, jest podejmowanie decyzji ekonomicznych dla jakiejś dużej firmy.
Na szczęście, jeszcze nie czas, by o tym myśleć. Większe emocje wzbudzają decydujące mecze z udziałem Anwilu. Dla przykładu o spotkaniu z Asseco Prokomem piszesz: „najbardziej oczekiwany mecz”. Nie wyjaśniasz tylko, czy myślisz o odczuciach kibiców, czy swoich własnych?
Na takie wydarzenia czekają zarówno kibice, jak i zawodnicy. Już kilka dni przed spotkaniem widziałem, jak Włocławek nim żyje. Tak samo my, koszykarze. Też uwielbiamy mecze o wysoką stawkę i prestiż. Mecz z Asseco Prokomem pokazał, że polska liga wcale nie odstaje od innych. To był naprawdę dobry poziom.
Mam rozumieć, że wolicie grać z trudnymi rywalami niż z drużynami hipotetycznie znacznie słabszymi?
Oczywiście, że tak. W meczach z wymagającymi rywalami można się sprawdzić. W sporcie chodzi przecież o to, żeby rywalizować z najlepszymi i przez to się rozwijać. Nikt nie czyni postępów, grając ze słabeuszami. Dlatego takie mecze jak nasz ostatni z Asseco Prokomem i takie, jakie czekają nas w play-off, mobilizują najbardziej.
A czy łatwo wczuć się w atmosferę ligi, gdy dołącza się do zespołu w trakcie rozgrywek?
To nie jest łatwe, ale wydaje mi się, że w moim przypadku się udało. Duża w tym zasługa kolegów z zespołu, którzy mnie świetnie przyjęli. Już po pierwszym tygodniu wspólnych treningów i po pierwszym meczu poczułem się częścią drużyny. Zarówno koszykarze, jak i trenerzy pokazali, że mi ufają i stawiają na mnie. Jestem odpowiedzialny za wynik tak samo jak każdy, więc osiągnięcia ligowe są dla mnie bardzo ważne.
Brett Winkelman: Zabawne, nigdy nie pomyślałem o sobie jako o kimś, kto mógłby zawodowo pisać. Blog założyłem dla przyjaciół w Stanach Zjednoczonych. Chciałem, żeby mimo znacznej odległości, która nas dzieli, mogli śledzić, co się u mnie dzieje. Odwiedziny mojego bloga [www.brettwinkelman.blogspot.com - red.] przerosły najśmielsze oczekiwania. Liczone są w tysiącach, a przecież funkcjonuje właściwie od sierpnia ubiegłego roku.
Może zatem po zakończeniu kariery sportowej powinieneś pomyśleć o zawodzie związanym z pisaniem?
Okej, pomyślę o tym, ale raczej wolałbym zajmować się biznesem. Mógłbym być ekonomistą, bo taki kierunek studiów ukończyłem. Interesuję się finansami i chyba bym się w tym zawodzie sprawdził. Moim wymarzonym zajęciem, oczywiście po powrocie do Stanów, jest podejmowanie decyzji ekonomicznych dla jakiejś dużej firmy.
Na szczęście, jeszcze nie czas, by o tym myśleć. Większe emocje wzbudzają decydujące mecze z udziałem Anwilu. Dla przykładu o spotkaniu z Asseco Prokomem piszesz: „najbardziej oczekiwany mecz”. Nie wyjaśniasz tylko, czy myślisz o odczuciach kibiców, czy swoich własnych?
Na takie wydarzenia czekają zarówno kibice, jak i zawodnicy. Już kilka dni przed spotkaniem widziałem, jak Włocławek nim żyje. Tak samo my, koszykarze. Też uwielbiamy mecze o wysoką stawkę i prestiż. Mecz z Asseco Prokomem pokazał, że polska liga wcale nie odstaje od innych. To był naprawdę dobry poziom.
Mam rozumieć, że wolicie grać z trudnymi rywalami niż z drużynami hipotetycznie znacznie słabszymi?
Oczywiście, że tak. W meczach z wymagającymi rywalami można się sprawdzić. W sporcie chodzi przecież o to, żeby rywalizować z najlepszymi i przez to się rozwijać. Nikt nie czyni postępów, grając ze słabeuszami. Dlatego takie mecze jak nasz ostatni z Asseco Prokomem i takie, jakie czekają nas w play-off, mobilizują najbardziej.
A czy łatwo wczuć się w atmosferę ligi, gdy dołącza się do zespołu w trakcie rozgrywek?
To nie jest łatwe, ale wydaje mi się, że w moim przypadku się udało. Duża w tym zasługa kolegów z zespołu, którzy mnie świetnie przyjęli. Już po pierwszym tygodniu wspólnych treningów i po pierwszym meczu poczułem się częścią drużyny. Zarówno koszykarze, jak i trenerzy pokazali, że mi ufają i stawiają na mnie. Jestem odpowiedzialny za wynik tak samo jak każdy, więc osiągnięcia ligowe są dla mnie bardzo ważne.
Czy możemy powiedzieć, że w naszej drużynie jest „chemia”, swoisty „team spirit”?
To chyba można zobaczyć podczas naszych meczów! Jesteśmy świetnie zgranym zespołem, który bardzo pragnie zwyciężać i odnosić sukcesy. Podoba mi się, że jest między nami zdrowa rywalizacja. Nikt nikomu nie zazdrości, nie uważa się za lepszego. Mamy poczucie, że stanowimy jedność.
Czy ta jedność oznacza, że nie widzicie w nikim lidera, czy wręcz przeciwnie – jesteście monolitem, bo macie przywódcę? Jeśli tak, to kto nim jest?
Zdecydowanie naszym liderem jest trener. Igor Griszczuk jest niezwykle wymagający. Podziwiam go za świetne wyczucie. On zawsze dobrze odczytuje to, co dzieje się na boisku, i właściwie reaguje. Zna psychikę koszykarzy. Lubię dla niego grać, bo dobrze wie, jak do mnie dotrzeć, i myślę, że podobnie jest z pozostałymi chłopakami, dlatego to trenera możemy uznać za naszego lidera. Ale jest jeszcze ktoś… To Andrzej Pluta. To on dyryguje nami na boisku i daje przykład na treningach. Gra najdłużej dla Anwilu i jest dla nas wzorem.
Znasz Igora Griszczuka jako człowieka czy nie daje się rozszyfrować i, strzegąc swojej prywatności, poprzestaje na relacji trener – zawodnik?
Spędzamy razem bardzo dużo czasu, więc naturalne jest to, że poznajemy swoje charaktery. Wydaje mi się, że u naszego trenera dominują cechy, które czyniły go świetnym koszykarzem. On kocha współzawodnictwo. Świetnie odnajduje się w roli osoby, której sposobem na życie jest sport i rywalizacja. Poza tym jest miłym, dowcipnym facetem.
A jaki jest w trakcie przerw, gdy zamykacie się w szatni?
To zależy od tego, według jakiego scenariusza układa się mecz. Gdy wszystko idzie po naszej myśli, to spokojnie wyjaśnia nam drobne błędy i kreśli taktykę na drugą połowę. Jego uwagi są bardzo rzeczowe.
A co się dzieje w szatni, gdy trener nie jest zadowolony z waszej postawy?
Oj, wtedy uwagi są nam przekazywane z dużą pasją. Tak bym to określił…
Zanim podpisałeś kontrakt z Anwilem, w rozmowie telefonicznej o opinię na temat Anwilu prosiłeś Aleksa Dunna. Czy teraz, po prawie trzech miesiącach, twoje odczucia pokrywają się z tym, co ci wtedy powiedział?
Wtedy nie byłem pewny, czy przyjście do Anwilu będzie dobrym pomysłem, bo obawiałem się, że przychodząc w trakcie sezonu, mogę otrzymać tylko rolę jakiejś „zapchajdziury”. Chciałem więc wiedzieć, czy trener naprawdę mnie potrzebuje. Alex powiedział mi same dobre rzeczy o klubie i trenerze, rozwiewając moje wątpliwości. Dziś jestem szczęśliwy, że tu gram, i dziękuję Aleksowi, że mnie namówił. Miał absolutną rację.
To chyba można zobaczyć podczas naszych meczów! Jesteśmy świetnie zgranym zespołem, który bardzo pragnie zwyciężać i odnosić sukcesy. Podoba mi się, że jest między nami zdrowa rywalizacja. Nikt nikomu nie zazdrości, nie uważa się za lepszego. Mamy poczucie, że stanowimy jedność.
Czy ta jedność oznacza, że nie widzicie w nikim lidera, czy wręcz przeciwnie – jesteście monolitem, bo macie przywódcę? Jeśli tak, to kto nim jest?
Zdecydowanie naszym liderem jest trener. Igor Griszczuk jest niezwykle wymagający. Podziwiam go za świetne wyczucie. On zawsze dobrze odczytuje to, co dzieje się na boisku, i właściwie reaguje. Zna psychikę koszykarzy. Lubię dla niego grać, bo dobrze wie, jak do mnie dotrzeć, i myślę, że podobnie jest z pozostałymi chłopakami, dlatego to trenera możemy uznać za naszego lidera. Ale jest jeszcze ktoś… To Andrzej Pluta. To on dyryguje nami na boisku i daje przykład na treningach. Gra najdłużej dla Anwilu i jest dla nas wzorem.
Znasz Igora Griszczuka jako człowieka czy nie daje się rozszyfrować i, strzegąc swojej prywatności, poprzestaje na relacji trener – zawodnik?
Spędzamy razem bardzo dużo czasu, więc naturalne jest to, że poznajemy swoje charaktery. Wydaje mi się, że u naszego trenera dominują cechy, które czyniły go świetnym koszykarzem. On kocha współzawodnictwo. Świetnie odnajduje się w roli osoby, której sposobem na życie jest sport i rywalizacja. Poza tym jest miłym, dowcipnym facetem.
A jaki jest w trakcie przerw, gdy zamykacie się w szatni?
To zależy od tego, według jakiego scenariusza układa się mecz. Gdy wszystko idzie po naszej myśli, to spokojnie wyjaśnia nam drobne błędy i kreśli taktykę na drugą połowę. Jego uwagi są bardzo rzeczowe.
A co się dzieje w szatni, gdy trener nie jest zadowolony z waszej postawy?
Oj, wtedy uwagi są nam przekazywane z dużą pasją. Tak bym to określił…
Zanim podpisałeś kontrakt z Anwilem, w rozmowie telefonicznej o opinię na temat Anwilu prosiłeś Aleksa Dunna. Czy teraz, po prawie trzech miesiącach, twoje odczucia pokrywają się z tym, co ci wtedy powiedział?
Wtedy nie byłem pewny, czy przyjście do Anwilu będzie dobrym pomysłem, bo obawiałem się, że przychodząc w trakcie sezonu, mogę otrzymać tylko rolę jakiejś „zapchajdziury”. Chciałem więc wiedzieć, czy trener naprawdę mnie potrzebuje. Alex powiedział mi same dobre rzeczy o klubie i trenerze, rozwiewając moje wątpliwości. Dziś jestem szczęśliwy, że tu gram, i dziękuję Aleksowi, że mnie namówił. Miał absolutną rację.
Jesteście z Aleksem najlepszymi przyjaciółmi?
Chyba nie chciałbym dzielić przyjaciół z drużyny na lepszych i gorszych. Z wszystkimi dogaduję się równie dobrze. Prawdą jest jednak, że z Aleksem spędzam dużo czasu, choćby dojeżdżając codziennie na treningi. Mamy dużo tematów do rozmów, więc dobrze się rozumiemy.
Czy poruszacie również temat waszej przyszłości? Skoro tak dobrze czujecie się we Włocławku, to może warto by pomyśleć o pozostaniu tu na kolejny sezon?
Rozmawialiśmy o tym. Obydwaj czujemy, że to byłby dobry pomysł, ale jeszcze za wcześnie, żeby składać jakieś deklaracje. Na pewno rozważymy wszelkie okoliczności i jeśli takie rozwiązanie będzie korzystne w opinii władz klubu i naszej, to nie widzę żadnego problemu, żeby grać dalej dla Anwilu.
W marcu zostałeś wybrany MVP Anwilu. Myślę, że to nagroda za świetny występ przeciw PGE Turowowi. Od dziś przed nami już tylko takie trudne mecze z wymagającymi rywalami. Czy to oznacza, że możemy się spodziewać kolejnych nieprzeciętnych występów w twoim wykonaniu?
Trudno powiedzieć, na pewno będę się bardzo starał. Play-off rządzi się swoimi prawami i zobaczymy, komu i jaką rolę powierzy trener. Ja mogę tylko zapewnić, że zrobię wszystko, by grać równie dobrze, jak przeciw PGE Turowowi.
Jaki jest zatem cel zespołu na decydującą fazę sezonu?
Osiągnęliśmy już bardzo wiele. Zakładaliśmy, że będziemy chcieli zająć jak najwyższe miejsce po sezonie zasadniczym, i druga lokata może być odbierana jako spełnienie tych oczekiwań. Teraz znów zaczynamy od zera, a cel jest tylko jeden – przejść pierwszą rundę. Niektórzy już widzą nas w finale, ale przestrzegałbym przed hurraoptymizmem. Oczywiście, my też liczymy, że zagramy o złoto, ale by tak się stało, musimy poruszać się ostrożnie, krok po kroku.
Powiedzmy sobie szczerze, warunki fizyczne predysponują cię do gry raczej na pozycji niskiego niż silnego skrzydłowego. Nie masz czasem ochoty sprawdzić się w Anwilu na pozycji numer 3?
Sprawa jest jasna. Trener chce mieć dwóch równorzędnych graczy na każdej pozycji i mnie widzi w tej chwili na czwórce. Nie mam problemów z rolą silnego skrzydłowego, bo wiem, że na trójce sprawdzają się Mujo Tuljković i Bartek Wołoszyn. Podział ról jest jasny i przynosi korzyści dla zespołu. Nie widzę powodu, żebym miał się z tym nie zgadzać.
A jak postrzegasz swoją rolę w parze z Nikolą Jovanoviciem?
Spędzamy z Nikolą mniej więcej tyle samo minut na parkiecie, co jest dla mnie dużym wyróżnieniem. Nikola to świetny zawodnik i w pełni zasługuje na to, żeby wybiegać w pierwszej piątce, a ja z reguły zmieniam go na drugą i czwartą kwartę. Myślę, że dobrze się uzupełniamy. Będę grał tyle i tam, gdzie mnie wystawi trener. Jestem do jego dyspozycji.
Chyba nie chciałbym dzielić przyjaciół z drużyny na lepszych i gorszych. Z wszystkimi dogaduję się równie dobrze. Prawdą jest jednak, że z Aleksem spędzam dużo czasu, choćby dojeżdżając codziennie na treningi. Mamy dużo tematów do rozmów, więc dobrze się rozumiemy.
Czy poruszacie również temat waszej przyszłości? Skoro tak dobrze czujecie się we Włocławku, to może warto by pomyśleć o pozostaniu tu na kolejny sezon?
Rozmawialiśmy o tym. Obydwaj czujemy, że to byłby dobry pomysł, ale jeszcze za wcześnie, żeby składać jakieś deklaracje. Na pewno rozważymy wszelkie okoliczności i jeśli takie rozwiązanie będzie korzystne w opinii władz klubu i naszej, to nie widzę żadnego problemu, żeby grać dalej dla Anwilu.
W marcu zostałeś wybrany MVP Anwilu. Myślę, że to nagroda za świetny występ przeciw PGE Turowowi. Od dziś przed nami już tylko takie trudne mecze z wymagającymi rywalami. Czy to oznacza, że możemy się spodziewać kolejnych nieprzeciętnych występów w twoim wykonaniu?
Trudno powiedzieć, na pewno będę się bardzo starał. Play-off rządzi się swoimi prawami i zobaczymy, komu i jaką rolę powierzy trener. Ja mogę tylko zapewnić, że zrobię wszystko, by grać równie dobrze, jak przeciw PGE Turowowi.
Jaki jest zatem cel zespołu na decydującą fazę sezonu?
Osiągnęliśmy już bardzo wiele. Zakładaliśmy, że będziemy chcieli zająć jak najwyższe miejsce po sezonie zasadniczym, i druga lokata może być odbierana jako spełnienie tych oczekiwań. Teraz znów zaczynamy od zera, a cel jest tylko jeden – przejść pierwszą rundę. Niektórzy już widzą nas w finale, ale przestrzegałbym przed hurraoptymizmem. Oczywiście, my też liczymy, że zagramy o złoto, ale by tak się stało, musimy poruszać się ostrożnie, krok po kroku.
Powiedzmy sobie szczerze, warunki fizyczne predysponują cię do gry raczej na pozycji niskiego niż silnego skrzydłowego. Nie masz czasem ochoty sprawdzić się w Anwilu na pozycji numer 3?
Sprawa jest jasna. Trener chce mieć dwóch równorzędnych graczy na każdej pozycji i mnie widzi w tej chwili na czwórce. Nie mam problemów z rolą silnego skrzydłowego, bo wiem, że na trójce sprawdzają się Mujo Tuljković i Bartek Wołoszyn. Podział ról jest jasny i przynosi korzyści dla zespołu. Nie widzę powodu, żebym miał się z tym nie zgadzać.
A jak postrzegasz swoją rolę w parze z Nikolą Jovanoviciem?
Spędzamy z Nikolą mniej więcej tyle samo minut na parkiecie, co jest dla mnie dużym wyróżnieniem. Nikola to świetny zawodnik i w pełni zasługuje na to, żeby wybiegać w pierwszej piątce, a ja z reguły zmieniam go na drugą i czwartą kwartę. Myślę, że dobrze się uzupełniamy. Będę grał tyle i tam, gdzie mnie wystawi trener. Jestem do jego dyspozycji.
Wywiad ukazał się w ostatnim numerze czasopisma "Nasz Anwil".